Przekonanie, że ustroje polityczne, jakie obecnie istnieją we wszystkich krajach Zachodu i nie tylko, np. także w Polsce, są demokracjami, jest niemal powszechne. Co prawda niektórzy kwestionują prawdziwość tego sądu, ale jest ich niewielu, postrzegani są jako osobnicy w najlepszym razie ekscentryczni i funkcjonują na marginesie debaty publicznej albo zgoła poza nią. Jednak opinie powszechne nie zawsze są prawdziwe, natomiast zdarza się, że poglądy odosobnione bywają trafne. Czy zatem to, co mamy obecnie, to demokracja?
Termin i jego znaczenie. Określa się nim przede wszystkim ustrój polityczny jaki ukształtował się w Atenach ostatecznie w wyniku reform Kleisthenesa w 507 r. p.n.e. i trwał, z pewnymi zmianami o znaczeniu drugorzędnym i przerwami o charakterze incydentalnym, do końca wojny lamijskiej w 322 r. p.n.e., osiągając w tym państwie postać klasyczną. Dla Aten też jest najlepiej udokumentowany źródłowo. W różnych okresach występował także w innych greckich poleis, przede wszystkim od Aten zależnych, ale także w tych, które były od nich niezależne, jak Argos czy tych, które z Atenami często pozostawały w konflikcie, jak Teby i Syrakuzy.
Grecki termin demokratia pochodzi od dwóch słów, demos i krateo. Podstawowe znaczenie drugiego to rządzić, władać, panować i ma sens polityczny. Pozostałe znaczenia wyrażają przewagę i panowanie w odniesieniu do innych niż polityczne aspektów.[1] Demokracja to rządy, władza, panowanie demosu. Rozstrzygające jest zatem to, kto jest podmiotem władzy w tym ustroju.
I tutaj greckie słowo charakteryzuje się daleko posuniętą wieloznacznością. Bo z jednej strony demos to kraj, kraina, terytorium, z drugiej ludność lub mieszkańcy; raz lud, prosty lud, plebs, innym razem lud suwerenny, obywatele. Słowem tym określano także ustrój demokratyczny czy zgromadzenie ludowe[2] i dem – gminę w państwie ateńskim.[3] Wykluczając znaczenia odnoszące się do terytorium, jednostek administracyjnych czy ustroju pozostają te, które wskazują na zbiorowość.
Współcześnie określa się demokrację jako rządy ludu co, wziąwszy pod uwagę wieloznaczność terminu i stan faktyczny, jest bałamutne. Lud bowiem to kategoria społeczna i oznacza on z reguły większość mieszkańców plasujących się na niższych szczeblach drabiny społecznej. Z terminem tym nie wiąże się praw politycznych. Lud jest ludem niezależnie od tego, czy prawa polityczne posiada, czy nie. Demos zaś to ludzie, którzy mieli prawa polityczne, dzięki czemu mogli decydować o sprawach państwa czy to poprzez uczestnictwo w Zgromadzeniu (ekklesia), czy pełniąc urzędy, na które byli wyłaniani w drodze losowania na roczną kadencję, z wyjątkiem nielicznych, jak np. stratega czy zarządcy finansów publicznych, na które byli wybierani.
W przeciwieństwie do ustroju oligarchicznego, w którym rządzili nieliczni – oligoi, arystokratycznego[4], gdzie władali najlepsi – aristoi czy jedynowładztwa, gdzie panowała jednostka – monarchos, bądź uznawana za legalnego władcę – basileus, bądź taka, której legalności władzy nie uznawano – tyrannos, podmiotem władzy w demokracji był demos czyli wszyscy obywatele.
Władza demosu. Rozumiano ją i praktykowano w ten sposób, że poprzez system instytucji z których najważniejszą była ekklesia, nie tylko ustanawiał on prawa czy podejmował decyzje w sprawach podatków i finansów ale również bardzo konkretne, takie jak np. na co przeznaczyć dochody z nowo odkrytych złóż srebra, czy udzielić pomocy zbuntowanym przeciwko Królowi Milezyjczykom, czy zawrzeć pokój ze Spartą, czy zastosować represje wobec nieposłusznej Mityleny, czy zorganizować wyprawę przeciw Syrakuzom, itp. Do niego również należała jurysdykcja w procesach politycznych. Kratein zatem w praktyce to podejmować konkretne decyzje i wcielać je w życie. Podejmują je nie jacyś wybrani przedstawiciele, lecz sam demos zgromadzony na Agorze lub w Lykeionie a od czasów Efialtesa na Pnyksie. Mimo, że bezpośrednie uprawnienia Zgromadzenia pod koniec V w p.n.e. zostały ograniczone a ich część przeniesiono na kolegium nomothetai i Sąd Ludowy[5] (heliaia) oraz zwiększono rolę Rady (bule), ekklesia nadal pozostała najważniejszym organem władzy do którego należały ostateczne decyzje a łącznie z wymienionymi ciałami całość tworzyła system władzy demosu.
Oligarchia arystokratyczna. We współczesnych systemach wyborczych obywatele wybierają przedstawicieli do ciała ustawodawczego z grona kandydatów. Z reguły ciało to powołuje rząd który jest najwyższą władzą wykonawczą. Często, oprócz rządu, wybierany jest prezydent, bądź bezpośrednio przez obywateli, jeśli w obszarze władzy wykonawczej odgrywa rolę pierwszoplanową, bądź przez parlament, jeśli jego funkcja ma charakter głównie reprezentacyjny.[6] Również władze lokalne wyłaniane są w trybie wyborczym a także ten tryb jest stosowany przy powoływaniu władz w różnego rodzaju organizacjach, stowarzyszeniach, niektórych instytucjach itp. W poszczególnych krajach występują różnice co do szczegółów ale panuje zgodność co do istoty. Władze państwowe są wyłaniane w drodze wyborów w których ma prawo uczestniczyć każdy uprawniony do uczestnictwa w nich obywatel zarówno jako wyborca, jak i kandydat, mając swobodę w zakresie formułowania, wyrażania i głoszenia swoich poglądów. Tego rodzaju ustrój określany jest dokładnie takim samym terminem, jak ustroje starożytnych Aten i wielu innych greckich poleis.
Jest to oczywiście kłamstwo a biorąc pod uwagę to, że wszędzie i nieustannie powtarzane, zarówno w rozmowach prywatnych jak i w mediach, dyskusjach polityków, rozprawach politologów, socjologów i Bóg wie czyich jeszcze, kłamstwo powszechne. W ten sposób wyłonione władze są grupą, w stosunku do wszystkich obywateli, bardzo nieliczną. Nieliczni to po grecku oligoi i to oni rządzą, a nie ich wyborcy. Władza zaś nielicznych to oligarchia. Ustroje oparte na mechanizmie wyborczym to nie demokracje lecz oligarchie.
Uczestnicząc w głosowaniu zdecydowana większość z nas najpierw odnajduje listę tego komitetu wyborczego, który uważa za najlepszy. Następnie oddaje głos na najlepszego kandydata z tej listy. Oczywiście każdy z wyborców kieruje się własnymi kryteriami i nie dla każdego ci sami będą najlepsi, jednak skład tak wyłonionych gremiów rządzących odzwierciedla to, kogo obywatele uważają za najlepszych. Tak wyłoniona reprezentacja to zatem ci, których rzeczywiście uważamy za najlepszych, niezależnie od tego, że dla wielu taka konstatacja może być szokująca.[7] Najlepsi to po grecku aristoi a arystokracja to dosłownie rządy najlepszych. Ustrój oparty na systemie wyborczym byłby zatem w najlepszym razie oligarchią arystokratyczną. W rzeczywistości jest jeszcze gorzej.
Układ sił społecznych a demokracja. Jeśli w społeczeństwie dominującą jest klasa średnia, przy czym chodzi tutaj nie tyle o aspekt konsumpcyjny (klasa średnich konsumentów) lecz o niezależne ekonomiczne podstawy przedstawicieli tej klasy, sprzyja to rozwojowi demokratyzmu. Nie ma bowiem powodów, aby w zbiorowości ludzi dysponujących podobnymi potencjałami sprawy polityczne rozstrzygać metodą inną niż ta, która gwarantuje równoprawność, jest natomiast mnóstwo powodów, aby posługiwać się demokratyzmem w celu zabezpieczenia swoich interesów na poziomie politycznym przed zakusami innych. Porównywalne potencjały ekonomiczne nie stanowią także przesłanki do kształtowania się w różnego rodzaju środowiskach przekonania o własnej wyższości. Nawet jeśli przekonania takie tu i ówdzie się pojawiają, rzeczywistość określona przez równowagę potencjałów weryfikuje je, niekiedy bardzo brutalnie.
Jednak życie w ogóle, a w szczególności w kapitalizmie, jest grą. W tego rodzaju rzeczywistości względna równowaga nie może trwać wiecznie. Wygrywaten, kto osiąga najlepszą pozycję na rynku. To, że obdarzeni wolnością gospodarczą ludzie, zachowują się w tej sferze racjonalnie, jest liberalnym mitem. Niewielu, próbując przedsiębiorczości, odniosło sukces, zdecydowana większość zrobiła sobie krzywdę. Nawet zatem w idealnych warunkach wolnego rynku, są zwycięzcy i przegrani. W ten sposób wyłania się grupa potentatów. Stopniowo narastające zróżnicowanie samo przez się dla coraz większej ilości uczestników gry staje się barierą uniemożliwiającą przedarcie się do tej grupy. Zwycięzcy, wykorzystując swoją przewagę, w różnoraki sposób, przy pomocy instrumentów ekonomicznych, politycznych a jeśli trzeba także siłą, eliminowali przegranych. W efekcie w gospodarce nieustannie przebiegał proces koncentracji i centralizacji kapitału. Tak kształtowała się elita gospodarcza. W tym samym procesie przegrani z niezależnie gospodarujących podmiotów przekształcali się bądź w uzależnionych od wielkiego kapitału przedsiębiorców, bądź po prostu lądowali na rynku pracy. Rezultatem było wytworzenie się struktury gospodarczej i społecznej w której dominującą pozycję zajęła powstała w wyniku łączenia kapitału bankowego i przemysłowego oligarchia. Przejmując kontrolę nad coraz większą częścią majątku narodowego w poszczególnych państwach szybko w swojej ekspansji wyszła poza ich granice. Wielkie firmy, kreujące strategiczne z punktu widzenia rozwoju cywilizacyjnego produkty, już dawno przekroczyły granice państw nie tylko ze swoimi produktami, ale także z procesami wytwórczymi. Podobnie wielkie organizacje finansowe, handlowe oraz świadczące różnorakie usługi. Niezależni dotychczas wytwórcy dóbr i usług funkcjonujący w skali poszczególnych krajów albo ulegli zagładzie, albo zostali wchłonięci przez rozwijane wokół globalnych ośrodków dyspozycyjnych sieci bardziej lub mniej formalnych uzależnień gospodarczych. Z czasem z największych potentatów wyłoniła się oligarchia dominująca w skali globalnej i to rozstrzygnięcia do jakich dochodzi w jej łonie w sposób decydujący rzutują na procesy gospodarcze i społeczne oraz sytuację polityczną we wszystkich krajach świata.
