Kanonada Narodowego Romantyzmu

wersja beta

O Duce, Pileckim i Risorgimento – rozmowa z prof. Marco Patricellim

azymut

O Duce, Pileckim i Risorgimento – rozmowa z prof. Marco Patricellim

Udostępnij

Anna Kosiarska: Książka  „Uwolnijcie Duce” po raz pierwszy ukazała się w 2001 roku nakładem wydawnictwa Mondadori. Był to  pierwszy pana esej historyczny. Po nim nadeszło  kilkanaście kolejnych poświęconych najnowszej historii Włoch i Polski.  Jak zrekonstruował pan właściwy przebieg Operacji „Eiche” i jak natknął się pan na trop skromnego majora z Bawarii?

Marco Patricelli: Wszytko zaczęło się od artykułu w gazecie na początku lat dziewięćdziesiątych, po tym jak w szkole podstawowej w Assergi odnaleziono mebel z pokoju, w którym przebywał Mussolini. Zaczęto ponownie mówić o wydarzeniach z 12 września 1943 roku i wówczas rozpocząłem śledztwo, które doprowadziło mnie najpierw do dowódcy plutonu, Karla Schulzego (autora raportu na temat operacji), który skontaktował mnie z pułkownikiem Haraldem Morsem, mieszkającym w Bergu, nad jeziorem Starnberger w Bawarii. W tamtych czasach nie było internetu i badania  wymagały czasu, wymiany telefonów i listów. Powoli orientowałem się, że duża część tego, co opowiadało się i wypisywało w książkach historycznych, to była fantazja, mit, czy też czysta propaganda. Zebrałem niewydane dokumenty w Niemczech, we Włoszech, a nawet w Hiszpanii, porównałem pamiętniki i wspomnienia. Z pułkownikiem Morsem, który był prawdziwym dżentelmenem, nawiązałem przyjacielski kontakt. Kilkakrotnie odwiedziłem go w Bawarii, a on wraz z żoną Gertrudą gościł raz u mnie w Pescarze. Także dziś jestem w kontakcie z ich dziećmi, z których jeden syn jest wysokim urzędnikiem w Unii Europejskiej i jest niezmiernie podobny do ojca, tak z urody jak z usposobienia. Także generał Langguth spotkał się ze mną w Pescarze, po czym dosłał mi szereg dokumentów, które przeczyły w pełni wersji stworzonej przez nazistowską propagandę i przede wszystkim zaprzeczały fantazyjnym opowieściom Skorzenego,  które jednak  nawet do tej pory są bezkrytycznie przyjmowane przez nieuważnych historyków.

Jak wyglądała zatem najbardziej widowiskowa operacja niemieckich spadochroniarzy?

Operacja  „Eiche” należy z całą pewnością do najbardziej spektakularnych operacji drugiej wojny światowej, i nie tylko. Plan operacyjny był owocem intuicji majora Haralda Morsa, dowódcy Lehrbataillon II dywizji Fallschirmjäger, który 11 września otrzymał rozkaz od generała Studenta. Ten nakreślił mu plan nie do zrealizowania zarówno jeśli chodzi o czas jak i o miejsce (wydawało się niemożliwym zrzucenie spadochroniarzy właśnie 12 września na wysokości 2 200 metrów przy niewiadomych warunkach atmosferycznych). W rzeczywistości mieliśmy do czynienia z doskonałą współpracą jednostek desantowych i oddziałów operujących w terenie. Wystarczyła blokada kolejki i wylądowanie dziesięciu szybowców z dziewięcioma spadochroniarzami na pokładzie, by  kompletnie zaskoczyć Włochów, mających strzec Mussoliniego. W przeciągu zaledwie 15 minut operacja została doprowadzona do końca w niedzielne przedpołudnie, przy zupełnym braku reakcji ze strony Włochów i dzięki bezbłędnemu manewrowi taktycznemu doskonale wyszkolonych  spadochroniarzy.  Cała operacja, zarówno jej faza powietrzna jak i naziemna, była doskonale dopracowana. Wszystko funkcjonowało jak w szwajcarskim zegarku.

A jaką rolę odegrał we wszystkim Otto Skorzeny?

