Panie Profesorze. Jest Pan niezwykle aktywnym uczestnikiem debat intelektualnych w Europie w ostatnich latach. Wiem, że brał Pan udział w kolokwiach Instytutu Iliada w Paryżu. Z polskiej perspektywy ta francuska inicjatywa jawi się jako ambitny plan zintegrowania środowisk już w kilku krajach odwołujących się do wspólnego dziedzictwa europejskiego. Takie laboratorium oporu autochtonów przeciw postępującej dezintegracji państw narodowych. Czy ma Pan zbliżoną ocenę aktywności pogrobowców D. Vennera? A może wskaże też inne konkurencyjne inicjatywy metapolityczne, które już teraz warto uważnie śledzić?
– W rzeczy samej, „Institut Iliade” jest pewnym wyjątkiem; nie znam żadnej instytucji, którą można by naprawdę z nią porównać. Niestety, wśród mówców na tych konferencjach jest wielu takich, dla których ostatecznie własny nacjonalizm jest ważniejszy niż europejskie dziedzictwo: Dezintegracja naszej tożsamości zaszła tak daleko, że wielu patriotom bardzo trudno jest dostrzec wspólną tożsamość zachodnią; a nawet jeśli to zrobią, często spotykają się z zarzutem ze strony kolegów, że nieświadomie wspierają brukselski europeizm. Niemniej jestem przekonany, że walka o powrót do naszego wspólnego zachodniego dziedzictwa ma kluczowe znaczenie dla przyszłości konserwatyzmu: Powrót do państwa narodowego byłby w obecnej sytuacji historycznej dla całego kontynentu tak samo katastrofalny, jak rozpad państwa narodowego na rzecz kosmopolityczno-materialistycznego brukselskiego państwa światowego.
W „Renovatio Europae” z 2019 roku ukuł pan pojęcie „hesperializmu”. W dużym skrócie chodzi o nasze zaangażowanie na rzecz zjednoczenia Europy nie tylko z pozycji uniwersalistycznych lecz i także konserwatywnych, jako przeciwieństwo zbiurokratyzowanego frazesu „europeizmu”? Odwojować kontynent europejski w sensie duchowym, jak i instytucjonalnym. Proszę to precyzyjniej wyjaśnić polskiemu czytelnikowi?
– Obecnie Unia Europejska nie jest w stanie bronić interesów naszej cywilizacji na zewnątrz, podczas gdy wewnętrznie dusi wolności przez śmiertelną ideologię wokeizmu. Hesperialistyczna Europa, o którą apeluję, zrobiłaby dokładnie odwrotnie: broniłaby interesów europejskich na zewnątrz, a wewnętrznie gwarantowała maksymalną wolność i subsydiarność. To wymaga dwóch reform. Po pierwsze, reforma instytucjonalna, która przewiduje ścisłą współpracę tylko w tych obszarach, które dotyczą przetrwania całej naszej cywilizacji (obrona, granice, komunikacja, badania, zwalczanie przestępczości itp.), przy jednoczesnym przywróceniu autonomii państwom narodowym, regionom i władzom lokalnym we wszystkich innych obszarach. Po drugie, co jeszcze ważniejsze, jest to fundamentalna zmiana tożsamości: Zamiast dekonstrukcji własnej tożsamości, Europa powinna ponownie rozwijać zdrową pewność siebie w obronie swoich strategicznych interesów i odkrywać na nowo solidną dumę historyczną. Taki dobrowolny powrót do tradycji oznacza nieuchronnie krytyczny wybór w odniesieniu do doświadczeń z przeszłości, ponieważ w ciągu ostatnich wieków było tyle wypaczeń, że dla „konserwatystów” nie ma już większego sensu mówić o „zachowaniu” przeszłości bezrefleksyjnie. Z mojego punktu widzenia wybór ten powinien koncentrować się przede wszystkim na tym, co związane jest z naszą ponadczasową dążnością do transcendencji: Europa musi na nowo odnaleźć duchową misję, bez której nigdy nie wydostanie się z bagna nihilizmu i kulturowego samobójstwa.
