Kanonada Narodowego Romantyzmu

wersja beta

„Rzeczywistość nie jest beznadziejna” – rozmowa z Sebastianem Sękiem autorem powieści „Gra o honor”

Sebastian Sęk

„Rzeczywistość nie jest beznadziejna” – rozmowa z Sebastianem Sękiem autorem powieści „Gra o honor”

Udostępnij

Jest Pan osobą aktywną na wielu polach: pracuje pan jako nauczyciel, jest pan żołnierzem WOT, pisarzem (powieść, komiksy) ale również wydawcą i księgarzem (poprzez stronę internetową www.sebling.pl).

Właśnie ukazał się mój nowy komiks opowiadający o walce Kompanii Leśnej NSZ im „Szarego” w sierpniu 1944 roku.

Powieść „Gra o honor”, której jest pan autorem wywiera duże wrażenie. Jej akcja rozgrywa się w dwóch epokach – współcześnie i w czasie okupacji. Na planie historycznym bohaterem jest Henryk Zieliński oficer wywiadu Narodowych Sił Zbrojnych realizujący misję ewakuowania z kraju aktywów organizacji. Bohaterem współczesnych wydarzeń jest jego wnuk Gustaw, startujący w wyborach prezydenckich, którego karierę przerywa oskarżenie dziadka o kolaborację z Niemcami. Czy pana powieść została porównywana do „Kolumbów”, czy sam ją Pan porównuje?

Pisząc „Grę o honor” nie miałem na celu pokazania zmagań całego pokolenia, rzuconego bezlitośnie w wir historii. Chodziło mi o wyciągnięcie na światło dzienne wojennych losów mojej małej podwarszawskiej ojczyzny, w sposób, który zaciekawi i sprowokuje do dalszych, samodzielnych już poszukiwań. „Kolumbowie” to klasyk. Moja książka jest co prawda pierwszą powieścią historyczną o Piasecznie i okolicach, natomiast do statusu kultowej jeszcze jej daleko.

Pytam o to, bo jest to dobrze udokumentowana powieść historyczna. Jej realizm jest tak prawdziwy jakby jego twórcą był naoczny świadek wydarzeń. Domyślam się, że pański dziadek Karol Sęk był w jakimś stopniu pierwowzorem postaci kapitana Zielińskiego. Zatem co Pana zdaniem pisarz zyskuje, a co traci będąc historykiem, a nie uczestnikiem opisywanych wydarzeń?

Historia to „człowiek w czasie i przestrzeni”. Opisujemy naszych poprzedników i przodków, starając się wczuć w to, jak im się żyło. Co mogli czuć, jak reagować? Ale to wszystko robimy przez pryzmat współczesnych zwyczajów, przyzwyczajeń i poglądów. Widać to bardzo wyraźnie we wszelkich serialach historycznych, gdzie zawsze któryś z bohaterów wyznaje liberalne wartości z XXI wieku, mimo że akcja rozgrywa się przykładowo w wieku XVIII. Ciężko się to ogląda, a w przypadku książki czyta. Język, powiedzonka, kolokwializmy, to wszystko nam  ucieka gdy tylko opisujemy tamte dni. Jednocześnie autor musi mieć w pamięci, że pisze dla współczesnych. Pamiętam, jak kupiłem sobie „Krzyżowców” Zofii Kossak… Po czterech stronach musiałem ją odłożyć, ponieważ zwyczajnie nie rozumiałem, o czym czytam.

No tak…

Realizm jest istotny, ale nie może zabić przekazu. Reasumując, tracimy tę codzienność,  która jest dla nas tak oczywista każdego dnia – a inna w zależności od grupy wiekowej, przykładowo. Widzę to po moich dzieciach i uczniach. Ale również zyskujemy. Mamy ogromną przewagę nad naszymi przodkami, ponieważ my wiemy co się wydarzyło dalej. My analizujemy ich poczynania, oceniamy czy postąpili roztropnie, czy nie. W książce dość jednoznacznie przedstawiam mój negatywny stosunek do Powstania Warszawskiego, ale jednocześnie pokazuję, że takie postawy były obecne również w 1944 roku.

 Powstanie Warszawskie to moim zdaniem najsłabszy punkt „polityki    historycznej”…

Podziemie narodowe było bardzo sceptyczne wobec tych planów, ale również Komenda Główna AK daleka była od jednomyślności w tej sprawie. Staram się to pokazać, bo z perspektywy czasu wiem więcej niż oni. Nie może to jednak powstrzymywać przed oceną. Historia jest nauczycielką życia nie dlatego, że podchodzimy do niej bezkrytycznie, ale właśnie dlatego, że dzięki niej możemy wyciągać wnioski i wprowadzać korekty do naszych życiowych marszrut. W przeciwnym razie błędy naszych przodków były na marne, a to już karygodne marnotrawstwo z naszej strony. Wiedząc jak przebiegały różne wydarzenia mogłem wplatać w nie fikcyjne postaci i posunięcia. Pamiętam z jaką euforią reagowałem na odnalezione wydarzenie, które pięknie splatało moją fabułę – na przykład gdy natrafiłem na raport wywiadu NSZ, podającym że w podpiaseczyńskim Głoskowie działała PPR w 1944.