Kapitan SS Skorzeny nie odegrał żadnej roli, tak w opracowaniu Operacji „Eiche”,  jak i w dowodzeniu nią i jest to  już niezaprzeczalny fakt. Jednak, ponieważ od 26 lipca podążał  śladem Mussoliniego, gdy zorientował się w tym, że został odsunięty od fazy operacyjnej ataku na Campo Imperatore, poprosił Studenta, by mógł uczestniczyć w ataku. Generał nie odmówił mu, w uznaniu tego, czego dokonał w rozpoznaniu Ponzy i Maddaleny. A skoro nie mógł zostać przydzielony do jednostki desantowej porucznika barona Georga von Berlepscha, jako że nie można było kapitana oddać pod rozkazy porucznika, zdecydował nadać mu miano „obserwatora politycznego” z wyraźnym zakazem wydawania rozkazów tak spadochroniarzom, jak oficerom SS, których przydzielono do oddziału. Student uczynił to pomimo sprzeciwu Morsa i Berlepscha, którzy ufali tylko swoim przeszkolonym ludziom. Później przypadek, okoliczności i wreszcie cynizm Skorzenego uczyniły zeń bohatera. Szybowce Henschel, które poprzedzały szybowiec, na którego pokładzie znajdował się Skorzeny, wykonały manewr skrętu, by nabrać wysokości mając przed sobą masyw Apeninów, jednak szybowiec Skorzenego nie poszedł ich śladem w wyniku czego znalazł się na czele formacji. W tej sytuacji Skorzeny uczynił to, czego Student wyraźnie mu zakazał: wydał rozkazy i kazał pilotowi zanurkować, który to manewr też był zakazany przez generała. Manewr ten rozproszył formację, w wyniku czego dwa szybowce zboczą z toru lotu. Wylądują one niebezpiecznie w pewnej odległości od hotelu, powodując obrażenia i rany u załogi. Pozwoli to Skorzenemu przybyć do hotelu przed Berlepschem i przyprowadzić ze sobą jako zakładnika generała Fernanda Soletiego, którego kazał uprowadzić i odurzyć, by ten krzyczał, żeby nie strzelać. „ Czyn godny gangstera” skomentują później tak Student,  jak i major Mors, który był dowódcą odpowiedzialnym za całą operację, jak również porucznik Berlepsch. Po uwolnieniu Mussoliniego Skorzeny naciskał na pilota Heinricha Gerlacha, by wziął go na pokład Storcha razem z Mussolinim, aby ten, jak rozkazał Hitler, nie był transportowany do Rzeszy bez eskorty. W wyniku tych wszystkich okoliczności, dzięki wyczuciu chwili samego Skorzenego, świadomego ostrej  rywalizacji między Goeringiem i Himmlerem, jako owoc propagandy Goebbelsa i wskutek triumfującego komunikatu podpisanego przez samego Hitlera powstanie fałszywy mit Skorzenego jako wybawiciela Mussoliniego.

Nie było żadnej reakcji z włoskiej strony. Dlaczego?

Włoscy karabinierzy i policjanci nie zareagowali w obliczu ataku spadochroniarzy z szeregu powodów natury hierarchicznej, historycznej, militarnej, a także psychologicznej. Dowództwo formalnie spoczywało w rękach generalnego inspektora policji Giuseppe Gueliego, w rzeczywistości dzielił je z nim porucznik karabinierów Alberto Faiola.  Wiadomości przekazywane były przez szefa policji Carmina Senise, jednak należy pamiętać, że Faiola był zaufanym człowiekiem Badoglia, któremu podlegał bezpośrednio. Karabinierom został wydany rozkaz, by nie  wydali Mussoliniego żywego. Jednak 8 września wraz z zawieszeniem broni wiele się zmieniło. Do tej pory Niemcy byli sojusznikami, teraz stali się wrogami: strzelali, zabijali i mścili się za domniemaną włoską „zdradę”. 29 klauzula długiego zawieszenia broni przewidywała przekazanie Mussoliniego aliantom, jednak Badoglio wcale o to nie zabiegał. Kiedy Senise nakazał „maksymalną ostrożność”, Gueli zinterpretował to jako zalecenie, by nie reagować w przypadku ataku Niemców i przekazać im więźnia. Gueli poza tym sam był przekonanym faszystą. Nakazał sam zdemontować karabiny maszynowe umieszczone na dachu hotelu, uwiązać psy na łańcuchach, i nie wydał rozkazu reagowania, gdy przybyły niemieckie szybowce. Policjanci i karabinierzy nie mieli żadnej ochoty ryzykować własnym  życiem, by tylko nie wydać Mussoliniego: ich dowódcy zbiegli, wojsko się rozproszyło, dlaczegóż oni mieliby umierać, walcząc z Niemcami? I tak na Campo Imperatore nikt nie strzelał. Natomiast w dolinie dwaj żołnierze ponieśli śmierć, jednak Niemcy nawet tego nie odnotowali w swoich raportach. Chodziło o strażnika leśnego, Pasquale Vitocca, który rzucił się do biegu, gdy dostrzegł auto kierujące się w stronę stacji kolejki. Nie zatrzymał się na rozkaz Niemca i został powalony serią  z karabinu maszynowego.Drugim zabitym był Giovanni Natale, który schował się za budynek garnizonu, jednak został zauważony i trafiony śmiertelnie, zanim sam zdążył otworzyć ogień ze swej strzelby. Oni jedyni wykonali swe zadanie owego 12 września, i przyznali to również Niemcy, którzy dowiedzieli się o ich historii z moich badań. Jednak Włochy nigdy ich nie uhonorowały, być może dlatego, że odznaczenie ich oznaczałoby postawienie w złym świetle tych, którzy tego dnia nie wywiązali się ze swego obowiązku.