Czy wyspiarska Brytania tradycyjnie jest wiarołomnym sojusznikiem dla romańskich i germańskich Europejczyków po drugiej stronie kanału La Manche i skutecznie dezintegruje projekt wyimaginowanego jednoczącego nas Imperium Europeum?
– Wielka Brytania, ze względu na swoje położenie wyspiarskie, od zakończenia wojny stuletniej naturalnie pozostawała nieco na uboczu bezpośrednich konfliktów terytorialnych w Europie i dzięki swojej skutecznej polityce kolonialnej oraz przemysłowej przez długi czas idealizowała pewną „wspaniałą izolację”. Myślę jednak, że polityczny, gospodarczy i demograficzny upadek Zjednoczonego Królestwa, wraz z ryzykiem oderwania się Szkocji, szybko doprowadzi resztki Anglii do refleksji, że jako insularne małe państwo nie będzie mogło być równorzędnym partnerem Stanów Zjednoczonych, i przypuszczam, że przyszłość tych wysp leży ostatecznie w zjednoczonej Europie. Uważam, że europejscy konserwatyści powinni zrobić wszystko, aby udowodnić swoim brytyjskim przyjaciołom, że problemem nie jest idea europejska, ale istniejąca rzeczywiście brukselska UE, i zwrócić im uwagę, że Brexit ostatecznie nie zmienił absolutnie nic w problemach Zjednoczonego Królestwa.
Europa łacińska ulega duchowemu uwiądowi i całkiem realne jest zejdzie wspólnoty wiernych do katakumb i głos muezzina symbolicznie zastąpi dzwony w gotyckich katedrach. Gdzie mamy szukać źródeł transcendencji dla wykorzeniających się mieszkańców kontynentu? Czy Pana zdaniem instytucjonalny kościół rzymski Franciszka I zachował jeszcze jakiś potencjał depozytu wiary pozwalający ratować tonącą łódź Piotrową. Czy nadal jeszcze „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”? A może odrzucająca wszelkie wartości, niewierząca w nic i hedonistyczna Europa, aby się uratować musi zostać ponownie ochrzczona? Musi odzyskać wiarę, która da jej na powrót transcendentne odniesienia, a więc wrócić do fundamentów i wrócić do tradycji wiary?
– Przyznaję, że choć wychowałem się jako katolik, odkryłem swoje chrześcijaństwo dopiero bardzo późno, i to dzięki Mszy Trydenckiej, która do dziś pozostaje moją ulubioną formą mszy. Jako chrześcijanin, oczywiście zależy mi na tym, aby moja cywilizacja na nowo odkryła swoją wiarę; jako historyk kultury muszę jednak uznać, że wszystkie późne cywilizacje w ramach swojego dialektycznego rozwoju prędzej czy później zawsze oddalają się od Boga. Kult transcendencji stanowi bowiem punkt wyjścia dla rozwoju każdej cywilizacji; tak zwany humanizm jest w pewnym sensie antytezą. Dopiero na samym końcu następuje krótka synteza „racjonalnego powrotu do transcendencji”, zanim cywilizacja całkowicie skamienieje. Taki powrót, który moim zdaniem nas również czeka, nie będzie jednak masowym ruchem, ale jak dowodzi restytucja religii rzymskiej przez Augusta czy irańskiej przez późnych Sasanidów, będzie to zjawisko elit. W związku z tym, niestety uważam, że Zachód prawdopodobnie nie zdobędzie się na rzeczywistą rechrystianizację; jednak nie wykluczam możliwości powstania pewnej formy „kulturowego chrześcijaństwa” sponsorowanego politycznie, jako wyrazu lojalności cywilizacyjnej.