Czy sensacyjny wątek skarbu NSZ to rodzinny przekaz, czy wątek fikcyjny?

Jest to fikcja, ale sam jej nie wymyśliłem. Usłyszałem takie plotki od pana Grzegorza Fryszczyna, zalesianina, który właśnie opowiadał o złocie NSZ, które w latach 50-tych znalazło i skonfiskowało UB. Historia mało prawdopodobna, ale nie niemożliwa. W końcu w Zalesiu Górnym ukryto i leczono Leonarda Zub-Zdanowicza, gdy złamał nogę po skoku w ramach operacji „Ospa” we wrześniu 1942 roku. Zalesiu Górne było oazą spokoju w czasie wojny i wielu ludzi się w tych stronach ukrywało. Dlatego miałoby sens, żeby taki skarb ukryć właśnie tu. Dla mnie jako pisarza pojawiły się pytania – kto?, kiedy?, jak?, dlaczego?, z kim? I na te pytania próbowałem w książce odpowiedzieć. Sądząc po reakcjach czytelników, udało mi się tego dokonać w sposób ciekawy i intrygujący.

„Gra o honor” ukazuje, jak bardzo nasza współczesność zanurzona jest w meandrach II wojny światowej  Jeśli fabuła tej powieści trafnie oddaje rzeczywistość, to rzeczywistość jest beznadziejna. Czy od czasu wydania powieści zmienił Pan zdanie?

Rzeczywistość nigdy nie jest beznadziejna. Gdyby tak było, bez sensu byłoby robienie czegokolwiek. Jest ona natomiast niesprawiedliwa z punktu widzenia człowieka, jako trybiku wielkiej machiny. I to chciałem pokazać. Zarówno współczesny wnuk  kapitana „Silnicy”, ubiegający się o fotel prezydenta, ani on sam, zderzający się niedociągnięciami organizacyjnymi oraz grą na szczeblach nie mieszczących się w głowie, są pionkami, nie mającymi w ostateczności na nic wpływu. Książka mówi o ofierze, poświęceniu dla sprawy. Ale zawsze o zależności od kogoś. Bez względu na to, co naszych bohaterów spotyka, muszą zależeć od kogoś finansowo, organizacyjnie, militarnie, wywiadowczo, medialnie. Szczere chęci to za mało, a świat w swojej brutalności niczego im nie ułatwia. Książka natomiast nie kończy się beznadziejnie. Wręcz przeciwnie. Droga, jaką przechodzą wnuk i dziadek doprowadza ich de facto w to samo miejsce. I dalekie jest ono od beznadziei. Faktem jest, że w naszej polskiej rzeczywistości człowiek uczciwy ma przed sobą armię szulerów, z którymi musi się zmierzyć. Nie chcę uciekać w politykę, ale samodzielnie myślący człowiek nie może patrzeć na ostatnie 30 lat i uznać, że przemiany przeszły pomyślnie i żyjemy w wolnym kraju. To drugie dno jest i będzie. I dlatego znalazło się ono również w mojej książce.

Być może poza wielkimi mocarstwami polityka innych krajów to tylko gra pozorów. Na ile świadomy obywatel powinien się angażować w tą grę?

Mały kraj może mieć wielkie znaczenie polityczne i geostrategiczne. Nasza historia od początku XVIII wieku to jedno wielkie pasmo niewykorzystanych okazji, z wyjątkiem lat 1918-1926. W tych bowiem latach, chyba jako jedynych w całym tym okresie, dla Polaków liczyła się tylko Polska. Nie zważaliśmy na opinię wielkich mocarstw, które chciały nam przecież narzucić Linię Curzona jako granicę. Polska była podmiotem i to wściekle zwalczanym przez naszych „sojuszników”. Ale robiliśmy swoje, bo co nam mogli zrobić. Było takie poczucie. Potem niestety było słabiej. W naszych działaniach zaczęliśmy próbować przypodobywać się naszym mocarnym „przyjaciołom”, którzy tę słabość dostrzegli i wykorzystali do cna, nie zważając na to ile cierpienia nam to przyniesie. Polityka zwodzenia Polski i graniu na jej kompleksach była obecna w latach 38-39, potem przez całą wojnę (Churchill nawet w lutym 1944 roku wygarnął Andersowi, że może już sobie zabierać swoje dywizje, bo już nie były potrzebne) i dalej dzisiaj. To nieprawda, że małe państwa się nie liczą. Dla nas po raz pierwszy nasze położenie na pomoście bałtycko-czarnomorskim może działać na naszą korzyść. Tylko my musimy zrzucić z siebie to jarzmo kompleksów, które ciąży nam u szyi w postaci pytania „A co oni sobie pomyślą?”. A my, jako obywatele musimy się rozwijać, czytać, analizować, myśleć za siebie. Nie jesteśmy skazani na bycie podnóżkiem czy to dla Amerykanów, czy Rosjan, czy Żydów, czy uniokratów. Możemy rozgrywać ich wszystkich, tylko do tego potrzebni są właściwi ludzie, na właściwych miejscach. Podam przykład naszego piaseczyńskiego podwórka. Mamy tu najlepiej działającą sieć bibliotek w promieniu dobrych kilkudziesięciu kilometrów (wyłączając samą Warszawę) – są to nowoczesne placówki, pięknie wyposażone, prowadzone wizjonersko i z pasją. Jak to możliwe? Czy pan burmistrz jest takim pasjonatem bibliotekarstwa? Stało się to za sprawą dyrektora Łukasza Załęskiego, który od lat nieustępliwie walczy o ten program i udało mu się przekonać władze gminy, że jest coś opłacalnego – w każdym wymiarze tego słowa. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. Jeżeli to samo przeniesiemy na skalę makro, to czemu nasza Ojczyzna ma cierpieć te wszystkie upokorzenia ze strony Unii, Izraela, Ukrainy? Jeżeli obywatele nie zaangażują się, każdy tam gdzie może, dla wspólnoty narodowej, to nic z tego nie będzie.