Struktura współczesnego społeczeństwa ma następujący kształt. Na szczycie globalna oligarchia, za nią stanowiące bezpośrednie zaplecze i bezpośrednią podporę jej władzy grupy przedsiębiorców, bankierów, właścicieli mediów, czołowych polityków, ludzi zajmujących kierownicze stanowiska w aparacie państwowym,[8] później długo, długo nic, następnie ogromna, wewnętrznie silnie zróżnicowana masa na którą składają się wszelkiej maści specjaliści, naukowcy, inżynierowie, technicy, prawnicy, ekonomiści, urzędnicy sfery publicznej, wojskowi, przedstawiciele służb których zadaniem jest utrzymanie porządku i bezpieczeństwa, pracownicy służby zdrowia, nauczyciele, artyści, różnego rodzaju pracownicy o nieco wyższym i średnim wynagrodzeniu, średni i drobni przedsiębiorcy itp. Wszyscy oni stanowią silnie wewnętrznie zróżnicowaną masę średnich konsumentów. Całość zamykają doły społeczne złożone w dużej części z ludzi nie radzących sobie z różnorakich powodów w normalnym życiu. W tak skonstruowanym społeczeństwie poziom egzystencji jednostek czy poszczególnych grup a nawet całych narodów zależy w coraz mniejszym stopniu od nich samych, w coraz większym zaś od tego, jak w gospodarce światowej cyrkulują kapitały. W tej dziedzinie zaś decydujący głos należy do globalnej oligarchii. Przy takim układzie sił społecznych władza realna czyli władza nad poziomem egzystencji mas, niezależnie od form ustroju politycznego, pozostaje na trwałe w rękach wielkiego kapitału.
W chwili obecnej struktura społeczna właściwie jest już zamknięta. Rozwijana w ramach obecnego systemu społeczno-gospodarczego propaganda posługuje się hasłem równości szans, przeciwstawiając ją postulatowi równoważenia rezultatów. Ogólnie jest ono słuszne, ale wziąwszy pod uwagę kontekst społeczny w jakim się je głosi intencja jest z gruntu fałszywa. Nie może być bowiem mowy o równości szans w sytuacji, kiedy punkty startu są tak bardzo od siebie oddalone. Stałe zatrudnienie zasadniczo wyklucza możliwość zbicia kapitału, nawet wtedy, gdy ktoś dużo pracuje i dobrze zarabia. Udaje się to jeszcze tylko garstce pracowników banków inwestycyjnych i głównym menadżerom dużych spółek akcyjnych. W przyszłości o równość szans będzie jeszcze trudniej. Zasadniczo bogacić się mogą tylko ci, którzy są już teraz bardzo bogaci, a główną przesłanką dla tego bogacenia jest duży kapitał zakumulowany przez poprzednie pokolenia. W takim układzie sił społecznych nie ma warunków dla istnienia demokracji.
Wielki kapitał a polityka. Dla kręgów wielkiego biznesu polityka ma znaczenie fundamentalne. Jeśli w najważniejszym procesie realizowanym przez człowieka, procesie wytwarzania środków do życia, organizacja społeczeństwa przybiera postać hierarchiczną, z oligarchią kapitałową na szczycie, porządek taki musi znaleźć swoje odwzorowanie w sferze politycznej, niezależnie od tego, jaka jest formuła prawna tej sfery. Nawet jeśli formuła gwarantuje całkowitą równoprawność wszystkim ludziom, to oligarchia ma monopol na narzędzia do skutecznego uprawiania polityki, zarówno jeśli chodzi o środki finansowe, jak i w konsekwencji wszelkie pozostałe, medialne, intelektualne, naukowe itp.
Polityka wielkiego kapitału musi uwzględniać nie tylko te jej aspekty, które odnoszą się wyłącznie do jego interesów, ale i te, które odnoszą się do tego wszystkiego, co działa na rzecz płynności rozwoju, amortyzacji napięć społecznych, całościowej koordynacji spraw gospodarczych i społecznych. Współczesny system staje się coraz bardziej kompleksowy w skali świata. Ten proces, który jest rezultatem rozwoju technologicznego i ściśle z nim sprzężonego rozwoju organizacyjnego powoduje, że dotychczasowe społeczeństwa oraz tworzone przez nie państwa ulegają atrofii a ich miejsce zajmuje kształtujące się społeczeństwo globalne i różnorakie ponadnarodowe struktury władzy, zarówno gospodarczej jak i kulturowej oraz politycznej. Dzieje się tak dlatego, że dotychczasowe formy organizacyjne społeczeństw i państw są coraz bardziej nieadekwatne do charakteru zmian cywilizacyjnych. W zajmującym ich miejsce systemie światowym zarówno zbiorowości jak i jednostki tracą resztki tożsamości i podmiotowości przekształcając się w coraz bardziej jednorodny kulturowo prolet[9] zarządzany przez globalną oligarchię według coraz bardziej jednolitych standardów.
Istotną metodą kontroli przez wielki kapitał sytuacji politycznej w krajach w których istnieje system wyborczy jest zdominowanie sceny politycznej przez formacje głównego nurtu deklarujące się jako prawica i lewica. Niekiedy czynnikiem korygującym układ jest partia określana jako centrowa. Ugrupowania te uwypuklają w swojej propagandzie różnice w odniesieniu do sposobu rozwiązywania problemów socjalnych, poziomu i charakteru interwencji państwa w gospodarkę, kwestii kulturowych i moralno – obyczajowych. Zajmują jednak takie samo stanowisko wobec istotnych cech systemu, stojąc na jego straży w interesie oligarchii kapitałowej. W związku z tym są uprzywilejowane finansowo i medialnie względem uczestników gry wyborczej spoza głównego nurtu nie mówiąc już o tych, którzy kontestują system. Dzięki temu uprzywilejowaniu zarządzają aktywnością wyborczą zdecydowanej większości elektoratu. Wszelkie zmiany polityczne oscylują zatem wokół tzw. pływającego centrum, raz bardziej pro społecznie, raz bardziej pro kapitałowo, w zależności od tego, jaka w danym momencie metoda stabilizacji systemu wydaje się skuteczniejsza. Często działania tych partii są odbiciem rywalizacji poszczególnych odłamów wielkiego kapitału, lecz nigdy nie są wymierzone w interesy tegoż jako całości.
Najważniejsze jednak jest to, że globalny kapitał, mając dominującą pozycję w zakresie kreowania rzeczywistości społeczno-gospodarczej, kreuje tym samym uwarunkowania w ramach których politycy mogą się poruszać. Nawet jeśli się zdarzy, że taki czy inny polityk nie będzie na jego żołdzie lub też osiągając pewną pozycję bez wsparcia oligarchii, podejmie działania teoretycznie słuszne, ale nie liczące się z tymi uwarunkowaniami, rezultatem będzie pogorszenie się sytuacji ekonomicznej społeczeństwa. Jego działania zostaną ocenione jako nieracjonalne, on sam jako w najlepszym razie oderwany od rzeczywistości i jego kariera ulegnie szybkiemu zakończeniu. Jeśli zaś będzie uwzględniał owe uwarunkowania, ma szanse na sukces a jego aktywność będzie powiększała i umacniała totalną władzę oligarchii kapitałowej. Ci politycy, którzy funkcjonują z większym lub mniejszym sukcesem w obecnym systemie, doskonale zdają sobie z tego sprawę. Ci którzy nie przyjmują tego do wiadomości, w najlepszym razie pozostają na marginesie jako wieczni kontestatorzy.
Punktem odniesienia dla aktywności politycznej wielkiego kapitału nie są jakiekolwiek wartości wyższe, dobro jednostki czy całego społeczeństwa. Jedynym celem i sensem jest tutaj wyłącznie totalna władza. Stąd też światowa oligarchia, bez względu na wewnętrzne rywalizacje w jej łonie, jako całość prze do ustanowienia nowej formy totalitaryzmu, totalitaryzmu pieniądza, w której ten jest nie tylko instrumentem ekonomicznym ale przede wszystkim głównym narzędziem zniewolenia i jedyną wartością. Nie jest wcale paradoksem, że wykorzystuje przy tym narzędzia ideologiczne kreowane przez nową lewicę, z poprawnością polityczną[10], gender, lgbt itp. Dla lewicy bowiem ideałem zawsze była władza totalna, globalna, oparta przede wszystkim na zniewoleniu umysłów i fałszowaniu świadomości.[11] Wszystkie założenia ideologiczne lewicy, zarówno starej jak i nowej, mają na celu, poprzez zerwanie naturalnych więzi społecznych, od rodziny poczynając, na narodzie kończąc, postawić jednostkę samotną, a więc bezradną wobec systemu. Likwidując zaś kulturę poprzez wyeliminowanie z niej wszelkich wartości i zastąpienie ich relatywizmem moralnym totalitaryści dążą do stworzenia człowieka doskonale zewnątrzsterownego, którego postawy i zachowania można będzie za każdym razem programować wg potrzeb, nie napotykając żadnych oporów ani buntu z jego strony, czego źródłem mógłby być jego wewnętrzny system wartości. Dla lewicy, podobnie jak dla wielkiego kapitału, nigdy celem nie było dobro kogokolwiek. Grupy społeczne na których kiedyś i obecnie próbuje bazować, są jedynie narzędziem do sięgnięcia po władzę. Nie ma dla niej znaczenia, czy wspina się do władzy po plecach robotników, jak próbowała w XIX w., czy po plecach różnego rodzaju mniejszości, np. seksualnych czy rasowych, jak to próbuje robić teraz. Dla oligarchii kapitałowej ideologie lewicowe są wręcz doskonałym narzędziem do przekształcenia człowieka w instrumentum vocale systemu. Instrumentum takie, w pełni kontrolowane i sterowane, już w niedalekiej przyszłości będzie prokreowane zgodnie z wymogami ekonomicznej użyteczności, efektywnie eksploatowane, poddawane eutanazji i utylizowane gdy ekonomiczna użyteczność się skończy. W kapitalizmie bowiem nie ma innej racjonalności niż ekonomiczna i odnosi się to przede wszystkim do człowieka. Lewica zaś nadaje się idealnie do pełnienia w tym systemie funkcji policjanta umysłów.
Istniejące jeszcze ugrupowania polityczne spoza systemu, nawet jeśli w tych czy innych wyborach zaznaczą swoją obecność, to nigdy w wymiarze umożliwiającym udział w rzeczywistej władzy. Są skazane na nieustanne rozgrywanie przez główny układ i zasadniczo wykorzystywane do kanalizowania aktywności środowisk nonkonformistycznych. W sensie podmiotowym funkcjonują poza realną polityką, w sensie przedmiotowym są politycznym narzędziem kontroli żywiołów potencjalnie dla systemu niebezpiecznych. Poszczególni liderzy tych formacji startując z pozycji radykalnych mają szanse wejść do układu głównego nurtu jeśli przejdą na stronę wielkiego kapitału i będą skutecznie manipulowali swoim zapleczem politycznym. Niezależnie od intencji uczestników tych grup, tak długo, jak długo swoją działalność będą utrzymywały w granicach prawa, będą kontrolowane przez główny układ polityczny. Chyba, że wyłonią się środowiska, które postawią na aktywność rewolucyjną czyli stworzą siłę rewolucyjną. Aby jednak taka aktywność odniosła skutek, środowiska te muszą być zdolne do stworzenia projektu rewolucyjnego i musi zaistnieć sytuacja rewolucyjna. Żaden z tych warunków nie jest spełniony. Jak dotychczas, główny układ polityczny nie budzi sprzeciwu mas i tak długo, jak długo ich egzystencja materialna pozostanie na zadowalającym poziomie nie można liczyć na większe poruszenia.
