Nie ma wątpliwości, że o można mówić obecnie wręcz o przeseksualizowaniu przestrzeni publicznej. Wszędzie i wszystko kipi od seksu – reklamy, seriale, teledyski itd. Jednocześnie, obecne młode pokolenie uprawia widocznie mniej seksu niż poprzednie. Wydaje się, że nastąpiło kompletne rozregulowanie sfery obyczajowo-seksualnej. Pociąga to za sobą coraz luźniejsze podejście do związków („situationship” w miejsce „relationship”), coraz lżejsze traktowanie rozwodów, coraz mniej stabilna instytucja rodziny.
Nie ulega wątpliwości, że lewica narzuciła swój język w sferze seksualności i obyczajowości z nią związanej, np. „heteronormatywny”, „cis” itd. Prawica natomiast, pełna pruderii, wydaje się być w tej sytuacji zupełnie poza swoją strefą komfortu. Prawica lubi wypowiadać się o Kościele, religii, ale jak dochodzi do tematu seksu i seksualności, to wydaje się, że pełna zażenowania spogląda na księdza z nadzieją aprobaty i wstydzi się cokolwiek powiedzieć. Lewica natomiast, skwapliwie z tego korzysta, narzucając swoją narrację właściwie bez żadnego oporu, nie licząc okazjonalnych pomruków niezadowolenia z prawicowej strony.
Temat seksu i seksualności, z perspektywy prawoskrętnej, został natomiast podjęty przez Guillaume’a Faye’a. O tym właśnie traktuje niniejszy artykuł.
Swą pozycję Faye określa jako „archeofuturystyczną”, tzn. taką która oscyluje między a) powrotem do norm tradycyjnych społeczeństw (archaizm), i b) zwrotem ku „technonaukowej przyszłości” (futuryzm). Stąd też Francuz nie wyklucza całkowicie „pozytywnej eugeniki”, czy pewnych form inżynierii genetycznej. Ostrzega, że jego pozycje będą szokować – zarówno lewicę i prawicę, zarówno maskulinistów jak i feministki, zarówno obsesyjnych anty-homoseksualistów, jak i homofilów, zarówno purytan, jak i pornofilów.
„Seks jest fundamentem narodów, gdyż to od niego zależy reprodukcja. Seks jest kluczowy elementem analizy społeczeństw. Dziś, status seksu na Zachodzie przejawia głęboką mentalną i społeczną patologię równoznaczną z radykalnym postawieniem na głowie najpierwotniejszych naturalnych norm. Nie mamy już przed sobą jakiejś «ideologii», która przeorientowuje seks (…) Mamy do czynienia z patologiczną transgresją granic. A ubiera się ona w szaty postępu, emancypacji, sprawiedliwości i równości”.
Wszyscy są równi – biseksualiści, homoseksualiści, transseksualiści (z wyjątkiem pedofilów – na razie); heteroseksualiści natomiast wydają się być troszeczkę mniej równi – tak zaczyna swe rozważania Faye. Moralność seksualna na Zachodzie padła ofiarą najskrajniejszej formy egalitaryzmu, co w efekcie dało wojnę przeciw naturze „porównywalną do walki Don Kichota z wiatrakami”. Zwalczanie różnych form dyskryminacji, w postaci m.in. homofilii, feminizmu i systematycznej obrony mieszanych małżeństw w imię „etnomasochizmu” i „antyrasistowskiego katechizmu” dało w rezultacie – w opinii francuskiego autora – kompletny chaos, a wręcz powrót do poziomu barbarii.
Jednym z istotniejszych wątków podejmowanych przez Faye’a, w kontekście rozważań o obyczajowości seksualnej we współczesnej kulturze zachodniej, jest kwestia kryzysu instytucji rodziny.
Upadek rodziny
Faye zaczyna od tego, że trwała rodzina heteroseksualna jest obecnie w kryzysie. Są tego różnorakie przyczyny, natomiast jako genezę tegoż zjawiska Francuz widzi we współczesnym, bezbrzeżnym indywidualizmie, powiązanym z ideologią egalitarną. Co prawda nie ma frontalnego ataku na rodzinę, jest ona natomiast wykpiwana, wyśmiewana i wyszydzana. Co ciekawe, sądzi on że prawica do obecnego kryzysu też dołożyła swoje poprzez zaadaptowanie tendencji oświeceniowych w postaci wspomnianego indywidualizmu, ale również liberalizmu i konsumeryzmu.