Mussolini został uwolniony 12 września. Jednak już  3  dni wcześniej Wiktor Emanuel III wraz z Badogliem opuścili Rzym. Jak Pan ocenia ich ucieczkę?

Ucieczka rodziny królewskiej, dowództwa wojskowego oraz członków rządu z Rzymu w kierunku Pescary,  a następnie z Ortony do Brindisi, 9 września 1943 roku jest najbardziej haniebną kartą włoskiej historii współczesnej. Napisałem o tym osobną książkę „Settembre 1943. I giorni della vergogna” wydaną prze Laterzę, w której zrekonstruowałem po kolei  90 godzin, które cały kraj wepchnęły w totalny chaos, wraz z rozbrojeniem 2 milionów żołnierzy i początkiem wojny domowej. Wina przywódców państwa jest ewidentna i niewybaczalna. Przedłożyli swoje własne bezpieczeństwo nad bezpieczeństwo narodu. Podpisali zawieszenie broni  3 września, ale nie uczynili nic by przygotować odwrócenie sojuszy ani nie przedsięwzięli żadnych środków uzgodnionych z aliantami w Cassibile, choćby takich jak zajęcie rzymskich lotnisk.  Po wojnie usiłowano wyjaśnić pewne wydarzenia, nie dające się wyjaśnić w inny sposób, mówiąc o tajnym „handlu zamiennym”: bezpieczeństwo dynastii i Badoglia w zamian za Rzym i nawet  samego Mussoliniego. Hipoteza jest sugestywna, ale nie wytrzymuje próby analizy historycznej. Nie posiadając żadnego dokumentu potwierdzającego tę hipotezę, musimy stwierdzić niezaprzeczalne fakty. Otóż jedynym, który  mógł zezwolić na ten handel był feldmarszałek Albert Kesselring, jednak ten nie zdecydował jeszcze, jak zachować się w obliczu zdobycia Rzymu i strategicznego wycofywania się na północ, ani nie zdawał sobie sprawy z istnienia Fall Eiche, a więc nie mógł zgodzić się na swobodny przejazd kolumny samochodów z Rzymu do Pescary i Ortony ( a później drogą morską aż do Brindisi) w zamian za osobę Mussoliniego. Nigdy nie sprzeciwiłby się rozkazom Hitlera, nawet za cenę osobistej ambicji i wkroczenia do Rzymu jako zdobywca. Nigdy też nie wspomniał słowem o żadnej umowie podczas  procesu w Wenecji z 1947 roku (gdzie pierwotnie miał być skazany na karę śmierci), co mogłoby wpłynąć na polepszenie jego położenia. Badoglio prawdopodobnie wolał, by Mussoliniego wzięli sobie Niemcy, zamiast przekazywać go aliantom: cokolwiek powiedziałby przeciwko Duce, byłoby podyktowane urazą i zemstą, podczas  gdy w trakcie publicznego procesu sprawy obróciłyby się przeciw niemu samemu, jako że sam używał iperytu podczas wojny w Etiopii i zrobił błyskotliwą karierę w ramach reżimu. Tajne porozumienie jest sprzeczne z logiką i nie wytrzymuje próby faktów. Sprawy potoczyły  się w najgorszy z możliwych sposób, ponieważ klasa rządząca Italią była złożona z ludzi, którzy nie nadawali się do tego, by sprostać sytuacji i w obliczu faktów pokazali się z możliwie najgorszej strony. Kraj zapłacił za to nieproporcjonalną cenę krwi. Na prawdzie historycznej zaważyły potem instrumentalne przemilczenia, kompromisy, amnestie i amnezja historyczna.