Nawet jeśli zaistnieje sytuacja rewolucyjna, należy zdawać sobie sprawę, że z poziomu innego niż przywództwo w procesie wytwarzania środków do życia nie da się nic zmienić. Wszyscy, niezależnie od intencji, są niewolnikami uwarunkowań kreowanych przez oligarchię kapitałową, gdyż przede wszystkim chcą żyć. Stąd też wszelkie działania tzw. antysystemowe, niezależne, polityczne, metapolityczne itp., są jedynie czczymi manifestacjami, które być może polepszają samopoczucie, ale nawet na jotę nie zmieniają rzeczywistości. Istota zagadnienia leży w obszarze przywództwa w procesie wytwarzania środków do życia i w organizacji tego procesu. Jeśli chcemy obronić się przed totalitarną władzą wielkiego kapitału w skali globalnej, jeśli chcemy zachować jakąkolwiek podmiotowość, zarówno jako jednostki jak i historycznie ukształtowane wspólnoty kulturowe, niezbędne jest dokonanie resetu w zakresie stosunków własnościowych. Niezbędne jest również stworzenie zupełnie nowego modelu rozwoju, który będzie zabezpieczał przed ponownym wytworzeniem się tak patologicznych dysproporcji z jakimi mamy do czynienia obecnie. Patologicznych w dwojakim sensie, najpierw poprzez swoją genezę, następnie poprzez swoją skalę. Sama likwidacja globalnej oligarchii kapitałowej jest niewystarczająca, niezbędne jest stworzenie tego rodzaju mechanizmów, które z jednej strony uniemożliwią jej odrodzenie, z drugiej umożliwią bardziej wszechstronny i zrównoważony rozwój narodów i jednostek.
Jednostka w wielkim świecie. Zanik demokracji jest także konsekwencją utraty podmiotowości przez jednostkę. Rozwój technologiczny wymagający coraz bardziej skomplikowanych i wyrafinowanych form organizacyjnych, rozbudowa relacji handlowych, wzrost znaczenia usług, łatwość podróżowania i komunikowania się, intensyfikacja kontaktów kulturowych, znaczenie stosunków międzynarodowych spowodowały, że rośnie zapotrzebowanie na różnego rodzaju specjalistów i ekspertów w coraz węższych dziedzinach oraz na pracowników o wyższych kwalifikacjach. Odpowiednio zaś spada zapotrzebowanie na pracowników niżej kwalifikowanych.[12] Działanie każdego elementu sytemu, jeśli ma być skuteczne, wymaga coraz większego profesjonalizmu. Za tymi potrzebami w sposób naturalny idzie upowszechnienie się wyższego wykształcenia. Rezultatem tych przemian jest wzrost średniego standardu życia ale człowiek, bez względu na zajmowaną pozycję, stał się trybikiem w wielkiej, zorientowanej przede wszystkim na dobra materialne, machinie. Z osoby przekształcił się w element którego funkcjonowanie jest zdeterminowane przez logikę systemu.
Głęboka wrażliwość, conditio sine qua non rzeczywistej inteligencji, nigdy nie była poważnym atutem w życiu. Dzisiaj jest nowym rodzajem kalectwa. Jej miejsce zajmuje powierzchowna inteligencja operacyjna umożliwiająca osobnikowi sprawne, szybsze i bardziej niezawodne wykonywanie zadań określanych przez system, którego nie będą zakłócały dylematy moralne czy głębsza refleksja nad celem i sensem działań własnych lub organizacji w ramach których te działania się wykonuje. Tak funkcjonując trudno zrealizować się na miarę swojego człowieczeństwa a będąc elementem w wielkiej machinie wytwarzającej i dystrybuującej dobra materialne nie sposób urzeczywistnić swoją niepowtarzalną indywidualność. Trzeba, aby odnieść sukces, swoją wrażliwość i mentalność nagiąć do żelaznych reguł funkcjonowania tej machiny. Stąd też system eliminuje wszelkie inne aspiracje niż te, które są ukierunkowane na osiągnięcie operacyjnej sprawności oraz tłumi indywidualność. Wymogi życia w stechnologizowanym społeczeństwie powodują, że wybór między „mieć” a „być” staje się coraz bardziej iluzoryczny. Konsekwencją jest zanik kultury a osoby przekształcone w systemowych operatorów karmią się skomercjalizowaną nie-kulturą, której celem i rezultatem nie jest głębia duchowego, estetycznego i intelektualnego przeżycia, lecz generowanie stanów psychicznych sprzyjających podnoszeniu operacyjnej sprawności.
W takim świecie naturalnym zjawiskiem jest rozwijający się kult gadżetu, rozumianego jako produkt mający zaspokajać sztucznie przez machinę reklamy wykreowane potrzeby. Fascynacje tego rodzaju wytworami są krótkotrwałe, gdyż kończą się z chwilą pojawienia się w sprzedaży bardziej zawansowanego wytworu. Oddalają człowieka od właściwego jego naturze sposobu bycia w świecie, sytuując go zarówno w sensie rzeczowym jak i pod względem psychicznym w coraz bardziej wszechogarniającej sztuczności. To z kolei uniemożliwia mu ułożenie w sposób racjonalny relacji z naturą, co w ostatecznym rozrachunku obraca się przeciwko niemu. Fascynacje gadżetami mają charakter swoiście konsumpcyjny. Nie odnoszą się one bowiem ani do sensu powstawania i funkcjonowania tego rodzaju obiektu, ani do intelektualnej treści zawartej np. w jego rozwiązaniach konstrukcyjnych, ani nawet do jego faktycznej użyteczności. Tym co odurza, to jego sztuczna niezwykłość. Technologiczne opium dla mas. Życie w świecie gadżetów sprzyja rozwojowi intelektualnej powierzchowności i obniża skłonności i zdolności do poszukiwania głębszych sensów zaś materialny charakter obiektu kultu prowadzi do materializacji mentalności skutecznie redukując duchowy wymiar człowieka. W takiej rzeczywistości coraz częściej „artysta” czy „intelektualista”, nie generuje sztuki czy myśli, lecz zyskuje poklask przez epatowanie kulturowymi lub intelektualnymi gadżetami, tyleż krótkotrwale efektownymi, co banalnymi. Liczy się nie to, co ma istotną wartość, lecz to, co jest w danym momencie trendy. W końcu jeden i drugi, żyjąc w skomercjalizowanym świecie, dąży do tego, aby jego status ekonomiczny był coraz wyższy. W tym klimacie gadżetyzacji ulega nie tylko kultura współczesna, ale cały dotychczasowy dorobek kulturowy naszej cywilizacji.
W związku z tym, że zanikowi uległa rodzina szersza, na naszych oczach kończy się tzw. rodzina nuklearna a przyjaźnie i związki uczuciowe zastępowane są przez płytkie relacje koleżeńskie i powierzchowne kontakty seksualne, jednostka jest sama wobec molocha. Niezależnie od tego, czy ma świadomość rzeczywistości w której żyje, czy nie, już dawno utraciła podmiotowość. Jeśli nastąpiło jej uprzedmiotowienie i utowarowienie, nie może tym samym tworzyć demosu który byłby podmiotem władzy w państwie. A skoro nie ma demosu, to nie może być demokracji.
Społeczeństwo idiotów. Greckie słowo idiotes ma wiele znaczeń. Jedna grupa odnosi się do braku wiedzy, umiejętności czy właściwości intelektualnych: laik, człowiek prosty, nie fachowiec, amator, nie mający wprawy, nie doświadczony, nie zaprawiony w czymś, nieuk, prostak, przeciętny, miernota. Druga do pozycji społecznej i usytuowania w ramach oficjalnych struktur lub względem nich: jednostka, osoba prywatna, zwykły, prosty żołnierz, nie mający urzędu publicznego, człowiek bez stanowiska.[13]
Współczesną masę społeczną można dzielić, stosując różnorakie kryteria, na liczne segmenty. Jako że spektrum dochodów jest bardzo szerokie, nie ma wspólnego ekonomicznego układu odniesienia z perspektywy którego można budować zbiorową świadomość rzeczywistości. I nawet jeśli nie jest prawdą, że wyłącznie byt określa świadomość[14], to prawdą jest, że na tę świadomość silnie wpływa. Zróżnicowanie masy społecznej ma nie tylko charakter pionowy, pod względem dochodów czy wykształcenia, ale również poziomy. Podobne dochody można osiągać funkcjonując w różnych dziedzinach i na różne sposoby. Postępująca specjalizacji sprawia, że ludzie działają i żyją w odrębnych światach, w coraz bardziej zamkniętych segmentach stanowiących elementy uporządkowanej całości. Jednak uporządkowanie to, jego złożona logika, stają się coraz mniej uchwytne dla pojedynczego człowieka. Zanika świadomość całości, tryumfuje fragmentaryczność. Kurczy się wspólne pole doświadczeń ludzi funkcjonujących w dziedzinach do niedawna jeszcze sobie bardzo bliskich. Rozwija się tendencja do postrzegania całości bądź innych obszarów przez pryzmat własnego segmentu. Ograniczoność postrzegania pogłębiana jest jeszcze przez szum informacyjny, w którym żyje współczesny człowiek. Ilość i różnorodność informacji już dawno przekroczyła możliwości percepcji i racjonalnego ich porządkowania.
Nieustanna pogoń za mierzonym w pieniądzu sukcesem powoduje, że ludzie współcześni nie mają czasu nie tylko na wymianę myśli ale w ogóle na poważniejsze myślenie o tym, co nie ma bezpośredniego związku z tego rodzaju sukcesem. Jeżeli już znajdą czas, to nie na wymianę myśli lecz zdań, a coraz częściej słów. Nawet kiedy się zdarzy, że tych wymienianych zdań jest więcej, to najczęściej temat rozmowy jest błahy – o domach i samochodach, o układach w pracy, o pogodzie bądź seksie, sporcie i wakacjach, o tym kto z kim i kiedy, o interesach i zakupach, reklamach i cenach, jedzeniu i przyrządzaniu potraw, czasem naiwnie o polityce. Głównie zatem o materialnych wyznacznikach statusu i niezbyt wyszukanych przyjemnościach. Warto jednak zauważyć że właśnie w tych obszarach wyczerpuje się sens życia współczesnego człowieka. Kiedy już zdarza się, że temat rozmowy jest poważniejszy, ogólność miesza się ze szczegółowością zależnie od tego, kto jaką ilością przypadkowych informacji dysponuje. Rezultatem operacji „myślowych” na zbiorach faktów, nazwisk, frazesów itp. są pokraczne konstrukcje „logiczne” budowane według z góry i na wiarę przyjmowanych założeń podstawowych. Na ogół nie rozmawia się o tych właśnie założeniach, wartościach fundamentalnych, rzeczywistych celach i głębszym sensie działań indywidualnych i zbiorowych, o rzeczywistych przyczynach i skutkach, o procesach przejawiających się w faktach, a zatem nie rozmawia się w ogóle.