Demokracja, co do której już Arystoteles zgłaszał szereg uwag i której wielokrotnie przypisywano tendencje do autodegeneracji, jest dziś bezrefleksyjnie wynoszona na piedestał świętości i jakakolwiek jej krytyka jest współczesnym „świętokradztwem”. Ale gdy konserwatyści odnoszą się do budowy Imperium czy do odbudowy normalnej Europy, kiedy budują jej obraz czy to w pracach politycznych czy powieściach bardzo często odnoszą się do monarchii. Czy to u J. Raspaila, czy u docenianego wreszcie coraz bardziej, J.R.R. Tolkiena, ale i u szeregu innych autorów, mamy do czynienia z Królem, który jest gwarantem i ikoną normalności rządów. Z hierarchią jako naturalnym systemem budowy społeczeństw. Czy więc sama demokracja, wychodząc od sposobu dokonywania wyboru, a wchodząc w buty niepodważalnego systemu politycznego, nie jest wielką przeszkodą do odrodzenia się Europy? Czy system gdzie większość ma rację i decyduje ostatecznie, bez względu na rzeczywistą rację, nie jest sam w sobie niebezpieczny? Szczególnie dziś w dobie postępującego upadku myślenia i tryumfie głupca nad mędrcem? A może można demokrację okiełznać?
– Podobnie jak starożytni teoretycy państwa, jestem przekonany, że każda konstytucja jest ostatecznie tak dobra, jak jej obywatele i politycy. W społeczeństwie o wysokich standardach moralnych monarchia może stanowić doskonałą formę rządów, podczas gdy demokracja, jeśli ludzie są niedojrzali, może prowadzić do katastrofalnych skutków; oczywiście możliwa jest także odwrotna sytuacja. Jednak dzisiejsze wyzwanie nie polega jedynie na wyborze formy ustrojowej, lecz na erozji i przesunięciu władzy z sektora publicznego do ukrytego świata lobbystów, wielkich korporacji i instytucji technokratycznych. Elon Musk, Bill Gates czy Mark Zuckerberg są bez wątpienia potężniejsi i bardziej wpływowi niż polski premier, a większość europejskich państw narodowych to jedynie organy zatwierdzające decyzje międzynarodowe, których nikt już demokratycznie nie kontroluje. Do tego dochodzi fakt, że nasz obecny system, ze względu na liczne poziomy władzy, równowagi sił i okresy wyborcze, stał się tak skomplikowany i zagmatwany, że długoterminowe i kompleksowe reformy są technicznie zupełnie niemożliwe, co stanowi ogromną przeszkodę dla zdolności Europy do samouzdrawiania w czasach kryzysu.
Od dekad obserwujemy w społeczeństwie europejskim upadek autorytetów, „sprzedawanie się” nauki niebezpiecznym, wyimaginowanym ideologiom chcącym budować „nowy wspaniały świat”, upadek idei Uniwersytetu itp. Oddaliśmy tzw. rząd dusz skrajnej lewicy, tak jak chciał skrajnie lewicowy ideolog Antonio Gramsci i dziś nowe pokolenie zupełnie nas nie rozumieją. Jak wielki był to błąd i czy jest jeszcze szansa by zmienić ten trend? Jak długookresowa oraz jak prowadzona musi być praca by uzyskać tu efekt naprawy wyrządzonych szkód, tak by odzyskać kolejne pokolenia młodych?
– Od lat staram się przekazać myśl, że kluczową walką naszych czasów jest walka kulturowa. Wszystkie pozytywne reformy socjo-ekonomiczne i decyzje na świecie nic nie dadzą, jeśli obywatel ma „wrażenie”, że żyje w negatywnej sytuacji – przykład zmiany rządu w Polsce jest tego doskonałym dowodem: Konserwatyści nie przegrali wyborów z Donaldem Tuskiem, ale z Netflixem i TikTokiem, i obawiam się, że asymetria tej walki nie została nawet przez nich zauważona… Tym bardziej pilne jest więc dążenie do przejęcia hegemonii nad sektorem kulturowym, a ponieważ mało prawdopodobne jest, aby można było przeprowadzić nowy „marsz przez instytucje”, gdyż lewicowe elity zazdrośnie strzegą tego obszaru, nadszedł czas na stworzenie własnych instytucji – czy to w sztuce, edukacji, czy w mediach.