 A po zawieszeniu broni  we wrześniu 1943 roku cały naród chwycił za broń i na czele z partyzantami komunistycznymi przepędził przybyłych z Marsa faszystów i nazistów. Taka jest oficjalna wersja historii przez lata forsowana we Włoszech. Jak było naprawdę?

Mit ten powstał w 1945 roku. Zgodnie z nim Włochy wyzwolili włoscy partyzanci komunistyczni. Rolę niekomunistycznych partyzantów umniejszano. Przede wszystkim jednak umniejszono rolę prawdziwych wyzwolicieli: Brytyjczyków, Amerykanów, Kanadyjczyków i oczywiście Polaków. Tak powstał mit wedle którego „Włosi gremialnie chwycili za broń i pod wodzą komunistów pokonali nazistów i faszystów”. Dlatego coroczne obchody Dnia Wyzwolenia 25 kwietnia zdominowane były przez lata przez komunistycznych kombatantów z powiewającymi wszędzie czerwonymi sztandarami.

Czy w tym roku coś się zmieniło? Na tegoroczne obchody Dnia Wyzwolenia prezydent Włoch Sergio Mattarella przybył do Casoli w Abruzji.

Wybór prezydenta Mattarelli, by Święto Wyzwolenia obchodzić właśnie w Abruzji nie był z pewnością przypadkowy. Oddał on tym samym po raz pierwszy hołd abruzyjskim ochotnikom z Brygady Maiella.  Przywrócił historii i prawdzie ich epopeję wojenną.  Brygada Maiella zawiązała się w wyniku honorowego paktu zawartego przez 15 ochotników pod przywództwem adwokata Ettora Troila 5 grudnia 1943 właśnie w Casoli (rejon Chieti) i rozwiązała się w lipcu 1945 roku, gdy liczba tej formacji sięgnęła 1 500 żołnierzy. Walczyli oni najpierw w V Korpusie Brytyjskim (grudzień 1943 – czerwiec 1944), a potem w II Korpusie Polskim generała Andersa podczas całej włoskiej kampanii.

Brygada Maiella była pierwszą nieregularną formacją uzbrojoną przez Anglików, którzy to rozbrajali jednostki partyzanckie.  Miała najdłuższy udział w wojnie wyzwoleńczej i była jedyną jednostką walczącą poza regionem uformowania, jedyną, której sztandar został udekorowany złotym medalem zasługi wojennej, jedyną, która z administracyjnego punktu widzenia podlegała wojsku włoskiemu, jednak nie podlegała rozkazom włoskich dowódców, ponieważ została utworzona przez republikanów, którzy nie chcieli ślubować wierności królowi odpowiedzialnemu za nastanie faszyzmu i za prawa rasowe z 1938 roku i za wszystkie awantury wojenne Mussoliniego. Żołnierze brygady nie byli partyzantami. Sami woleli nazywać się patriotami. Nie był to  tylko formalny wybór: w przeciwieństwie do innych nieregularnych formacji Abruzyjczycy nie zależeli od żadnej partii, nie mieli żadnego komisarza politycznego. Byli ochotnikami, lecz mogli w każdym momencie opuścić szeregi na zwykłe żądanie. Jednak nikt w ciągu 18 miesięcy kampanii nie uczynił tego, tak jak nie odnotowano też przypadków dezercji.

Wszystko to sprawiało, że przez dziesięciolecia historia Brygady Maiella była marginalizowana, ponieważ nie odpowiadała mitowi ruchu oporu, zgodnie z którym Włochy zostały wyzwolone przez partyzantów. Olbrzymią rolę w tym micie mieli oczywiście komuniści. Kulturowa hegemonia, jaką po wojnie zdobyła w społeczeństwie i przez dziesięciolecia utrzymywała Włoska Partia Komunistyczna, mogła jedynie tolerować, a nie honorować dokonania Brygady Maiella. I istotnie jej wojenna epopeja pozostawała poza oficjalną narracją historyczną. Partyzanci jako bohaterowie, patrioci jako mniejszość, której łatwo można się pozbyć, ponieważ przeciwstawiali się oficjalnej wersji opowieści o ruch oporu.