Nauka już dawno przestała być oazą rzeczywistej myśli. Odpowiadając na zapotrzebowanie zagłębia się w szczegóły i w praktyczne zastosowania. Jej zadaniem jest dostarczanie skutecznych narzędzi dla coraz sprawniejszych operatorów, w coraz mniejszym zaś stopniu wyjaśnianie świata. Ponadto środowiska naukowe są silnie skorumpowane przez wielki kapitał i zideologizowane przez lewicę, szczególnie jeśli chodzi o tzw. nauki humanistyczne. Tam gdzie króluje ideologia nie ma miejsca na rzetelne badania. Trzeba dorabiać fakty do ideologii. Tam gdzie w grę wchodzi pieniądz zaspokaja się potrzebę klienta a nie potrzebę poznania. Zapaść zdominowanych przez lewicę uniwersytetów jest z jednej strony skutkiem głębokiego regresu kulturowego współczesnego świata, z drugiej, regres ten pogłębia. W tym obszarze nie powstaje nic odkrywczego ani wartościowego. Próżnię wypełniają ideologiczne miazmaty i w najlepszym razie prace wtórne względem osiągnięć z epok poprzednich.[15]
Współczesne wykształcenie w skali powszechnej dając narzędzia do realizacji coraz bardziej złożonych procedur mających zastosowanie w wąskich specjalnościach, nie przygotowuje do samodzielnego stawiania i rozwiązywania problemów. Jego rezultatem jest sprawny operator którego samodzielność myślowa nie wykracza poza horyzont wymagany dla operatora. Kiedy trzeba wyjść poza wyuczone schematy przeciętny absolwent wyższej uczelni jest bezradny. Wiedza, w jaką się młodych ludzi wyposaża, nie jest uwewnętrzniona przez co nie może być podstawą do kreowania nowej wiedzy, samodzielnego tworzenia obrazu rzeczywistości, racjonalnej analizy i umiejętności przewidywania. Człowiek z tzw. wyższym wykształceniem ma zresztą nierzadko problemy z rozróżnieniem między erudycją a wiedzą, elokwencją a inteligencją, dowodem a argumentem. We wszystkich sprawach do których odnosi się polityka, jeśli jeszcze są jakieś do których się nie odnosi, tak uformowany umysł potrzebuje schematów myślowych jak kania dżdżu. Najlepiej możliwie najprostszych. Musi wiedzieć co i jak ma myśleć.
Jeśli cała rzeczywistość współczesna stanowi system złożony z ogromnej liczby elementów i relacji między nimi, to zarówno ilość jak i rozmaitość elementów oraz różnorodność relacji przekracza możliwości intelektualnego ogarnięcia przez jednostkę. Nawet jeśli jest starannie wykształcona, jest wykształcona w jakiejś konkretnej dziedzinie. Ktoś kto jest np. lekarzem, czy inżynierem, im więcej czasu i energii poświęca swojej specjalności, tym jest większym ignorantem w innych obszarach, których wiedza jest niezbędna do podejmowania racjonalnych decyzji w sprawach państwa.
Typ kultury jaki się w tzw. demokracjach rozwija, pospieszny sposób życia, orientacja na konsumpcję, redukcja pozycji jednostek do poziomu małego trybiku w wielkich machinach, utowarowienie człowieka, zmniejsza zdolność percepcji bardziej złożonych konstrukcji logicznych, umiejętność całościowego spojrzenia na rzeczywistość i potrzebę głębszej refleksji. Urzeczywistniło się to, co David Riesman ujął już w 1960 r. w klasycznej pracy „Samotny tłum”. Człowiek przestał być „wewnątrzsterowny”, to znaczy zdolny do samodzielnego dokonywania wyborów, podejmowania decyzji, lecz stał się „zewnątrzsterowny” – decyzje i wybory są mu narzucane z zewnątrz, przez aparat reklamy i perswazji, kreowane gusta i obyczaje, modę i niepisane konformizujące normy postępowania,[16] a więc cały systemowy aparat programowania. Biorąc to pod uwagę, nie sposób mieć jednolite poglądy polityczne, poddające się w miarę jednoznacznej klasyfikacji, mimo, że większości zapewne wydaje się, że je ma.[17] Współczesne społeczeństwo, to społeczeństwo idiotów w najwyższym stopniu i we wszelkich sensach tego pojęcia. Traci więc faktyczne uprawnienie do bycia władającym demosem, nawet jeśli uprawnienie to zachowuje formalnie. Nie dysponuje bowiem żadnym narzędziem intelektualnym ani żadną przesłanką moralną aby to uprawnienie urzeczywistnić.
Co to jest wybór? Wybór jest aktem świadomym. Dokonuje się go między czymś a czymś. Ażeby był wyborem, musimy znać to, na co się decydujemy i to, co odrzucamy. Jeśli tego nie wiemy wówczas nasze wskazanie nie jest aktem świadomym a przez to nie jest wyborem. Równie dobrze można rozstrzygać przez rzut monetą.[18]
Oddając głos na taką czy inną partię, na takiego czy innego kandydata powołujemy do władzy ludzi których zupełnie nie znamy. Na co więc głosujemy? Na ich obraz medialny, kreowany z jednej strony przez propagandę danej orientacji, z drugiej przez propagandę rywala. Z tego tygla przeciwstawnych wizerunków wyłania się jakaś wypadkowa która albo przekonuje nas bardziej do danego kandydata bądź formacji, albo do ich przeciwników. Wiadomo, że obraz nie jest tożsamy z rzeczą, nie jest nawet wyobrażeniem rzeczy lecz odwzorowaniem tego wyobrażenia. Głosujący nie ma żadnych narzędzi aby zbadać na ile odwzorowanie jest bliskie prawdzie o rzeczy, na ile od niej odległe a to oznacza, że nie posiada wiedzy o tym, na co głosuje. Natomiast aparaty propagandowe poszczególnych orientacji politycznych kreują te obrazy tak, aby skłonić jak największą liczbę ludzi do głosowania na ich kandydatów. Celem nie jest tutaj przedstawienie orientacji i jej kandydatów takimi, jakimi rzeczywiście są, lecz takimi, na jakich jest największe zapotrzebowania w elektoracie. W efekcie, obrazy kandydatów i orientacji politycznych kreowane przez propagandę więcej mówią o ich elektoratach niż o nich samych. W tej sytuacji nie ma mowy o akcie opartym na wiedzy co oznacza, że nie ma mowy o akcie świadomym a w konsekwencji nie może być mowy o wyborze.
Z orientacją polityczną i jej kandydatami nierozerwalnie wiąże się program, czyli zbiór decyzji jakie będą podejmowane, kiedy dana orientacja wygra głosowanie i utworzy rząd. W sytuacji skrajnej programem może być brak programu, gdyż decyzja o niepodejmowaniu żadnych decyzji, też jest decyzją. W praktyce skrajność ta nigdy nie występuje. Prezentacją programów rządzą analogiczne reguły jak w przypadku prezentacji kandydatów. Komunikaty o programie są tak formułowane, aby jak najwięcej ich odbiorców zinterpretowało program jako korzystny dla nich i w żadnym wypadku nie rozpoznało zagrożeń dla ich interesów, sprzeczności z wartościami które wyznają i przekonaniami które, jak im się wydaje, posiadają. Komunikaty te są zatem absolutnie bałamutne gdyż właśnie chodzi o to, aby zbałamucić jak największą liczbę głosujących. I w tym wypadku oddający głos nie ma wiedzy, na co ten głos oddaje.
Ale w przypadku programów jest jeszcze inny, daleko istotniejszy powód, że takiej wiedzy nie posiada. Zdecydowana większość decyzji które zapadają na poziomie rządu a także na poziomach władz niższego szczebla, lokalnych czy na niższych poziomach władzy państwowej, oprócz sfery, której bezpośrednio dotyczą, ma aspekty prawne, konsekwencje ekonomiczne, społeczne, kulturowe, moralne, bardzo często skutki środowiskowe na większą lub mniejszą skalę. Fakty będące rezultatami decyzji są także bardziej lub mniej znaczącymi elementami procesu dziejowego. Ażeby posiadać rzeczywistą wiedzę o rzeczywistym programie, czyli deklarowanym zbiorze decyzji jaką dana formacja zamierza podjąć po wygraniu głosowania, trzeba posiadać rozległą i głęboką wiedzę we wszystkich wyżej wymienionych dziedzinach. Jeśli np. deklarowane w programie decyzje dotyczą istotnych zmian w energetyce, należy posiadać wiedzę na temat samej energetyki, na temat prawa, gdyż wszystko co jest powoływane decyzjami do życia musi być ujęte w systemie prawnym, niezbędna jest także wiedza ekonomiczna, gdyż należy liczyć się z kosztami oraz skutkami gospodarczymi. Jeśli zaś z powyżej wymienionymi konsekwencjami należy się liczyć, to należy mieć także na uwadze to, że zmiany w gospodarce implikują zmiany w sferze stosunków społecznych. Przyjmując, że deklarowane zmiany w energetyce będą miały na celu rozwój tej dziedziny, to poszerzenie podstawy energetycznej gospodarki będzie sprzyjało jej rozwojowi i modernizacji. Rozwój i modernizacja mają z kolei wpływ na przeobrażenia kulturowe i zmiany w stylu życia społeczeństwa a zatem także w sferze wyznawanych norm moralnych i standardów obyczajowych. Należy więc posiadać odpowiednie zasoby wiedzy odnoszące się i do tych dziedzin, aby mieć świadomość zarówno pozytywnych jak i negatywnych skutków decyzji w tych obszarach. Gospodarowanie, jak żaden inny proces realizowany przez człowieka, odbywa się w interakcji ze środowiskiem naturalnym. Wiedza o tym środowisku i wpływie na nie działań gospodarczych jest zatem niezbędna a wziąwszy pod uwagę dynamiczny wzrost liczby gospodarującej ludności oraz to, że wielkość zasobów ziemi jest skończona, ranga tej wiedzy będzie nieustannie rosnąć. Wreszcie wypadałoby mieć świadomość procesu historycznego, w którym, poprzez kreowanie faktów, się uczestniczy. Decyzja, która jest trafna w horyzoncie czasowym jednego pokolenia, może mieć fatalne skutki w perspektywie historycznej. Wręcz modelowym przykładem są decyzje polskiej szlachty podjęte w XVI w. które spowodowały, że gospodarka Rzeczypospolitej została silnie zdominowana przez orientację rolniczą a formą gospodarowania jaka się u nas rozwinęła był folwark pańszczyźniany. W epoce, kiedy te decyzje podejmowano, z uwagi na niezwykle korzystny stosunek cen produktów rolnych do produkcji sektorów pozarolniczych, było to nad wyraz opłacalne. Także folwark był znacznie bardziej dochodowy niż poprzednie formy gospodarowania. Tymczasem proces poszedł w innym kierunku. Z upływem czasu stosunek cen zmienił się na korzyść produktów przemysłowych a wygranymi zostali ci, u których na rozwój tego rodzaju wytwórczości stawiano bardziej niż u nas. Kiedy reorientacja gospodarcza stawała się konieczna, napotykała na nieprzezwyciężalne bariery wynikające z wytworzonego wcześniej i ugruntowanego typu stosunków społecznych oraz z nie sprzyjających modernizacji utrwalonych wzorów myślenia i zachowań. Konsekwencje tego stanu rzeczy ponosimy do dziś. Spóźnialiśmy się i spóźniamy na wszystkie rewolucje cywilizacyjne od pierwszej przemysłowej poczynając, na ostatniej technologicznej kończąc. Mimo odrzucenia ponad trzydzieści lat temu komunizmu dalej wleczemy się w ogonie Europy, kontynentu, który już utracił prymat w świecie, którego pozycja względem nowych potęg gospodarczych słabnie a kultura jest w zaniku. Nic nie wskazuje też na to, aby wchodzące obecnie na arenę dziejową pokolenie Polaków miało położenie naszego kraju poprawić, szczególnie biorąc pod uwagę to, że wkracza w dorosłe życie źle wykształcone, z wpojonym przez media i system edukacji bagażem kompleksów, solidnie zdemoralizowane już na starcie. O ile dla epoki nowożytnej perspektywę historyczną można określać w setkach lat, o tyle obecnie w grę wchodzą dziesięciolecia. Pokolenie, które kierując się wyłącznie koniunkturami dnia dzisiejszego, źle skalkuluje decyzje w horyzoncie tych dziesięcioleci, może wpuścić swoje dzieci w kanał, z którego te już się nie wydostaną.[19] Niezbędna jest więc wiedza historyczna znacznie głębsza niż zespół narracji o koniu i szabli czy o bohaterstwie młodych ludzi z krótką bronią. Potrzebna jest taka wiedza, która buduje świadomość procesu dziejowego, w jakim się uczestniczy.