W ramach budowy tego nowego świata, w którym człowiek zastępuje Boga, dokonano radykalnych zmian definicji pojęć co spowodowało zatarcie ich prawdziwych znaczeń. W konsekwencji powoli wymazuje się pojmowanie i rozróżnianie dobra i zła, a na piedestale stawia skrajny relatywizm. Jak niebezpieczny jest to Pana zdaniem problem? Czy pokolenie pozbawione prawidłowego rozumienia najistotniejszych, fundamentalnych dla człowieka pojęć nie jest automatycznie skazane na degenerację etyczną i moralną, a w konsekwencji na nieuchronne doprowadzenie do upadku cywilizacji?
– Niestety, tak – to okropne zamieszanie, którego nie przezwyciężymy z dnia na dzień. Ale na szczęście podstawowe prawa moralne nie opierają się na jakichś zewnętrznych tekstach, lecz znajdują się w sercu każdego człowieka, tam, gdzie również posiada on dostęp do transcendencji. Kto ma Boga w sobie, nie może inaczej, jak dostrzegać go również w bliźnim; na tej zasadzie oraz na zrozumieniu, że odpowiedzialność nigdy nie jest abstrakcyjna, ale zawsze odnosi się do relacji z bliźnim i musi być odpowiednio zorganizowana w sposób koncentryczny przez ordo caritatis, opiera się ostatecznie każde prawo moralne. To oznacza także, że społeczeństwo może oddalić człowieka od tej samowiedzy za pomocą masowej propagandy medialnej, ale całkowicie jej wykorzenić jest niemożliwe. Osobiście jestem głęboko przekonany, że to właśnie w tym tkwi jedyne i najważniejsze uzasadnienie dla każdego konserwatyzmu, jak próbowałem pokazać w mojej nowej książce „Défendre l’Europe civilisationnelle” (niestety, wciąż nie znalazłem polskiego wydawcy): stworzenie społeczeństwa, które nie opiera się na materializmie, ilości i niebezpiecznych utopiach społecznych, ale dostrzega człowieka w jego najważniejszych cechach, a mianowicie jego świadomym uczestnictwie w transcendencji i jego powołaniu do lepszego świata.
Kończąc powoli ten wątek warto zadać jeszcze jedno pytanie. Czy niszczenie więzi międzyludzkich, wyrywanie jednostki ze społeczeństwa w zamknięty świat pojedynczych, niepowiązanych ze sobą jednostek, w połączeniu z wirtualizacją życia i jego uobrazkowienie, przy jednoczesnym widocznym upadku idei uniwersytetu i spadku poziomu wiedzy nie buduje łatwo sterowalnego nowego homosowieticus? A nawet gorzej, człowieka postcywilizacyjnego, ubezwłasnowolnionego i zadowolonego z tego stanu rzeczy? Czy prawdziwe jest stwierdzenie polskiego filozofa prof. Piotra Nowaka zawarte w książce „Hodowanie troglodytów” – które wprawdzie odnosił on konkretnie do uniwersytetów, ale wydaje się to szerszym zjawiskiem – że dziś właśnie hodujemy troglodytów? Jak daleko nam do stworzenia człowieka „kafkowskiego”.
– Rzeczywiście, znajdujemy się już jedną nogą w „posthistorii”, stanie, który Oswald Spengler, od którego wiele zaczerpnąłem, opisał jako „fellachizm”, nawiązując do ludności wiejskiej Starożytnego Egiptu, która po upadku wysokiej kultury faraońskiej w okresie Ramessydów przez tysiąclecia pracowała niezmiennie dla różnych okupantów, jednocześnie trzymając się tradycji, które stawały się coraz bardziej prymitywne i jałowe. Muszę przyznać, że na uniwersytecie, w kontaktach z większością studentów, mam wrażenie, że znajduję się już w obecności takich „posthistorycznych” ludzi, którzy wewnętrznie są całkowicie oderwani od zachodniej cywilizacji, skupiają się głównie na swoich krótkoterminowych celach i w czasach kryzysu są zupełnie niezdolni (i niechętni) do twórczej i energicznej obrony oraz przekazywania swojego dziedzictwa.
