Credo Templum Novum
Koncepcja wydawnicza „Templum Novum” – jako nowego w formie i treści pisma formacyjnego została przedyskutowana w 2003 roku, w gronie kilku osób w Warszawie. Była wtedy obrazoburczą próbą godzenia „wody z ogniem” (tradycji polskiego ruchu narodowego z piłsudczyzną). Zderzenie trumien Dmowskiego z Piłsudskim przybrało rychło postać ponad dwustustronicowego tomu wydanego w następnym roku. Aczkolwiek po 2-3 numerach przeważyła w redakcji ostatecznie refleksja w duchu narodowym, to raz na zawsze zakopaliśmy stare urazy między obydwoma historycznymi środowiskami.
Zostawiliśmy je za sobą!
Pojęcie prawicy w Polsce zostało na tyle rozmyte i skompromitowane przez „prawicowe” środowiska polityczne wyrodzone w „Republice Okrągłego Stołu” (po 1989 r.), że przybrało po ponad trzydziestu latach postać wyłącznie fasady, za którą kryją się postawy ideowe ludzi/ugrupowań nie mające wiele wspólnego z klasycznym opisem świata idei z okresu Rewolucji 1789 roku. Zdając sobie sprawę, w jakiej magmie dezinformacji i stereotypów przyszło pismu funkcjonować, nie odżegnujemy się od „szufladkowania” nas według tego tradycyjnego podziału politycznego: Lewica-Prawica. Tak, nasze serca biją po prawej stronie! Jednak jako redakcja przyjęliśmy kurs, który idzie w poprzek tych podziałów i czasami przekraczamy linie dotychczasowych konfliktów i wrogości na scenie politycznej w kraju.
TN jest pismem „bezdomnym”, za którym nie stoi żadne zwarte środowisko polityczne a jest wypadkową dobrej woli osób, które czują sens w pisaniu nonkonformistycznych tekstów bez oglądania się na sympatie czy antypatie środowiskowe. Na przestrzeni kilkunastu lat wydawania pisma gwarantuje to prawdziwy ideowy koktajl Mołotowa. Mamy w TN wiele oblicz czy masek, ale zdaje się, że jesteśmy wypadkową: idei nowoprawicowych, katolickiego tradycjonalizmu i iskrzącego styku konserwatyzmu i nacjonalizmu.
Na łamach pisma skupiamy się nad niepokojącym zjawiskiem zaniku polskości wśród ludności o mentalności post-kolonialnej zamieszkującej obszar między Odrą a Bugiem. Nad katastrofalnym stanem zapaści i niechęci wzięcia przez ludzi żyjących z garbem komunizmu i zachłyśniętych nadal – mimo widocznego zjawiska zmierzchu – demoliberalnym projektem Unii Europejskiej odpowiedzialności za dobro wspólne, jakim jest państwo polskie. Stąd nasze poszukiwania ideowe obracają się od dłuższego czasu między nacjonalizmem a konserwatyzmem, z różnym natężeniem obu postaw ideowych. Naszym celem jest wypracowanie nowej formuły patriotyzmu tożsamościowego, który pozwoli powtórnie zakorzenić się tym osobom w polskiej tradycji historycznej.
Manifestacje uliczne w żadnym stopniu nie rozwiążą problemu wykorzenienia z polskości mas homo oeconomicus. Przywrócenie ich wspólnocie politycznej zajmie wiele lat. To praca organiczna na długie lata. Ale nie zrażajmy się tym stanem zaniku postaw obywatelskich, tylko z iście benedyktyńską cierpliwością i pokorą przystąpmy do odbudowywania więzów ludzkich, wspólnotowych w najbliższym otoczeniu.
Faktycznie apartyjny, a przez to otwarty, charakter pisma przyciągał w przeszłości chyba najbardziej nonkonformistycznie nastawionych autorów piszących w Polsce z ostatnich dwudziestu lat. To wielki kapitał ludzki naszego niszowego – czego nie da ukryć – pisma wydawanego w niezbyt dużym nakładzie. I co najważniejsze są to osoby, których nie zraża fakt, że nie płacimy im nawet niewielkich honorariów. Pełny woluntaryzm.