Jeśli nie posiada się wiedzy w tych wszystkich dziedzinach, które wiążą się z decyzjami jakie zamierzają podjąć kandydujący do władz, to głosowanie nie jest aktem świadomym, a więc nie jest wyborem. Nie jest możliwe, aby we współczesnym społeczeństwie głosujący posiadał taką wiedzę. Pojedynczy obywatel nie może bowiem znać się na tak wielu dziedzinach jednocześnie w stopniu wystarczającym do podejmowania trafnych decyzji w sprawach państwa. Zarówno wykształcenie, praca czy zainteresowania, związki rodzinne i towarzyskie rozstrzygają, że funkcjonuje w jakimś wąskim segmencie rzeczywistości, w odniesieniu do którego i ewentualnie jego relacji z innymi segmentami może posiadać pewną orientację. Orientacja ta jest jednak często nie wystarczająca do dokonywania wyboru zarówno w sprawach samego tego segmentu a zawsze jest nie wystarczająca do podejmowania decyzji odnoszących się do tego wszystkiego, co sytuuje się poza nim a co wchodzi w obręb domeny państwowej. W najlepszym razie oddaje zatem głos na podstawie mniemań, wyobrażeń i intuicji co do jakości deklarowanych w programach decyzji. W najgorszym, na przysłowiowy kolor krawata i zdaje się, że ta opcja się upowszechnia. Oznacza to, że na poziomie masy głosujących nie jest możliwe dokonywanie syntezy tych aspektów rzeczywistości, które są istotne z punktu widzenia funkcjonowania społeczeństwa i państwa.
Grupa trzymająca władzę. Gdzie zatem dokonuje się synteza? Na poziomie wielkiego kapitału i podporządkowanych mu, coraz bardziej zamkniętych elit politycznych, z perspektywy żelaznego kryterium zysku jako zasady naczelnej i pieniądza, jako wartości nadrzędnej.[20] W ten sposób, paradoksalnie, wraz z upowszechnianiem się wykształcenia i wzrostem zamożności społeczeństwa, jego udział w realnej władzy pojmowanej jako możność kreowania faktów, został sprowadzony niemal do zera. Dla co ambitniejszych i bardziej przedsiębiorczych pozostały wyścigi szczurów, w których fundatorem nagród jest oligarchia kapitałowo – polityczna. Przekształciła ona państwo z ośrodka stojącego na straży względnie zrównoważonego rozwoju w skali ogólnospołecznej, w narzędzie własnych interesów i powiększania dominacji nad społeczeństwem. Od długiego już czasu tego rodzaju porządek rozwija w skali globalnej.
Klasa ta, z racji środków jakimi dysponuje i sił fachowych z wszelkich dziedzin których usługi jest w stanie kupić, jako jedyna ma dane, aby najlepiej ze wszystkich uczestników gry społecznej odczytywać rzeczywistość, diagnozować problemy, analizować przyczyny, prognozować rozwój sytuacji, projektować przyszłość i urzeczywistniać swoje zamierzenia. Monopolizując instrumenty kreowania bytu, uprawiania polityki i kształtowania świadomości, tworzy rzeczywistość społeczeństw, dla której w teorii można poszukiwać alternatyw, ale która w praktyce, w sytuacji istnienia takiego monopolu, jest bezalternatywna przez co może być przedstawiana jako obiektywnie racjonalna a w konsekwencji konieczna. Współczesny demos ma tylko szansę się w niej odnajdywać, ale nie dysponuje ani środkami materialnymi, ani intelektualnymi, do zbudowania innej. Nawet jeśli takie czy inne jego odłamy wyrażają niezadowolenie czy sprzeciw, to przecież ludzie ci w swoim codzienny życiu, czy tego chcą czy nie, muszą żyć wg reguł wyznaczonych przez narzucone realia. Tym samym sprzeciwiając się na poziomie myśli i słowa, a więc w sferze symbolicznej, jednocześnie afirmują system na poziomie codziennych zachowań, a więc w sferze faktów przez które kształtuje się rzeczywistość. To oznacza, że demokracja rozumiana w sposób właściwy, tj. jako władza demosu, jest iluzją.
Manipulacja. Jak zatem wmówić ogółowi, że istnieje demokracja? Pod tym względem oszukiwanie demosu wydaje się mieć tak długą historię, jak ten ustrój. W IV księdze polityki Arystoteles wyróżnia pięć pozornie korzystnych dla demosu rozwiązań ustrojowych, którymi łudzą go prawodawcy chcący w rzeczywistości stworzyć ustroje arystokratyczne. Oszustwa te dotyczą Zgromadzenia, urzędów, sądów, uzbrojenia i ćwiczeń cielesnych. Jeśli chodzi o Zgromadzenie, prawo do uczestnictwa w nim mają wszyscy obywatele, ale karę za uchylanie się od udziału w obradach nakłada się albo tylko na bogatych, albo na bogatych znacznie większą, niż na pozostałych. Co do urzędów, posiadającym odpowiedni cenzus majątkowy pod przysięgą nie wolno odmawiać ich pełnienia, pozostali zaś mają w tym względzie pełną swobodę. Bogaci są karani gdy wzbraniają się zasiadać w sądach, pozostałym uchodzi to bezkarnie lub wymierzana im za to kara jest znacznie niższa niż nakładana na bogatych. Kiedy indziej prawo uczestniczenia w zgromadzeniach i sądach przysługuje wszystkim, którzy się zapisali na listę. Jeśli jednak po zapisaniu, nie uczestniczą w zgromadzeniu ani w posiedzeniu sądów, nakłada się na nich wysokie kary. Chodzi o to, aby ci, dla których tego rodzaju ewentualna kara będzie zbyt uciążliwa, nie kwapili się do zapisywania, a tym samym w praktyce nie posiadali dostępu ani do zgromadzeń, ani do sądów. Na bogatych nakłada się karę, jeśli nie posiadają broni, pozostali nie są zobowiązani do jej posiadania. Analogicznie rzecz się ma z ćwiczeniami fizycznymi. Prawodawcy zależy bowiem na tym, aby bogaci brali udział w ćwiczeniach, ubodzy zaś od nich stronili. Passus traktujący o tych oszustwach kończy filozof stwierdzeniem: tauta men oun oligarhika sofismata tes nomothesias[21].
Arystoteles uchwycił istotę problemu. Pozornie, na poziomie uprawnień, bogaci nie tylko nie są wyróżnieni, ale wręcz dyskryminowani. Uwzględniając jednak rzeczywistość społeczno-ekonomiczną, prawa są tak skonstruowane, że stanowiący większość niezamożni, dla których pełnienie funkcji i powinności państwowych jest kosztowne, gdyż tracą dochód jaki mogliby osiągnąć w czasie poświęconym na służbę publiczną, chętnie korzystają z „uprzywilejowania” polegającego na niepodleganiu karom, uchylają się od tej służby i pozostawiają rządy bogatym. Mamy więc tutaj dwa poziomy, przysługujących praw, które umożliwiają udział we władzy każdemu i ekonomiczny, który rozstrzyga, kogo na sprawowanie władzy po prostu stać. A stać nielicznych bogatych. Przy pozorach demokracji faktycznie jest oligarchia.
Zakłamywanie rzeczywistości, polegające na tym, że formalna równość praw jest niwelowana, zarówno w sferze politycznej jak i w sferze wymiaru sprawiedliwości przez narastające zróżnicowanie ekonomiczne, dla którego skali nie ma już ani racjonalnego, ani moralnego uzasadnienia, stosuje się również obecnie. Dodatkowo jednak dokonuje się słownego wybiegu. Nazywając tak samo dwa nie tylko odmienne, ale co do istoty przeciwstawne ustroje, opatruje się je różnymi przymiotnikami. Tę starożytną demokrację określa się jako bezpośrednią, gdyż w tym typie demos sam sprawuje rządy, tj. wszyscy mogą uczestniczyć w podejmowaniu decyzji, podczas gdy w pozostałych formach demokracji jedyną decyzją, do której wszyscy mają prawo, jest wybór tych, którzy rządzą. Owe pozostałe formy najczęściej określane są jako demokracja pośrednia lub przedstawicielska. Tego rodzaju ujęcie zawiera w sobie kłamstwo wręcz piramidalne.
Po pierwsze, w starożytności takie pojęcie, jak demokracja bezpośrednia po prostu nie istniało. Nie wyobrażano sobie bowiem, aby ustrój, w którym demos nie podejmuje decyzji lecz jacyś przedstawiciele, uważać za demokrację.[22] A zatem stosowanie przez współczesnych w odniesieniu do starożytności terminu demokracja bezpośrednia jest fałszującym świadomość historyczną anachronizmem. Jak zwykle, tak i tym razem, nie fałszuje się dla samej przyjemności fałszowania lecz po to, aby przy pomocy fałszu historycznego, fałszować świadomość w kwestiach współczesnych. W tym wypadku po to, aby wmówić ludziom, że to oni sprawują władzę mimo, że faktycznie należy ona do niewielkiej grupy plasującej się na szczycie drabiny społecznej.