Jak poważne egzystencjalne zagrożenie dla Europy kontynentalnej stanowił akt agresji Rosji na Ukrainę w 2022 r. oraz uzasadniająca ten krok „konserwatywna” i antyliberalna retoryka sączona przez Kreml? Czy to była jedna z wielu wyrafinowanych metod uzależnienia przez imperializm stepowy, będąca reakcją na nadal żywe antyamerykańskie resentymenty? Czy ona powróci wróci w jakieś przewidywalnej przyszłości i jaką przyjmie maskę? I co dalej z koncepcjami euroazjatyckiego Imperium snutymi przez A. Dugina?
– W rzeczy samej można zauważyć, że większość konserwatywnych kręgów w Europie jest tak zarażona wirulentnym antyamerykanizmem, że częściowe przyjęcie tej retoryki przez Putina z entuzjazmem popchnęło ich w objęcia Rosji, która oczywiście już od wielu lat prowadziła intensywną medialną kampanię przygotowującą na to i, co oczywiste, głęboko zakorzenioną w sowieckiej ideologii „retorykę pokoju”. Przynosi to często absurdalne owoce, takie jak eurazjanizm, i jest oparte na dość naiwnym spojrzeniu na Rosję, która w dużej mierze wciąż tkwi w XIX wieku. Ogromne problemy Rosji związane z ateizmem, islamem, masowymi aborcjami, alkoholizmem, hedonizmem i oligarchami są przez wielu konserwatystów w Europie ledwie dostrzegane, podobnie jak fakt, że choć siła USA rzeczywiście stanowi kluczowy wektor globalnej ekspansji ideologii woke (która zresztą historycznie pochodzi z Europy), Stany Zjednoczone mają także największy i najsilniejszy konserwatywny opór wobec tej ideologii. Jeśli chodzi o eurazjanyzm, jego atrakcyjność będzie jednak ograniczona. Antyamerykanizm, zwłaszcza we Francji, jest istotnym czynnikiem politycznym zarówno na lewicy, jak i na prawicy, ale nie wyobrażam sobie, by sojusz z Rosją, Chinami, Iranem i Indiami na bazie integralnego tradycjonalizmu mógł zyskać poparcie większości, szczególnie z powodu silnie naładowanej debaty o islamie i migracji na Zachodzie, i osobiście uznałbym to za całkowicie absurdalne, gdyż ostatecznie interesy strategiczne tych różnych cywilizacji okażą się silniejsze niż ich możliwy wspólny interes w walce przeciwko amerykańskiej woke’izmowi. Nie można też zapomnieć, że resentymenty Chińczyków, muzułmanów, Hindusów i Rosjan wobec „Zachodu” nie odnoszą się tylko do USA, ale w końcu obejmują również Europę: te cywilizacje ostatecznie chcą pomścić swoje dawne upokorzenia także na nas.
Zmierzmy się z polityczną futurologią? Demografia przybyszów spoza naszego kręgu cywilizacyjnego przyspiesza zastępowanie zachodniej części Europy przez Eurabię, gdy w tym samym czasie wschodnia flanka mierzy się z przyjazdami kilku milionów bezdomnych postsowieckich Ukraińców czy szturmem imigrantów na granicy polsko-białoruskiej. Czym może się skończyć ta współczesna – prawie bezkrwawa wędrówka ludów. Czy doczekamy się współczesnej inkarnacji frankijskiego Karola Młota czy sarmackiego Jana III Sobieskiego czy raczej nastawmy się na Raspaillowski „obóz świętych”?