Właśnie w ostatnich czasach, w skali lokalnej, ANPI (Narodowe Stowarzyszenie Włoskich Partyzantów – lewicowa organizacja, do której należy jedynie 4 % kombatantów ruchu oporu, mieniąca się jedyną uprawnioną do obrony wartości konstytucyjnych i pamięci historycznej o ruchu oporu) podjęła systematyczne próby medialne, by wbrew faktom i dokumentom i wbrew prawdzie historycznej przedstawiać kombatantów Maielli jako partyzantów, nazywając ich „towarzyszami”. Sami zainteresowani byli oczywiście ignorowani za każdym razem, gdy podnosili kwestię swej odmienności i specyfiki, także językowej. Lewicowi historycy tworzyli obraz historii wedle fałszywych danych w jednym celu, by utrwalić partyzancki mit i  dostarczyć szlachetną i heroiczną legendę pozbawioną ciemnych stron i kompromisów (politycznych i nie tylko). Włoskie wojsko niemal nigdy nie pamiętało o tej formacji, która nominalnie stanowiła jego jednostkę,  dla Anglików   relatywnie mała liczebność formacji nie czyniła jej bohaterką włoskiej kampanii, sami Polacy też niewiele wiedzą o udziale abruzyjskich ochotników w wyzwalaniu Półwyspu, pomimo tego, że stanowili oni  górską piechotę w II Korpusie Polskim, byli „towarzyszami broni” Polaków i walczyli „za wolność waszą i naszą”, jak ich przodkowie z epoki Risorgimenta.

Przybycie 25 kwietnia prezydenta Matterelli do Casoli do  miejsca, gdzie narodziła się Brygada Maiella, miało swoje znaczenie, które powinno przyczynić się do przywrócenia należnego miejsca tej nietypowej formacji w wojnie wyzwoleńczej. Głowa państwa w swym przemówieniu wielokrotnie nazywał abruzyjskich ochotników patriotami, jak oni sami siebie definiowali. O doświadczeniach wojny partyzanckiej mówił przy innej okazji i nie mylił tych dwóch zjawisk. Nie przypadkiem  na sali obecni byli ambasador Wielkiej Brytanii  i chargé d`affaires Rzeczpospolitej Polskiej,  dwóch krajów, które przyjęły abruzyjskich ochotników w szeregi swych wojsk. ANPI będzie musiała wyciągnąć z tego wnioski, a wraz z nią także ci, którzy kontynuują swą fałszywą  narrację. Włochy zostały wyzwolone przez dwie alianckie armie, z pewnym udziałem formacji partyzanckich, jednak udział tych ostatnich miał większe znaczenie moralne i symboliczne niż wojskowe. Brygada Maiella zapisała kilka znaczących stron tej historii, jednak poza głównym nurtem. I przez lata spotykało ją  w zamian nie uznanie, ale izolacja.

Sam jest pan autorem monografii poświęconej Brygadzie Maiella („I banditi della libertà. La straordinaria storia della Brigada Maiella, partigiani senza partito e soldati senza stellette”). Jak pan odkrył tę historię polsko – włoskiego braterstwa broni?

Wszystko zaczęło się w 2004 roku. Byłem w Krakowie na spotkaniu we Włoskim Instytucie Kultury, gdzie poznałem mojego obecnego przyjaciela, prof. Wojciecha Narębskiego, żołnierza II Korpusu Polskiego. Gdy dowiedział się, że jestem Abruzyjczykiem, zwrócił się do mnie tym słowami „ Oj, to niech pan zatem pozdrowi dowódcę Domenica Troila i wszystkich weteranów Brygady Maiella. To byli nasi towarzysze broni”. Muszę przyznać, że jego słowa bardzo mnie poruszyły. W odległości 1 500 km od domu spotykam polskiego oficera, który opowiada mi o niemal nieznanej historii i czyni to z tak wielkim wzruszeniem i uznaniem. W Abruzji o Brygadzie Maiella, w istocie, wiedziało się niewiele i to niewiele oznaczało zawsze lokalną perspektywę.  Podczas gdy abruzyjscy ochotnicy zapisali najpiękniejsze strony historii wojny wyzwoleńczej, walcząc u boku Anglików i Polaków.  Po powrocie do Włoch rzuciłem się w wir pracy, której efektem była monografia brygady, która po raz pierwszy ukazała się już 2005 roku.