Po drugie określenia pośrednia i bezpośrednia odnoszą się do cech sobie przeciwstawnych, gdyż bezpośredniość jest przeciwieństwem pośredniości. Ustroje więc opisane tymi przymiotnikami są sobie przeciwne. Oznacza to, że jeden jest demokracją, drugi zaś jej przeciwieństwem. Ktoś powie, że nie muszą być przeciwieństwem całkowitym, gdyż będąc bytami złożonymi, tylko pod pewnym względem mogą być sobie przeciwne a pod innymi nie. Mogą być zatem różnymi odmianami tego samego ustroju. Otóż nie, gdyż przymiotniki te opisują przeciwieństwo pod względem cechy istotowej czyli w przypadku ustrojów pod względem tego, kto jest podmiotem władzy w danym ustroju. W różnych formach jedynowładztwa, takich jak monarchia, tyrania czy dyktatura, podmiotem władzy jest jednostka, w oligarchiach czy arystokracjach nieliczni wyłaniani według różnorakich kryteriów, w demokracjach zaś demos – czyli całe grono obywatelskie, co oczywiście nie oznacza, że musi je tworzyć cała ludność zamieszkująca kraj[23], choć może. Jeśli w demokracji decyzje w sprawach państwa podejmuje demos, zaś w ustroju pośrednim nie demos lecz wyłonieni przez demos nieliczni, to ustrój pośredni nie posiadając konstytutywnej dla demokracji właściwości, demokracją nie jest. Ażeby tę prawdę zakłamać tworzy się quasi logiczną konstrukcję wedle której w demokracji bezpośredniej demos jest bezpośrednim podmiotem władzy, w demokracji pośredniej zaś, jak sama nazwa wskazuje, pośrednim. W demokracji pośredniej demos zatem pije szampana ustami swoich przedstawicieli. W przeciwieństwie pośredniość – bezpośredniość wyrażona jest więc biegunowa odmienność określonych przez nie ustrojów która jest zakłamana poprzez zastosowanie dla obu nazwy demokracja.[24]
Po trzecie warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden zabieg słowny, w którym kryje się subtelne kłamstwo. Jeśli mamy do czynienia z tezą i antytezą, to w naszym odczuciu teza jest historycznie i logicznie pierwsza. Jest to odczucie uzasadnione, gdyż bez antytezy można zbudować tezę, antytezy zaś bez tezy nie.[25] W przypadku pośredniości i bezpośredniości tezą jest pośredniość, antytezą zaś jest bezpośredniość. Antyteza jest tutaj zbudowana w ten sposób, że tezie odbiera się jej właściwość istotową przez zastosowanie przedrostka „bez” co sprawia, że tak zbudowane określenie można zastosować jedynie do rzeczy przeciwnej.[26]Jeśli zatem to, co w tym zestawieniu jest tezą ma zastosowanie do współczesnego ustroju, natomiast to co jest antytezą, do demokracji w czasach antycznych, buduje się odczucie, że właściwą demokracją jest ta pośrednia, antyczna zaś jest jej jakąś dziwaczną odmianą, która choć historycznie była wcześniej, to jednak w porządku logicznym jest czymś wtórnym i w zasadzie czymś, na co tylko rozciąga się nazwę demokracji. W przypadku posługiwania się słowami rozumienie i odczuwanie przekazu nie muszą być ze sobą zgodne. Przy zastosowaniu odpowiednich manipulacji słownych, można nie skłamać na poziomie rozumienia ale oszukać na poziomie odczuwania. Tak jest i w tym wypadku.
Dzisiejszy poziom wiedzy o człowieku oraz dynamicznie rozwijające się technologie medialne umożliwiają nie tylko permanentne sterowanie zachowaniami ludzkimi ale projektowanie świadomości w skali globalnej z możliwością, jeśli to konieczne, jej resetowania i przeprojektowywania w zupełnie innym kierunku. Nieustannie monitoruje się myślenie obywateli zarówno jeśli chodzi o jego przedmiot jak i sposób. Dysponując solidnym zasobem wiedzy na ten temat można dokonać precyzyjnej segmentacji społeczeństwa pod kątem poglądów, wyobrażeń, emocji czy preferencji w różnych sferach życia i pod to sformułować ofertę wyborczą taką, aby było w stanie identyfikować się z nią jak najszersze spektrum, nawet składające się z grup pod istotnymi względami różnych. Ośrodki sterowania będące narzędziem grup posiadających realną władzę kreują politycznych idoli z którymi, przy pomocy różnych socjotechnik i oddziaływań psychologicznych, wiąże się wyborców na płaszczyźnie emocjonalnej. Chociaż wyborca oddaje głos nie na rzeczywistych kandydatów i rzeczywiste programy lecz na ich medialne wizje, to w rezultacie tego rodzaju manipulacji instytucje władzy są obsadzane nie przez medialne wizje, lecz rzeczywistych polityków, którzy w konkretnym działaniu okazują się kimś zupełnie innym, niż wizje na które wyborcy oddawali głos i którzy reprezentują najczęściej zupełnie inne interesy niż te, które obiecywali reprezentować. Stąd też permanentny w systemach wyborczych rozdźwięk między tym, czego obywatele oczekiwali, a tym, co jest realizowane i co jest skutkiem działań gremiów rządzących.
Przy tego typu manipulacji obywatele oszukiwani są na dwa sposoby. Jednym jest pospolite kłamstwo, polegające na tym, że proponowane przez kandydatów w okresie przedwyborczym działania bardzo często mają się nijak do ich rzeczywistych zamierzeń. Drugi polega na tym, że oszukuje się co do skutków proponowanych rozwiązań. Wmawia się wyborcy, że przyniosą one dla jego interesów korzystne efekty a jednocześnie będą służyć dobru ogólnemu, gdy najczęściej służą przede wszystkim wąskim grupom dysponującym ogromnymi środkami finansowymi i narzędziami niezbędnymi do uprawiania polityki, bardzo często ze szkodą dla ogółu.
Zdarza się również tak, że to, co wydaje się realne przed objęciem władzy, w chwili jej sprawowania realnym z różnych powodów być przestaje i rządzący muszą podejmować decyzje inne niż te, których oczekiwali wyborcy, gdyż ich nie podjęcie przyniosłoby złe skutki. Jednakże jest oczywiste, że i tutaj często dochodzi do nadużyć. Wyborca bowiem nie jest w stanie zweryfikować, czy jakieś działanie jest obiektywnie możliwe do przeprowadzenia, czy nie, gdyż nie posiada wystarczających kompetencji w sprawach państwa. A jeśli tak, to musi nieustannie padać ofiarą oszustwa.
Podstawowym narzędziem panowania rządzących nad myśleniem mas są media. Ażeby posługiwać się nimi skutecznie, należy najpierw wmówić masom, że są one wolne, niezależne, itp. Opinię tę zdają się potwierdzać nierzadko ujawniane przez nie afery. Ataki na nie interpretuje się zatem jako zamach na jeden z filarów demokracji. Tymczasem pod pozorami obiektywizmu, mamy do czynienia z jednostronnym dobieraniem faktów. Stosowane coraz częściej zbiorowe pisanie artykułów zabija wszelką twórczą myśl. Przekazy medialne ślizgają się po powierzchni zjawisk, nie sięgając do ich źródeł, przez co są bałamutne. Nawet wtedy, kiedy przedstawiają fakty, to kłamią przez wybiórczość i fałszywe ich ujęcie. Nigdy nie były, nie są i nie będą instrumentem wymiany opinii i myśli, lecz są i będą coraz doskonalszym narzędziem manipulacji. Będąc z jednej strony istotnym narzędziem panowania klasy rządzącej nad społeczeństwami, z drugiej są instrumentem wykorzystywanym w rozgrywkach wewnątrz tej klasy. Ta dwoistość funkcji sprawia, że nie mogą całkowicie ignorować tych elementów rzeczywistości, które są wykorzystywane przez poszczególne grupy tej klasy do uzyskania przewagi nad innymi jej grupami, ale nie mogą też przedstawiać istotnych przyczyn faktów, zjawisk i procesów oraz rzeczywistych mechanizmów systemu. Metoda manipulacji polega głównie na ignorowaniu rzeczywistych mechanizmów, spłaszczaniu perspektywy, kreowaniu powierzchownego obrazu rzeczywistości, żonglowaniu wartościami, uprawianiu sofistyki. Kiedy kłamstwo nie odnosi się do faktów, lecz polega na swoistym ekonomicznym posługiwaniu się prawdą w celu bądź zacierania obrazu rzeczywistych mechanizmów, bądź kreowania nieprawdziwego, dla odbiorcy fałsz jest nieuchwytny. Sprzyja temu postępująca złożoność form organizacyjnych i sieci powiązań w sferze gospodarczej, społecznej i politycznej co powoduje, że czytelnik, widz czy słuchacz, nie dysponując wystarczającą wiedzą ani wystarczająco sprawnym umysłem niezbędnymi do rozumienia rzeczywistości w całej jej złożoności, a chcąc ją w jakiś sposób sobie tłumaczyć, jest niezwykle podatny na przyjmowanie uproszczonych, nieprawdziwych wyobrażeń.
Zasadnicze znaczenie w mediach ma autocenzura. Stymulatorem są strumienie pieniędzy. Ci, którzy stoją na czele gazet i czasopism, stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych i portali internetowych, wreszcie sami dziennikarze, doskonale wiedzą jakie treści i w jaki sposób przekazywać, aby pieniądze wpływały do ich kieszeni. Mają pełną świadomość tego, że dziennikarz jest nie po to, aby pisać o tym co widzi, myśli i czuje, ale po to, aby się sprzedawać. Rezultatem jest coraz większe zaludnianie mediów przez immoralistów. Tego sortu ludzie mają decydujący wpływ na stan świadomości, a tym samym na postawy mas.
Kształtowanie wyborcy. Zupełnie odrębnym zbiorem działań jest kształtowanie wyborcy tak, żeby jego zachowania i postawy polityczne odpowiadały zawsze potrzebom tych, do których należy realna władza. Wykraczają one poza tradycyjnie rozumianą agitację i obejmują cały proces edukacji, kulturę, rozrywkę, modę, promowane style życia, sposoby myślenia, postawy i zachowania. Znaczenie ma tutaj także logika systemu, która determinuje zachowania otoczenia a w tym, co szczególnie ważne, naturalnych dla młodego człowieka wzorców osobowych. Najbardziej pożądanym efektem tych zabiegów jest przekształcenie człowieka w doskonale plastyczną materię ludzką, zupełnie niezdolną do samodzielnego myślenia i doskonale zewnątrzsterowną. Osobnik taki winien zachowywać się poprawnie czyli w sposób przewidywalny i oczekiwany reagować na sygnały płynące z machiny kształtowania poglądów, norm moralnych, gustów, obyczajów i emocji. Nie powinien mieć trwałych właściwości w tym obszarze gdyż jeśliby takie miał, nie byłby podatny na sygnały sprzeczne z nimi. Dlatego też wszystko, co ma znamiona trwałości, winno być ze sfery świadomości eliminowane i zastąpione orientacją relatywistyczną. Wówczas rządzący zawsze będą mogli materii ludzkiej nadawać takie lub inne właściwości zależnie od bieżących potrzeb.