– Czy tego chcemy, czy nie, będziemy musieli pogodzić się z faktem, że zwłaszcza zachodnia część kontynentu pozostanie trwale ukształtowana przez Afrykę i islam. Nie tylko liczba osób o pochodzeniu migracyjnym osiągnęła zawrotną wysokość, ale obecność tych ludzi, z których wielu posiada obywatelstwo, sięga już trzech pokoleń. Z tego względu brutalna „cywilizacyjna obrona” przed milionami kobiet i dzieci wydaje mi się całkowicie absurdalnym i nierealistycznym scenariuszem na przyszłość. Można tylko mieć nadzieję, że przynajmniej Europa Wschodnia nie popełni tych samych błędów co Zachód, celowo importując miliony ludzi lub tolerując ich napływ przez Białoruś, a tym samym nie stworzy podobnych problemów moralnych. Jednak od czasu ostatniej zmiany rządu jestem w tej kwestii bardzo sceptyczny, przynajmniej długoterminowo: wielu Polaków jest w tej sprawie niezwykle naiwnych i nie zdaje sobie sprawy, jak wielkie i bezsensowne ryzyko właśnie podejmują. Masowa migracja nie skończy się dobrze, ponieważ coraz bardziej oczywisty kryzys naszej cywilizacji wcześniej czy później doprowadzi do kwestii władzy, gdy chodzić będzie o podział coraz bardziej ograniczonych zasobów między autochtonów a ludność napływową. Obawiam się najgorszego w takim przypadku i wątpię, czy wielu Europejczyków ma jeszcze energię (lub zdolności), by aktywnie bronić swoich interesów. W przypadku Francji wydaje mi się prawie nieunikniona sytuacja podobna do syryjskiego wzoru – skrajna etnokulturowa i terytorialna fragmentacja przy jednoczesnym autorytarnym rządzie.
W wydanej niedawno po polsku przez Instytut Zachodni w rozszerzonej wersji najważniejszej Pana książce „Na drodze do imperium. Kryzys Unii Europejskiej i upadek republiki rzymskiej. Paralele historyczne” zawarta jest nadzieja na polityczne przetrwanie Europy pod jednym wszakże warunkiem: postawienia na własną, oryginalną zachodnią tożsamość razem z jej tradycją kulturową w kontrze do biurokratycznego molocha. Liczy pan na zwycięską „konserwatywną rekonkwistę”, tę manifestowaną niejednokrotnie przez liczne europejskie partie protestu?
– Myślę, że musimy tu rozróżnić analizę opisową i normatywną. W mojej książce „Auf dem Weg ins Imperium” starałem się pokazać, że obecny kryzys tożsamości Europy wykazuje duże podobieństwa do upadku późnej Republiki Rzymskiej i że z tego wynika ryzyko, a nawet wysoka prawdopodobność poważnych zamieszek obywatelskich, które ostatecznie mogłyby prowadzić do bardziej lub mniej tradycjonalistyczno-autorytarnego rozwiązania kryzysu na wzór augustiańskiego pryncypatu – perspektywy, która pod wieloma względami jest tylko warunkowo „pozytywna”, jak wiedzieli ostatni republikanie w Rzymie. W innych książkach, przede wszystkim w „Europa Aeterna” i „Renovatio Europae” (obie również wydane w języku polskim przez Instytut Zachodni), chodzi o to, jak w obecnej sytuacji możemy tak ustawić kierunki działania, aby w pewnym sensie zapobiec najgorszemu. Ale tak, bez świadomego, racjonalnego powrotu do tradycji, który znajdowaliśmy pod koniec każdej cywilizacji, nasza społeczność prawdopodobnie całkowicie się rozpadnie.
My Polacy usilnie wierzymy, że w Europie nastąpi skręt na prawo i UE zmieni kierunek. Ale z moich obserwacji wewnątrz chrześcijańskiego bloku w Parlamencie Europejskim jakim jest European Christian Political Movement wychodzi, że na zachodzie nie istnieje już prawica w naszym, polskim rozumieniu. Że wszystko przesunęło się bardzo mocno na lewo, dewastując tradycyjne definicje pojęć prawica i lewica. Jak z Pana perspektywy wygląda dziś konserwatyzm czy prawicowość w Europie?