Nie chcemy być tubą propagandową PiS i ich ‚konstytucyjnego patriotyzmu’. Wykorzystując własne doświadczenia historyczne oraz dorobek bliskich nam ideowo środowisk europejskich możemy się pokusić o przewartościowanie matrycy polskości, otrząsnąć z niej anachroniczne myślenie o sobie jako zawsze tych co w niedawnej przeszłości mieli „pod górkę” i byli zdradzani przez wiarołomnych sojuszników. Przed nami świt nowego (oby lepszego) jutra. Bo gorzej być raczej nie może… Pora na synergię pomysłów i ludzi.
Jesteśmy świadkami dopełniania się niezwykle ważnego cyklu procesu historycznego. Cnoty męstwa i roztropności przestały być przymiotami moralnymi i umysłowymi współcześnie żyjących na Starym Kontynencie. Wybór między Europą, a Eurabią nie jest opowieścią z gatunku political fiction! Nabiera on realnych kształtów. Trwa pełzająca wojna na wielu liniach frontu rozcinającego europejskie metropolia. O tym wewnętrznym froncie zdecyduje kipiąca demografia wspólnot muzułmańskich w najbliższych kilkudziesięciu latach, przy starzeniu się ludności autochtonicznej. Wtedy nie pomogą zaawansowane technologie, które zapewniają nam militarną przewagę w operacjach poza granicami UE. Zawodzenie muezzina z kolejnych meczetów na gruzach burzonych lub opustoszałych kościołów na Zachodzie kontynentu to znak czasów. Jeżeli nie cenimy (i dajemy temu ostentacyjny wyraz) tego co dokonały pokolenia przodków i odwracamy się ze wstrętem do heroicznych tradycji rzymskich centurionów, krzyżowców czy konkwistadorów, to nie dziwmy się, że nas nie szanują i wdepczą w bruk staromiejskich uliczek czy asfalt autostrad. Zostaje wtedy autochtonom tylko zwierzęcy, paniczny strach.
Na geopolitycznej globalnej szachownicy jesteśmy rozgrywani przez wykorzenione z tożsamości chrześcijańskiej elity brukselskie poczęte podczas rewolty obyczajowej 1968 r. One pokoleniowo schodzą z salonów politycznych, ale wcześniej zdołały zgruchotać fundamenty filozoficzne, na których można byłoby zorganizować skuteczny opór przed biedakami z Bliskiego Wschodu, jak i pozaeuropejskimi potęgami zainteresowanymi utrzymywaniem Europy w letargu. Tym jawnym zdrajcom Europy wystarczyło niestety czasu na rozmnożenie podszytych marksizmem kulturowym projektów społeczeństwa otwartego, które zmutowane z liberalnymi herezjami odebrały wolę walki klasie politycznej w poszczególnych krajach UE (w tym też tym z „prawicy”). Wystąpiła ona uzbrojona w oręż politycznej poprawności przeciw nam. Wzniecane medialne seanse nienawiści pod hasłami „walki z faszyzmem” itp. mają zagłuszyć wyrzuty sumienia nielicznych, a w gruncie rzeczy przeorać nieodwracalnie strukturę tradycyjnej rodziny (nachalna propaganda Hominternu). Słupki wskaźników ekonomicznych i spekulacje giełdowo-kapitałowe tylko nakręcają sprężynę samozagłady wśród mieszkańców kontynentu. Wmówiono nam, że wydajność w codziennej pracy to najważniejszy miernik naszej wartości. Bez oglądania się na cenę wykorzenienia i degradacji środowiskowej. To jawny fałsz.
Trwa bezładny odwrót w poszczególnych krajach UE. W odruchu samoobrony zastraszony elektorat ludności autochtonicznej zaczyna wybierać „opcje narodowe”, ale skutecznego remedium na kryzys wartości można tylko szukać na drodze duchowego odrodzenia europejskiego od Lizbony po Moskwę. Europa rzucona przez USA i ZSRS na kolana w XX wieku nie podniesie się bez wiary w swą odrzuconą misję cywilizacyjną, która powinna nas zawsze inspirować. XXI wiek przyniósł światu problemy zwiastujące ostateczne rozwiązanie „kwestii tożsamościowej”. Nadszedł czas ofiar.
Tym bardziej staje się jasne, że Europę trzeba odbić i mogą to uczynić wyłącznie osoby żarliwej wiary.
Nadchodzi czas Męczenników!