Oznacza to, że we współczesnym świecie nie może być miejsca na poglądy solidnie ugruntowane głębokim przemyśleniem, gusta ukształtowane dojmującym doznaniem piękna czy emocje zrodzone z intensywnego przeżycia. Poglądy muszą być rezultatem prostych konstrukcji myślowych które, w zależności od potrzeb, można wzmacniać nie przez pogłębienie intelektualne, lecz przez podgrzanie emocjonalne lub, jeśli to będzie potrzebne, łatwo zastępować poglądami innymi, dokonując manipulacji emocjami. Za każdym jednak razem należy robić to w taki sposób, aby osobnik myślał, że jego aktualne postawy i zachowania płyną z głębi jego jestestwa, z najgłębiej uwewnętrznionych własnych przekonań, nawet jeśli jeszcze wczoraj wyposażony był w poglądy zupełnie inne. Jednocześnie ten sam osobnik musi umieć na te same zjawiska reagować nie tylko różnie, lecz nawet przeciwstawnie. Np. jeśli dowie się o przestępstwie pedofilii którego dopuścił się duchowny, powinien reagować ze świętym oburzeniem natomiast gdy takie samo przestępstwo popełni gwiazdor czy jakiś celebryta, z tolerancyjną obojętnością. Jeśli postulat prawnej dopuszczalności pedofilii, w mniej lub bardziej zakamuflowanej formie, wysuną środowiska homoseksualne i homofilskie, winien akceptować argumentację na rzecz takiego rozwiązania a najlepiej czynnie je popierać. Podobnie jeśli korupcji dopuści się ktoś z prawicy, ma w imię moralności potępiać to przestępstwo z całą mocą i domagać się najsurowszej kary. Jeśli zaś ktoś z liberałów czy lewaków, powinien podejść z wyrozumiałością i przymrużeniem oka.
Przy „obywatelu” urabianym w ten sposób od kołyski aż po grób mamy do czynienia z permanentnym fałszowaniem wyborów nie poprzez fałszowanie zapisów na karcie wyborczej ale poprzez kształtowanie fałszywej świadomości. Tak nastrojony instrument wyborczy zawsze odda głos na liberalne czy lewicowe formacje establishementu, niezależnie od tego, jakich przestępstw czy zbrodni ci ludzie by się dopuścili. Wraz z rozwojem cywilizacji skuteczność tego rodzaju oddziaływań będzie narastać co doprowadzi do ukształtowania się systemu doskonale totalitarnego.
Cywilizacja zniewolenia. Wiedza o człowieku i zbiorowościach ludzkich jest nieporównywalna z tą, jaką posiadano we wszystkich poprzednich epokach i rośnie w oszałamiającym tempie. Rosną też możliwości jej magazynowania i zdolności jej przetwarzania. Dzięki coraz bardziej wszechogarniającej elektronizacji i informatyzacji życia, od zakupów poczynając, poprzez konsumpcję informacji, kultury i rozrywki a na operacjach finansowych kończąc, współczesny człowiek funkcjonuje w stanie permanentnej inwigilacji prowadzonej nieustannie nie tylko przez organa państwowe, ale w daleko większym stopniu przez organizacje gospodarcze których dobra kupuje, z których usług korzysta lub w których zarobkuje, a które mają nad nim daleko większą władzę realną niż może mieć jakikolwiek, nawet najbardziej dyktatorski, reżim. Mają bowiem władzę nad jego życiem codziennym, rodzinnym, jego marzeniami i aspiracjami, nad tym co mu sprawia przyjemność a czego się boi, co go cieszy i czym się smuci. Mają władzę nie tylko nad jego ciałem, ale przede wszystkim duszą. Rezultatem rozwoju cywilizacji jest to, że żyjemy coraz wygodniej, bezpieczniej i jesteśmy coraz bardziej zamożni. Jednakże to samo zjawisko sprawia, że jesteśmy coraz bardziej i coraz wszechstronniej ubezwłasnowolnieni.
Z tego ostatniego punktu widzenia wszystko, co uwikłany w logikę systemu człowiek współczesny powie, zrobi i pomyśli, tak czy inaczej zostanie wykorzystane przeciwko niemu. Nowoczesne zniewolenie nie polega na tym, że zmusza się człowieka do postaw i zachowań sprzecznych z jego wolą lecz na tym, że odbiera mu się zdolność kreowania swojej woli którą kształtują za niego ośrodki realnego panowania. Panujący dysponują potężnymi narzędziami które wykorzystują do decydowania tym co i jak myślimy, co i jak mówimy i co i jak robimy. Takiej władzy nie miał jeszcze nikt nad nikim w dziejach.
Jerzy Wawrowski
[1] Słownik Grecko-Polski, tom 1, na podstawie słownika Zygmunta Węclewskiego opracował Oktawiusz Jurewicz, Warszawa 2000.
[2] Tak najczęściej tłumaczy się w literaturze termin ekklesia, jednak w moim przekonaniu nie jest to tłumaczenie szczęśliwe. Prawo uczestnictwa w zgromadzeniu miał każdy obywatel, niezależnie od stopnia zamożności, a nie tylko obywatele z warstw uboższych, w stosunku do których stosuje się zbiorcze określenie „lud”. Właściwsze byłoby tu zastosowanie tłumaczenia „zgromadzenie obywateli”.
[3] Słownik Grecko-Polski, tom 1, na podstawie słownika Zygmunta Węclewskiego opracował Oktawiusz Jurewicz, Warszawa 2000. Mogens Herman Hansen, Demokracja ateńska w czasach Demostenesa, struktura, zasady i ideologia, przekł. Ryszard Kulesza, s. 353, Warszawa 1999.
[4] Nie sposób wykazać, aby taki ustrój rzeczywiście istniał i wydaje się on być teoretycznym elementem politycznych koncepcji Arystotelesa. W realiach greckich V i IV w p.n.e. w grę wchodziły przede wszystkim oligarchia i demokracja a w niektórych rejonach świata greckiego jeszcze tyrania bądź basileia.
[5] Tak w literaturze tłumaczy się heliaia, moim zdaniem nieszczęśliwie, gdyż członkiem tego liczącego 6000 osób ciała mógł być każdy obywatel który skończył 30 lat, został wyłoniony w drodze losowania na początku roku i złożył przysięgę heliastów, niezależnie od tego, czy był bogaczem, czy biedakiem. Mogens Herman Hansen, Demokracja ateńska w czasach Demostenesa, struktura, zasady i ideologia, przekł. Ryszard Kulesza, s. 188, Warszawa 1999. Właściwszym tłumaczeniem byłby Sąd Obywatelski.
[6] W Polsce władza prezydenta jest ograniczona a jego rola niejasna. Nie ulega wątpliwości, że jego pozycja jest zdecydowanie słabsza niż premiera a mimo to posiada zdecydowanie silniejszy, bo pochodzący z bezpośrednich wyborów, mandat społeczny. Można to interpretować w ten sposób, że niezdolność do budowania sprawnego państwa jest trwałą właściwością naszego narodu, czego dowodzi historia, można też widzieć w tym zawarty w konstytucji przejaw pogardy jej postkomunistycznych twórców wobec obywateli, nie pozbawionej jednak pewnych podstaw, skoro obywatele ci przyjęli tę konstytucję w referendum.
[7] Jaki naród, tacy najlepsi. Należy pamiętać, że niezależnie od ustroju, jakość elity jest pochodną jakości narodu. Romantyczny mit wielkości ludu wobec nikczemności elit zawarty w sformułowaniach typu plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi to tylko romantyczny mit. Słaby naród nigdy nie wyda silnej elity i ci którzy myślą o państwie w sposób poważny sanację winni rozpocząć od podstaw a najlepiej od samych siebie.
[8] Taki obraz klasy rządzącej w RFN już w latach 60. przedstawił Max Kruk w pracy Die Oberen 30 000, Industrielle, Bankiers, Adlige, Wiesbaden 1967. Z kolei Charles Wright Mills ok. połowy lat 50. wskazywał na istnienie w USA elity władzy na którą składały się dowództwo armii, szefostwo wielkich korporacji oraz grupa prominentnych polityków, C. Wright Mills, The Power Elite with a new Afterword by Alan Wolfe, Oxford University Press Inc, 2000. Po raz pierwszy opublikowana w 1956 r.
[9] Celem wprowadzanego w sposób nachalny multikulturalizmu nie jest stworzenie mozaiki, w ramach której różne kultury, nie tracąc swoich właściwości, utworzą harmonijną całość, lecz poprzez ich wymieszanie, doprowadzenie do ich zaniku i wytworzenie w zamian czegoś jednorodnego i uniwersalnego sprzyjającego uplastycznieniu masy ludzkiej. Dlatego też wskazywanie na obiektywną szkodliwość multikulturalizmu mija się z celem. Jest on bowiem szkodliwy dla nas, zwykłych ludzi, gdyż tracąc naszą kulturę tracimy naszą podmiotowość a tym samym człowieczeństwo. Jednak z perspektywy interesów globalnej oligarchii multikulturalizm jest jak najbardziej korzystny gdyż odbierając nam naszą kulturę i człowieczeństwo czyni nas doskonale podatnymi na jej totalne panowanie.
[10] Poprawność polityczna jest metodą zniewolenia na poziomie języka a co za tym idzie na poziomie myślenia. Jest doskonalszą mutacją starej i nieco siermiężnej komunistycznej nowomowy.
[11] Lewica oczywiście nigdy nie gardziła i nie gardzi przemocą fizyczną. Należy jednak pamiętać, że władza oparta tylko na niej nie jest totalna a w zasadzie nie jest tak naprawdę władzą. Człowiek bowiem wówczas robi to co mu się każe ze strachu przed batem. Władza kompletna, prawdziwa polega na tym, że człowiek sam chce realizować wolę władającego. Osiągnąć to można tylko zapanowawszy nad jego duszą. Wtedy steruje się jego wnętrzem, myśleniem, odczuwaniem, emocjami, gustami itp. Tylko taka władza satysfakcjonuje lewicę a oligarchii kapitałowej jest potrzebna gdyż jest najbardziej efektywna.
[12] Tych zresztą coraz częściej importuje się z krajów słabiej rozwiniętych.
[13] Słownik Grecko-Polski, tom 1, na podstawie słownika Zygmunta Węclewskiego opracował Oktawiusz Jurewicz, Warszawa 2000.
[14] K. Marks, Przyczynek do krytyki ekonomii politycznej, Przedmowa Marksas. 6,
[15] Jednym z widocznych przejawów tej wtórności jest stosowanie w różnych obszarach refleksji przedrostków neo- i post-, np. neoliberlalizm, postmodernizm itp.
[16] David Riesman, Samotny tłum, przekład oraz wstęp do wydania polskiego: Jan Strzelecki, Kraków 2011.
[17] Jak we wszelkich innych, tak i w sprawach państwa, źródłem przekonania o własnych kompetencjach, jest ignorancja. Im ktoś jest większym ignorantem, tym bardziej jest przekonany, że ma poglądy.
[18] Właśnie losowanie było w demokracji najczęściej stosowaną metodą wyłaniania urzędników i uważano ją za charakterystyczną cechę tego ustroju. Rzut monetą, jako jedna z metod losowania, byłby zatem zdecydowanie bardziej demokratyczną formą wyłaniania władz niż wybór. Ponadto, w krajach współczesnego świata, w których społeczeństwa liczą po kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt a nawet po kilkaset milionów idiotów, może żyć kilka osób, które akurat idiotami nie są. Prawdopodobieństwo, że zostaną wylosowane jest mikroskopijne, ale zawsze większe od zera. Prawdopodobieństwo zaś, że zostaną wybrane, jest równe zero, gdyż idioci wybierają wg idiotycznych kryteriów a żaden nie idiota takich kryteriów nie jest w stanie spełnić.