Jednak mit ruchu oporu i komunistycznej partyzantki nie jest jedynym mitem, który jest obecny we włoskiej historiografii. Czy możemy mówić też o micie Risorgimento?

Ależ oczywiście. O wiele wcześniej mieliśmy do czynienia z mitem Risorgimenta, będącego mitem założycielskim jedności narodowej, najpierw służącemu scementowaniu różnych włoskich dusz ( gdzie  od czasów rzymskich nie było mowy o żadnej jedności państwowej, gdzie mówiło się dziesiątkami różnych języków), a później w epoce faszyzmu mieliśmy do czynienia z mitem służącym  gloryfikacji nacjonalizmu. Risorgimento było przedstawiane w sposób uproszczony i naciągany, czemu towarzyszyło niejedno fałszerstwo, jak usiłowanie przedstawienia go jako oddolnego ruchu ludowego, a nie jako dzieła elit. Począwszy od  wyprawy tysiąca Garibaldiego na Sycylię i kolejnego nieuchronnego zdobycia  Królestwa Neapolu, następnie „podarowanego” dynastii Sabaudzkiej, by północ połączyć z południem. Za przedsięwzięciem bohatera dwóch światów w rzeczywistości stał międzynarodowy projekt, którego głównym architektem była Wielka Brytania, która przychylnie spoglądała na ekspansję Królestwa Sabaudów na południu, widząc w nim przeciwwagę dla Francji. Ta za kolei historycznie była przychylna Królestwu Włoch (Napoleon III walczył  wraz z Piemontczykami przeciwko Austriakom podczas drugiej wojny o niepodległość w 1859 roku), jednak tylko w odniesieniu  do północy kraju.  Także niemałą rolę w wyprawie, ale i w sukcesie garilbaldczyków odegrała masoneria (sam Garibaldi był masonem). Należy zwrócić uwagę też na to, że Wielka Brytania nie tylko miała  w tym swoje interesy polityczne, ale także interesy ekonomiczne, ponieważ Anglicy posiadali na Sycylii swoje posiadłości ziemskie, jak w przypadku rodziny Nelsonów. Całe przedsięwzięcie, zanim nabrało charakteru militarnego, zostało w szczegółach przygotowane pod względem politycznym: wraz z korupcją na szczytach armii neapolitańskiej, współpracą części burbońskiej arystokracji, która pragnęła uratować się z  pożogi „rewolucji” (wystarczy przeczytać „Lamparta” Giuseppe Tomasi di Lampedusy i powieść „I viceré” Federica De Roberto)  wraz z transformizmem i złudzeniem mas biednych Sycylijczyków i Neapolitańczyków co do zaprowadzenia bardziej sprawiedliwego systemu, przede wszystkim odnośnie redystrybucji ziem należących do latyfundiów. Wiktor Emanuel II, bez wypowiedzenia wojny, skorzystał z tego, oderwał rozległy kawałek terytorium Państwa Kościelnego (Emilia- Romania, Umbria, Marche) i nie miał żadnych skrupułów, by usunąć z tronu neapolitańskiego swego kuzyna Franciszka II Burbona.

Królestwo Obojga Sycylii nie było wcale „kwitnącym królestwem”, jak starała się je przedstawić burbońska publicystyka, ale i nie było „negacją Boga, zaprzeczeniem wszelkiej idei moralnej i społecznej”, jak w 1852 roku zdefiniował je William Ewart Gladston. Było państwem zacofanym pod względem społecznym, z dużymi nierównościami, z wykorzystywanymi klasami najuboższymi, jednak  z pewnym powiewem nowoczesności (pierwsza kolej we Włoszech Napoli – Portici, pierwsze statki parowe, pierwszorzędna flota wojenna i handlowa). Neapol był jednym z największych i najważniejszych miast Europy. A poza tym, co odróżniało Burbonów w Neapolu na tle epoki, nie prowadzili oni wojen, a zatem skarb ich państwa był pełen.