Jednak powodem numerem jeden upadku trwałej, tradycyjnej, wielodzietnej rodziny (jak również po prostu stabilnego związku heteroseksualnego) ma być utożsamienie małżeństwa z miłością romantyczną lub też idea „małżeństwa z miłości”.
Najdalszego źródła idei małżeństwa z miłości Faye upatruje w chrześcijaństwie, jednocześnie przyznając, iż tzw. małżeństwo burżuazyjne (również o chrześcijańskiej podbudowie) zdołało osiągnąć pewien punkt równowagi (między zobowiązaniami rodzinnymi a miłością). Jednakże problem polegać ma na tym, że idea miłości przesłoniła inne, ważniejsze czynniki mające decydować o stabilności instytucji rodziny. Faye stwierdza, że małżeństwo z miłości, a potem konkubinat stanowią „grób rodziny i stabilnej pary” 17. Od lat 60. XX wieku nastąpiła eksplozja ilości rozwodów, samotnego rodzicielstwa, starych kawalerów, izolacji społecznej starszych ludzi – wszystko to związane jest z rozpadem trwałej rodziny. Wartość rodziny została zrelatywizowana, podczas gdy wartość miłości została zabsolutyzowana. Faye stwierdza:
„We współczesnych społeczeństwach zachodnich, seksualizacja miłości drastycznie osłabiła parę; ich miłość budowana jest na pasji natury seksualnej, która jest uczuciem intensywnym, ale ulotnym, delikatnym i nietrwałym, zainfekowanym egoizmem. Dzisiaj wchodzi się w związek małżeński w sposób szybki i pełny nastoletniej niedojrzałości. Stworzenie rodziny i dziedzictwa stało się drugorzędne w stosunku do «prezentyzmu» inherentnego dla intensywnego pożądania”.
Faye przypomina tutaj o pewnej fundamentalnej cesze małżeństwa. A mianowicie, instytucja małżeństwa nie została stworzona jako forma miłego spędzania czasu we dwoje. Nie została stworzona w celu zabawy, samorealizacji, czy nawet osobistego szczęścia. Głównym, zasadniczym celem małżeństwa było – przede wszystkim – przedłużenie rodu.
Jeżeli natomiast traktuje się małżeństwo, czy też po prostu związek, w głównej mierze jako coś, co dawać ma „szczęście”, to nieuchronnym tego efektem jest nietrwałość takowej relacji. Z chwilą gdy tylko faza wzajemnego zachwytu minie, związek się rozpada. Tak jak szybko relacja się zaczęła, tak szybko relacja się kończy.
Faye nie ma wątpliwości, że nie ma szans powrotu do małżeństw aranżowanych, choć jednocześnie zwraca uwagę na to, że dokładnie ta forma małżeństwa pojawiła się znów na terenie Europy za sprawą masowej imigracji ludności muzułmańskiej. I choć Faye jest zwolennikiem tego modelu (gdzie kobieta jest podległa całkowicie), to jednak zwraca uwagę na fakt, iż z muzułmańskich małżeństw aranżowanych rodzi się znacznie więcej dzieci niż z indywidualistycznych małżeństw z miłości typu zachodniego.
Podstawowym problemem obecnego, zachodniego wzorca małżeństwa z miłości (zwane przez Faye’a „związków dwóch ego”) ma być to, że podminowuje, czy wręcz uniemożliwia, jakąkolwiek strategię rodzinną i w sposób mechaniczny doprowadza do niskiej ilości urodzeń, co ma właśnie miejsce wśród ludności europejskiej. Niedojrzała unia dwóch osób, budowana wyłącznie na emocjonalno-seksualnym romantyzmie stanowi przeszkodę dla owocnej reprodukcji i dalekowzrocznej strategii rodzinnej, gdyż stawia na piedestał nietrwałe uczucia, chwilowe uniesienia – to, co „tu i teraz”. A jak tylko „miłość” wysycha i pojawią się najmniejsze trudności, para się rozstaje – właśnie dlatego, że opierała się tylko i wyłącznie na nieodpowiedzialnym egoizmie pod nazwą „miłości”. Konsekwencje tego dla udanego wychowania potomstwa są – jak to ujmuje Faye – katastrofalne.