– Rzeczywiście, w tej kwestii jestem znacznie bardziej pesymistyczny niż Polacy – ponieważ pochodzę z Zachodu i znam europejską „prawicę” od środka. Niestety, jest tak, że tutaj panuje ogromny chaos i trudno mówić o jakimkolwiek jednolitym ruchu. Nacjonaliści kontra europeiści, socjaliści kontra liberałowie, sekularzyści kontra chrześcijanie: „prawica” jest niesamowicie podzielona. Obecnie jest ona w pewnym stopniu zjednoczona przez sprzeciw wobec wokeizmu, ale tak negatywne podejście nie jest w stanie utrzymać się na dłuższą metę. Z tego powodu polski konserwatyzm, ze swoją chrześcijańsko-zachodnią, a jednocześnie społecznie zaangażowaną polityką, zawsze był mi bardzo bliski, ale trzeba przyznać, że w obecnej europejskiej konfiguracji jest on raczej wyjątkiem i oczywiście mocno zakorzeniony w myśli z lat 80. i 90., co uniemożliwiło mu zdobycie poparcia młodzieży oraz rozwinięcie realistycznego zrozumienia kryzysu.
Polityka przez duże „P” to roztropne dbanie o sprawy wspólne. I tak chyba należy rozumieć jej tradycyjne, prawidłowe pojmowanie. A dziś mamy raczej do czynienia politykierstwem i fanatyzmem ideologicznym, gdzie dobro wspólne przestaje się liczyć w starciu z korzyścią utopijnej ideologii, partyjną czy indywidualną. Jak odbudować prawdziwe pojmowanie polityki jako swoistej służby dla dobra wspólnego i roztropnego dbania o nie? Jak przywrócić polityce i politykom moralność i etykę, bez których trudno będzie zbudować Europę opartą na zdrowych fundamentach.
– W dziedzinie polityki ambicja, interes własny i idealizm zawsze były ze sobą nierozerwalnie związane, zwłaszcza w systemach partycypacyjnych z dużą mobilnością społeczną, które zawsze przyciągają oprócz jednego czy dwóch idealistów przede wszystkim narcyzów – nawiasem mówiąc, to klasyczny argument na rzecz struktur dziedzicznych. Prawdziwe rozwiązanie musi być dwutorowe. Z jednej strony musimy zrobić wszystko, aby wybór i nadzór nad naszymi politykami odbywały się według odpowiednich kryteriów; z drugiej strony musimy przywrócić moralne granice w naszym społeczeństwie, aby wywierać również zewnętrzną presję. Nie wierzę jednak, że taka restytucja, która koniecznie musi opierać się choćby formalnie na powrocie do wartości chrześcijańskich, może dokonać się w sposób organiczny, bez poważnych wstrząsów społeczno-ekonomicznych, a więc bez tego, co powszechnie nazywa się „kryzysem” lub „wojną domową”.
Pozwolę sobie jeszcze na krótko wrócić do J.R.R. Tolkiena, gdyż Pan w kilku tekstach odnosi się do jego filozofii i widzenia Świata. U Tolkiena widzimy ciągłe zagrożenie dobra przez zło oraz wyraźne przesłanie, że nic nie jest nam dane raz na zawsze. Że dobra musimy ciągle bronić i być gotowi do walki o nie. Ale w świecie tolkienowskim jest też wielka nadzieja i optymizm, że dobro wprawdzie ponosi ogromne ofiary ale zawsze zwycięża. To ważne w dzisiejszym Świecie i w którym toczy się wojna o „duszę Europy”. Czego dziś uczy nas Tolkien? Czy nowy, odbudowany, dobry Świat może być tym samym, który istniał przed starciem dobra i zła? Czy tak jak we „Władcy pierścieni” dobro wygrywa, powraca wyśniony Świat ale już nieco inny, bo wszak bez elfów, Gandalfa, Froda. Czy ten odzyskany Świat będzie trochę inny bo i czasy będą inne i my, po stoczonej walce, będziemy trochę inni?