Wraz z nastaniem rządów dynastii Sabaudzkiej to, co winno się zmienić, wcale nie uległo zmianie, a to, co się zmieniło, nie dokonało się w oczekiwanym kierunku. Nie tylko nie zlikwidowano nierówności, lecz jeszcze je pogłębiono wraz z  fiskalizmem,  obowiązkową służbą wojskową, która odrywała męskich potomków na trzy lata od rodzinnej ziemi.  Reakcją było pojawienie się fenomenu bandytyzmu, wraz z krwawą wojną domową, która kosztowała tysiące zabitych wśród żołnierzy i cywilów, represyjnymi metodami, które szokują (masowe rozstrzeliwania, ścięcia, gwałty, tortury, podpalane wioski, wszelkiego rodzaju przemoc z jednej i drugiej strony),  z militaryzacją Południa i z emigracją do innych krajów, głównie do Ameryk. Do stłumienia bandytyzmu w ciągu dziesięciolecia 1861 – 1870 zostało rzuconych więcej żołnierzy niż brało ich udział we wszystkich  trzech wojnach o niepodległość. Nieliczne istniejące zakłady przemysłowe zostały rozmontowane i przeniesione na Północ, tak jak bogaty skarb Banku Neapolitańskiego, którego Sabaudowie pilnie potrzebowali ze względu na pustki w swym skarbie opróżnionym w wyniku nieustannych wojen. Wiele z tych problemów pozostało nierozwiązanych do naszych czasów, pomimo prób rozwiązywania ich przez różne rządy i w różnej formie, bez oczekiwanych rezultatów odnośnie ekonomii, produkcji, redystrybucji dóbr, ujednolicenia języka i kultury. Rację miał Massimo D`Azeglio, gdy w 1861 roku przestrzegał: „Powstały Włochy, teraz trzeba stworzyć Włochów”. W XIX wieku wszelkiego rodzaju dysproporcje zostały zakwalifikowane jako „kwestia Południa”: kwestia do tej pory otwarta, po ponad półtora wieku od zjednoczenia, przez niektórych postrzeganego jako zwykła aneksja. Wiktor Emanuel II, gdy z Króla Piemontu i Sardynii, stał się Królem Włoch nie zmienił nawet swego imienia.

Zajmuje się pan też historią Polski. Skąd to zainteresowanie?

Moje zainteresowania Polską sięgają studiów w konserwatorium. Odkryłem Polskę poprze muzykę Chopina, pisaną wtedy, gdy Polski nie było na mapie Europy. Potem przyszedł czas na Wieniawskiego, Paderewskiego, Pendereckiego. Polska ponownie wypłynęła, gdy studiowałem prawo i wybrałem na temat swej pracy magisterskiej z prawa międzynarodowego politykę zagraniczną Polski w latach 1918 -1939. Polska towarzyszyła mi więc, gdy  dojrzewałem i w czasie studiów. To było przeznaczenie.

W Polsce stał się pan znany i rozpoznawalny dzięki swej biografii Witolda Pileckiego. Jak odkrył pan postać rotmistrza?

W 2009 roku byłem w Warszawie na spotkaniu z Andrzejem Wajdą przed włoską premierą filmu „Katyń”. Podczas wizyty w IPN-ie otrzymałem wraz z kolegami dziennikarzami kilka broszur zawierających opis publikacji IPN-u. Wieczorem w hotelu odkryłem tekst Jacka Pawłowicza – i przede wszystkim to, że istniała osoba, która dobrowolnie dała się zamknąć w KL Auschwitz. Wydawało mi się to nieprawdopodobne. Z małym słownikiem włosko-polskim próbowałem zrozumieć więcej i wszystko się potwierdziło: Witold Pilecki poszedł na ochotnika do Auschwitz. To wówczas po raz pierwszy spotkałem się z jego nazwiskiem. Zainteresowała mnie szalenie, wprost zafascynowała jego historia, i tej samej nocy postanowiłem napisać książkę, aby pokazać, czego dokonał ten niezwykły człowiek. Młodzi Włosi, ale nie tylko oni, sądzą, że moja książka jest powieścią, a nie historycznym esejem. Wielu trudno uwierzyć, że człowiek o wielkiej kulturze artystycznej i literackiej, kochający swoją żonę i dzieci, był zdolny do tak nieprawdopodobnego czynu. Pilecki był człowiekiem, który we wszelkich okolicznościach życia starał się nie poddawać barbarzyństwu i zawsze znaleźć okruchy człowieczeństwa. Pomyśleć tylko, że udało mu się wciągnąć do obozowej podziemnej organizacji ZOW także niektórych kryminalistów, których naziści osadzili w Oświęcimiu jako obozowy nadzór. Pilecki znajdował okruchy człowieczeństwa nawet tam, gdzie, zdawałoby się, nie było go wcale.