Idealnym byłoby, rzecz jasna, znalezienie złotego środka pomiędzy „egalitarnym związkiem między kobietą a mężczyzną” z obopólną chęcią a małżeństwem zbudowanym na bliskości charakteru, kultury, rodzin i etniczności. Takim właśnie było model wspomnianego małżeństwa burżuazyjnego. Niestety, model ten zbudowany na równowadze między wzajemnym pociągiem między kobietą a mężczyzną i bliskości kulturowej, jak również strategicznej optymalizacji został „zdekonstruowany”. Obecnym imperatywem jest bowiem: „zawrzyj małżeństwo z kim chcesz tak długo jak czujesz się zakochany – bez kalkulacji, bez strategii, bez uprzedzeń, nie martwiąc się o różnice czy przyszłość”.
Gdy mówi się o trwałości instytucji rodziny, to oczywiste jest to, iż pojawi się również kwestia wierności w rozumieniu seksualnym. Czy jest w ogóle możliwe, by trwałe małżeństwo pogodzić z fizjologiczną potrzebą seksualnego urozmaicenia, zwłaszcza w przypadku mężczyzny? Jest to skomplikowana sprawa, na którą można dać zasadniczo dwie odpowiedzi, stwierdza Faye. Po pierwsze, więź małżeńska nie powinna być oparta przede wszystkim na erotyzmie (choć w żadnym wypadku go nie wyklucza) i powinna móc przezwyciężyć ewentualne zdrady w imię imperatywu, jakim jest stabilność rodziny i trwałość rodu. Po drugie, pewnym rozwiązaniem może być (w pewnym sensie społecznie akceptowana) konieczna hipokryzja w formie prostytucji lub w dyskretnych, przelotnych relacjach. Jak to ujmuje Faye: „Dobrze zorganizowany system prostytucji jest najlepszym sposobem na uratowanie rodzin. Chcę przez to powiedzieć, że wierność seksualna jest drugorzędna wobec «małżeńskiej i rodzinnej wierności»”.
Francuz zauważa, że dziś powszechnym jest, że małżeństwo rozpada się, gdy żona przyłapie męża na zdradzie z chwilową kochanką, czy prostytutką. Ma to być dowodem na to, że priorytetem ich związku nie było stworzenie czy też przedłużenie rodziny, tylko przelotny impuls o charakterze emocjonalno-seksualnym.
Faye pyta na ile poważne znaczenie ma to, gdy małżonek zaspokaja swoje potrzeby seksualne w agencji towarzyskiej. Bo tak właśnie sprawy się miały podczas stabilnego małżeństwa burżuazyjnego, które dziś jest tak wyszydzane. O stabilności tego modelu decydowało m.in. to, że wierność rodzinna było pierwszorzędna wobec wierności seksualnej. I z tego też powodu rozwód był uważany za nieporównywalnie większą transgresję niż cudzołóstwo.
Podsumowując, cały sens instytucji małżeństwa zostaje wypaczony w momencie, gdy za jego ultima ratio uznaje się miłość. Seks i miłość są, naturalnie, komponentem małżeństwa, ale nie stanowią jego najważniejszego elementu. Instytucja małżeństwa – co należy z całą mocą podkreślić – nie ukonstytuowała się po to, „żeby było miło”. Jak to ujął kiedyś Jordan Peterson, na romanse jest czas, gdy jest się nastolatkiem. Potem człowiek osiąga dorosłość i wtedy czas jest na dojrzałość.
„Pryncypialnym «telos» małżeństwa jest zbudowanie dziedzictwa poprzez prokreację, a nie po prostu związek dwóch istot, które «się kochają i pragną nawzajem» (…). Związek trwały, tworzący rodzinę, kamień węgielny narodu nie opiera się tyle na «miłości» w nastoletnim tego słowa znaczeniu, czy na ulotnej fantazji seksualnej, ale na partnerstwie (…) opartym na etnicznej, kulturowej i społecznej bliskości; na wspólnych wartościach i strategii rodzinnej” – konkluduje Faye.
Paweł Bielawski