[19] Warto w tym momencie zwrócić uwagę na to, jak silna świadomość odpowiedzialności pokoleniowej wobec pokoleń następnych została zaprezentowana w mowie pogrzebowej Peryklesa przedstawionej przez Tukidydesa: „Zacznę najpierw od przodków: jest rzeczą słuszną i właściwą uczcić ich wspomnieniem przy obecnej uroczystości. Zamieszkując bowiem ten sam kraj w nieprzerwanym ciągu pokoleń, dzięki swej dzielności przekazali go nam jako kraj wolny. Godni są oni pochwały, lecz jeszcze większej pochwały godni są nasi ojcowie. Do spadku bowiem, jaki otrzymali, nie bez trudu dodali tę potęgę, którą my obecnie mamy, i nam ją przekazali. Lecz najwięcej dokonaliśmy sami, nasze pokolenie, będące teraz w sile wieku; myśmy uczynili to państwo zupełnie niezawisłym i silnym zarówno w czasie pokoju jak i wojny”. Tukidydes, Wojna peloponeska, II. 37, przekł. Kazimierz Kumaniecki, Warszawa 1988, s. 107. U współczesnych Polaków dominuje postawa po mnie choćby potop.
[20] Jak zauważył Adam Smith, ludzie dążą do bogactwa i zaszczytów nie dla wygody czy przyjemności, ale z próżności. Pragną poprawy swej sytuacji, aby ich zauważano, aby im służono, okazywano sympatię i aprobatę, by mogli odczuwać zadowolenie. S. Zabieglik, Adam Smith, Warszawa 2003, s. 50. Jeśli obserwacja Smitha jest trafna, to ludzie którzy wykazują największe sukcesy w zdobywaniu bogactwa muszą z niego uczynić fundament ładu. Poprzez bogactwo zaspokoili bowiem nie tylko potrzebę wygody i przyjemności czy też nasycili zdeterminowaną lękami egzystencjalnymi zwykłą chciwość, ale także własną próżność, osiągając w ten sposób władzę i uznanie. Jeśli ta obserwacja jest trafna w stosunku do ludzi w ogóle, to niezadowoleni z istniejącego stanu rzeczy mogą buntować się przeciwko swojej aktualnej kondycji i klasie rządzącej, ale nigdy przeciwko zasadzie fundamentalnej, tak jak niejednokrotnie w starożytności niewolnicy buntowali się przeciwko niewoli własnej ale nie przeciwko istnieniu samej instytucji niewolnictwa. Ta bowiem była postrzegana i odczuwana jako coś naturalnego.
[21] takie to są oligarchiczne sofizmaty prawne. Aristotle. ed. W.D. Ross, Aristotelis Politica. 4.1297a. Oxford, Clarendon Press. 1957. Arystoteles, Polityka, 1297a w Dzieła Wszystkie, t. 6, s. 124, Warszawa 2001.
[22] Jak zauważa Mogens Herman Hansen, „Arystoteles wspomina w Polityce formę demokracji, w której jedyną funkcją zgromadzenia ludowego jest obiór urzędników oraz rozliczenie ich z wyników działalności, podczas gdy wszystkie decyzje polityczne są podejmowane przez urzędników bez najmniejszego udziału ludu. Jest to oczywiście demokracja „pośrednia”, co każe zarzucić jako błędną, szeroko rozpowszechnioną opinię, zgodnie z którą grecka demokracja, w odróżnieniu od nowożytnej demokracji „pośredniej”, miała zawsze „bezpośredni” charakter”. Mogens Herman Hansen, Demokracja ateńska w czasach Demostenesa, przekład Ryszard Kulesza, Warszawa 1999, s. 21. Opinia Hansena jest odosobniona albo podzielana przez zdecydowaną mniejszość, co zresztą sam autor podkreśla, ale to nie musi mieć znaczenia. Znaczenie ma to, że rozważania Arystotelesa mają charakter teoretyczny i są naznaczone jeśli nie faktyczną i niezbyt starannie kamuflowaną niechęcią do demokracji w Atenach, to na pewno daleko posuniętym względem niej sceptycyzmem. Opis lepszej od ateńskiej formy demokracji nosi znamiona idyllicznej utopii, w której ludność zajmująca się rolnictwem i hodowlą, przez co jest ludnością najlepszą, nie jest zbyt zamożna i, że tak powiem, w prostocie serc swoich ochoczo zajmuje się pracą zarobkową natomiast nie odnajduje przyjemności w politykowaniu i piastowaniu urzędów, jeśli te rzecz jasna nie przynoszą korzyści. Rola owej ludności ogranicza się w praktyce do wyboru władz według cenzusu majątkowego lub uzdolnień kandydata i do odbierania sprawozdań od tychże władz oraz do uczestnictwa w sądach. Ta idealna demokracja, w której szlachetny lud powstrzymuje się od udziału we władzy afirmując rządy najbogatszych i najlepszych jest przeciwstawiona złym demokracjom, w których szczególną aktywność wykazuje ludność miejska zaś najgorszą jest demokracja najskrajniejsza, gdzie wszyscy obywatele mają udział w rządach a taka właśnie istniała w Atenach. Arystoteles, Polityka, 1318b w Dzieła Wszystkie, t. 6, s. 174–177, Warszawa 2001, przekł. Ludwik Piotrowicz. W ten sposób Stagiryta rzeczywiście funkcjonującym demokracjom przeciwstawia idylliczny koncept w którym władza nie należy do obywateli lecz tylko do nielicznych bogatych i najlepszych za zgodą ludu. Nie ma podstaw aby twierdzić, że ten koncept miał cokolwiek wspólnego z rzeczywistością natomiast doskonale współbrzmi z krytyką demokracji z pozycji oligarchicznych. W koncepcie tym efekt ustrojowy jest analogiczny do tego, jaki osiągają prawodawcy stosujący oligarchiczne sofizmaty prawne, o których autor traktatu informuje. Arystoteles, Polityka, 1297a w Dzieła Wszystkie, t. 6, s. 124, Warszawa 2001. Opisując ustrój Solona Arystoteles stwierdza, że prawodawca przydzielił demosowi tylko najkonieczniejsze uprawnienia, wybór urzędników i pociąganie ich do odpowiedzialności. Wprawdzie pisze, że „usunął zbytnio zamkniętą w sobie oligarchię, położył kres niewoli ludu i przywrócił prastarą demokrację” ale zaraz dodaje: „zmieszawszy mądrze różne elementy ustroju: rada areopagu przedstawia mianowicie czynnik oligarchiczny, fakt zaś, że urzędnicy są wybierani stanowi rys arystokratyczny, a sądy – demokratyczny”. Arystoteles, Polityka, 1273b – 1274a w Dzieła Wszystkie, t. 6, s. 73–74, Warszawa 2001, przekł. Ludwik Piotrowicz. Termin demokracja w tym kontekście zdaje się tutaj odnosić do kondycji społecznej ludu, pozostającego wcześniej w niewoli oligarchów i właśnie wyzwolonego przez Solona. W warstwie opisowej jednak mowa jest o ustroju mieszanym, złożonym z trzech elementów, oligarchicznego, arystokratycznego i demokratycznego. Charakterystyczne, że wybieranie urzędników jest rysem arystokratycznym, co stoi w sprzeczności z przywołanym wcześniej ujęciem, w którym autor traktatu nazywa demokracją ustrój w którym rola Zgromadzenia sprowadza się do wyboru urzędników i rozliczania ich działalności. Interpretując tekst traktatu należy brać pod uwagę, że zawiera on przejawy całkiem odmiennego podejścia do podstawowych kwestii, wiele sprzeczności oraz przeciwstawne stanowiska w przypadku których nie zawsze można ustalić, które z nich należą do naszego filozofa. Dyskusyjne jest, na ile tekst jest dziełem samego Arystotelesa a na ile późniejszego redaktora. Arystoteles, Polityka, w Dzieła Wszystkie, t. 6, Mikołaj Szymański Wstęp s. 8–22, Warszawa 2001. Biorąc powyższe pod uwagę, w tym wypadku szeroko rozpowszechniona opinia ma znacznie solidniejsze podstawy niż odosobnione stanowisko Hansena.
[23] W starożytnych Atenach oprócz obywateli istniały jeszcze dwie kategorie ludności, metoikoi – osoby wolno urodzone, pochodzące z innych miast, nie posiadające praw obywatelskich i niewolnicy. Szacunki dotyczące liczebności poszczególnych kategorii ludności muszą być oczywiście przybliżone. Jednak istnieją przesłanki wskazujące na to, że liczba 30 000 dorosłych obywateli płci męskiej (ich żony mające status obywatelek jako kobiety nie posiadały praw politycznych) odpowiadała mniej więcej dziesiątej części ludności całej Attyki i zaledwie piątej części dorosłej ludności. Na temat stosunków ludnościowych w Atenach: Mogens Herman Hansen, Demokracja ateńska w czasach Demostenesa, przekład Ryszard Kulesza, Warszawa 1999, s. 98–135.
[24] Aparat pojęciowy używany w refleksji nad kwestiami politycznymi, gospodarczymi czy społecznymi pochodzi w dużej części z dawniejszych epok i bardzo często ma grecką lub łacińską proweniencję. Pojęcia którymi posługujemy się obecnie powstały w zupełnie innej niż nasza rzeczywistości opisywanej właśnie przy ich pomocy. W związku ze zmianami zachodzącymi z upływem czasu ich pierwotne desygnaty bądź zanikły, bądź uległy tak daleko idącym przekształceniom, że w swych właściwych znaczeniach i sensach pojęcia te przestały być przydatne do opisu zjawisk w świecie współczesnym. Stąd też poddaje się je zabiegom nowych interpretacji czy reinterpretacji stopniowo zmieniając ich znaczenia i sensy tak, jak z upływem czasu rzeczywistość obecna oddala się od dawnej. W przypadkach skrajnych używa się tych pojęć do opisu zjawisk zupełnie innych, nierzadko przeciwstawnych. Przy pomocy tego rodzaju zabiegów fałszuje się świadomość odbiorcy poprzez nadanie rzeczom negatywnym pojęć mających pozytywną konotację. Uporczywe jednak stosowanie tej metody sprawia, że na skutek coraz bardziej widocznego rozdźwięku między rzeczywistością a konotacją pojęcia następuje dewaluacja tego ostatniego. Np. w czasach PRL ówczesny ustrój określano jako demokracja ludowa lub demokracja socjalistyczna. Dowcipkowano wówczas, że przymiotniki tutaj stosowane to przymiotniki niwelujące. Jako że współcześnie liberalizm jest ideologicznym sznytem oligarchii kapitałowej, obecny ustrój określa się jako demokrację liberalną. Demokracja nie może być ani socjalistyczna, ani liberalna ani jakakolwiek inna. Demokracja liberalna bowiem, rozumiejąc ten zwrot literalnie, wyklucza podejmowanie przez demos wszelkich innych decyzji niż te, dla których źródłem jest ideologia liberalna. Tymczasem demokracja to władza demosu czyli sytuacja, w której demos podejmuje decyzje w sposób swobodny, nie zniewolony żadnym ideologicznym dogmatem. W związku z tym przymiotnik liberalna ma tutaj oczywiście także charakter niwelujący.
[25] Być może istnieje wyjątek. Nieustannie stykam się z pojęciem antysemityzmu. Logicznie rzecz biorąc tezą powinien być tutaj semityzm. Jednak z semityzmem, czym jest i jakie ma cechy, nigdy się nie zetknąłem. Nulla regula sine exceptione.
[26] Analogicznie do określania w łacinie przeciwieństwa przez zastosowanie a privativum.