Co dzisiaj, Pana zdaniem, patrząc na obrady sejmu, zrobiłby Karol Sęk (bohater bitwy pod Radzyminem w 1920 roku a w 1946 p.o. komendanta Okręgu Podlaskiego NZW)?

Na to pytanie odpowiem krótko. Mój dziadek był wiernym synem Rzeczypospolitej. Był oficerem kontrwywiadu, narodowcem pracującym w reżimie sanacyjnym. Przynajmniej raz miał usłyszeć, że gdyby nie zasługi z wojny 1920 (Krzyż Walecznych za de facto uratowanie Bitwy Warszawskiej) to wylądowałby w Berezie Kartuskiej za swoje komentarze. Dalej trwał na stanowisku i kierował Ekspozyturą Siedlecką kontrwywiadu. Oszczerczo pomówiony o współpracę z Gestapo przez towarzyszy z NSZ. Po oczyszczeniu z zarzutów dalej trwał na stanowisku szefa wywiadu i kontrwywiadu XII Okręgu NSZ Podlasie. Zdradzony przez podwładnego ppor. Oknińskiego, nie wydał nikogo w czasie śledztwa. Dochował wierności przysiędze. Co zrobiłby mój dziadek patrząc na dzisiejszy Sejm? Dalej robiłby swoje dla dobra i chwały Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej.

 

Dziękuję za rozmowę

Krzysztof Burdon

Udostępnij
Kategoria
Czytaj także

Paweł Bielawski: Seks, seksualność i rodzina oczami archeofuturysty. Perspektywa Guillaume’a Faye’a

Nie ulega wątpliwości, że lewica narzuciła swój język w sferze seksualności i obyczajowości z nią związanej, np. „heteronormatywny”, „cis” itd. Prawica natomiast, pełna pruderii, wydaje się być w tej sytuacji zupełnie poza swoją strefą komfortu. Prawica lubi wypowiadać się o Kościele, religii, ale jak dochodzi do tematu seksu i seksualności, to wydaje się, że pełna zażenowania spogląda na księdza z nadzieją aprobaty i wstydzi się cokolwiek powiedzieć. Lewica natomiast, skwapliwie z tego korzysta, narzucając swoją narrację właściwie bez żadnego oporu, nie licząc okazjonalnych pomruków niezadowolenia z prawicowej strony.

„Komunizm jak i kapitalizm były dla Ottona Strassera systemami przesiąkniętymi egoizmem.” – wywiad z dr. Tomaszem Kosińskim, autorem pierwszej polskiej monografii o założycielu “Czarnego Frontu”.

Związek Sowiecki przed II wojną światową jak i po tej wojnie był traktowany przez Ottona Strassera jako zagrożenie dla Niemiec jak i Europy. Stąd promował ideę budowy zjednoczonej Europy jako przeciwwagi dla ZSRS przed drugą wojną światową oraz jako trzeciej siły między USA a ZSRS po zakończeniu tego konfliktu.

David Engels

Przeciw agonii Europy – rozmowa z prof. Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności i pracownikiem Instytutu Zachodniego w Poznaniu

Walka między dobrem a złem toczy się wiecznie i nie zostanie rozstrzygnięta aż do dnia ostatecznego. Dlatego musimy uważać, by nie obarczać naszej walki o zachodnią cywilizację nadmiernymi eschatologicznymi nadziejami. Uważam, że rzeczywiście będzie możliwe doprowadzenie naszej cywilizacji do ostatecznej syntezy, która opiera się na racjonalnym powrocie do tradycji, ale ta synteza będzie jednocześnie punktem końcowym naszego rozwoju kulturalnego – po niej mogą powstać inne kultury, a walka w sercu każdego człowieka będzie trwała dalej, jednak „wielki organizm” Zachodu zostanie „zamknięty”.