– Walka między dobrem a złem toczy się wiecznie i nie zostanie rozstrzygnięta aż do dnia ostatecznego. Dlatego musimy uważać, by nie obarczać naszej walki o zachodnią cywilizację nadmiernymi eschatologicznymi nadziejami. Uważam, że rzeczywiście będzie możliwe doprowadzenie naszej cywilizacji do ostatecznej syntezy, która opiera się na racjonalnym powrocie do tradycji, ale ta synteza będzie jednocześnie punktem końcowym naszego rozwoju kulturalnego – po niej mogą powstać inne kultury, a walka w sercu każdego człowieka będzie trwała dalej, jednak „wielki organizm” Zachodu zostanie „zamknięty”. Zresztą, to bardzo przypomina światopogląd Tolkiena: Nawet „Władca Pierścieni” nie kończy się prawdziwym „happy endem”, ponieważ odnowione Gondor Czwartej Ery szybko zmierza ku swojemu upadkowi, jak Tolkien pokazał w swojej (niedokończonej) kontynuacji „A New Shadow”.
Myśl jest bronią, a polski rynek książki prawicowej jest dość ubogi pod względem przyswajania bogatego dorobku myślicieli mających niekwestionowaną pozycję w Europie. Skoncentrowany jest na sobie. Takim dobrym przykładem jest Alain de Benoist i Groupement de Recherche et d’Études pour la Civilisation Européenne, który nigdy nie był osobiście w Polsce. I dopiero niedawno pojawił się przekład jego pracy „Przeciw liberalizmowi”. Nie ma też ani jednej kompletnej pracy Juliusa Evoli i Tradycjonalizmu Integralnego. Czy może Pan podpowiedzieć, kogo polski czytelnik winien lepiej w następnej kolejności poznać i odrobić te zaległości?
– To doskonałe pytanie. Sam interesuję się głównie „klasycznymi” autorami, a nie tak bardzo współczesnymi. Skoro mówisz o integralnym tradycjonalizmie, najwyższy czas bliżej przyjrzeć się Huxleyowi, Guénonowi i Schuonowi, aby zrozumieć nie tylko (często wątpliwe) podstawy polityczne, ale także transcendentalne, ontologiczne fundamenty perennializmu. Uważam również, że Spengler i Toynbee to kluczowe lektury, które mogą pomóc lepiej zrozumieć naszą współczesność z perspektywy historii świata, bez zbytniego skupiania się na bieżącym aktywizmie politycznym.
Proszę zaspokoić moją ciekawość o Pańską stałą współpracę z zasłużonym „Tygodnikiem Solidarność”. Jak do tej synergii pisma związkowców z filozofem polityki doszło? Czy inicjatywa pisania felietonów, udzielania wywiadów i edycji książek wyszła ze strony redakcji pisma? I jeszcze jedno, ważne pytanie dlaczego nie związał się Pan równie silnymi więzami z prestiżowym krakowskim konserwatywnym periodykiem „Arcana”? Wszak publikują tam, profesorowie Nowak, Legutko czy Krasnodębski, którzy także zamieszczają teksty w tomach zbiorowych pod Pana redakcją?
– Och, nie ma w tym żadnej szczególnej tajemnicy: Nigdy nie nawiązałem kontaktu z wydawnictwem Arcana, ponieważ nie brakowało mi codziennych zapytań o nowe teksty i pracy. Niestety rzadko mam czas, aby samodzielnie szukać kontaktu z nowymi mediami i oferować swoje teksty. Tak samo było z „Tygodnikiem Solidarność”: Redaktor naczelny spontanicznie się ze mną skontaktował, a ja z przyjemnością zgodziłem się na współpracę.
Bardzo serdecznie dziękuję za arcyciekawą i inspirującą rozmowę.
Z języka niemieckiego tłumaczyła dr Maria Józwiak
Rozmawiał Bartosz Józwiak