Czy są jeszcze w polskiej historii jakieś postacie, które wzbudziły w panu równą  fascynację i  które byłyby warte tego, by spisać ich biografie i zaprezentować ich dokonania poza granicami Polski?

Dotychczas zająłem się bliżej dwoma niezwykłymi i ważnymi postaciami z polskiej historii, prawie nieznanymi na Zachodzie, dedykując im kilka artykułów na trzeciej stronie poświęconej tradycyjnie we Włoszech sprawom kultury dziennika „Il Tempo”:  Kazimierzem Leskim i Krystyną Skarbek. O Leskim zacząłem pisać nawet książkę. Dość zaawansowaną pracę musiałem tymczasowo przerwać, by  dokończyć inną książkę zatytułowaną „Wróg w domu”, która jest historią okupacji Włoch podczas wojny i po jej zakończeniu i, która dotyka zarówno okupacji niemieckiej, angloamerykańskiej i jugosłowiańskiej. Myślę, że to właśnie Leski i Skarbek są postaciami bardzo fascynującymi i powinni wejść do wspólnego dziedzictwa historycznego.

A gdyby został pan poproszony o opowiedzenie Polakom o jakimś włoskim bohaterze XX wieku, kto by to był?

Wybrałbym bohatera zbiorowego. Chciałbym pokazać Polakom wielu Włochów,  często bez imienia i bez twarzy, którzy narażali swoje życie w tak zwanym „oporze humanitarnym”. Był to fenomen, który odnotowano w Abruzji nazajutrz po 8 września 1943 roku, gdy Włochy podpisały zawieszenie broni  i kiedy zostały otworzone obozy koncentracyjne i obozy jenieckie. W Abruzji było ich bardzo dużo i byli w nich przetrzymywani Anglicy, Amerykanie, Hindusi, Nowozelandczycy, Słowianie południowi i Polacy… wszystkie narody, wchodzące w skład wojsk alianckich, bądź krajów będących w stanie wojny z Włochami, internowani cywile, włoscy i obcy Żydzi. Biedna ludność oferowała pomoc i schronienie wszystkim, aby ukryć ich przed Niemcami i, by pomóc im przejść linię frontu (Linię Gustawa) i dotrzeć do oddziałów amerykańskiej V Armii i brytyjskiej VIII Armii. Mówiono, że „dzielono chleb, którego nie było” i tak właśnie było. Najwięcej ofiarowywali i najbardziej ryzykowali ci, którzy byli najbiedniejsi. Niemcy rozstrzeliwali każdego i palili domy każdemu, kto udzielił pomocy zbiegom z obozów koncentracyjnych. W ciągu strasznej zimy 1943 ci chłopi, pasterze i uboga ludność wśród śniegów i lodu przeprowadzali całe kolumny zdesperowanych przez pasma wysokich gór na drugą stronę. Pomimo wyznaczania nagród dla szpiegów i donosicieli, nie odnotowano przypadków zdrady. Tej spontanicznej ofiarności życie zawdzięczał późniejszy prezydent Republiki Włoskiej, Carlo Azeglio Ciampi, wówczas porucznik Królewskich Sił Zbrojnych, który wraz z innymi sześćdziesięcioma antyfaszystami znalazł schronienie i pożywienie, a następnie został przeprowadzony przez masyw Majelli, by osiągnąć pozycje alianckie. Z kolei 72 letnia Anita Santamarroni, tuż przed rozstrzelaniem przez Niemców za pomoc angloamerykańskim jeńcom nie mogła zrozumieć, dlaczego miała umierać za ten akt wspaniałomyślności i powiedziała przed plutonem egzekucyjnym: „Nie pomagałam im, dlatego, że byli Anglikami, czy Amerykanami, ale tylko dlatego, że byli jak ja chrześcijanami”. Termin „chrześcijanin” oznaczał wówczas, jak i oznacza do dziś,  po prostu „człowieka”, a zatem  wyrażał sens człowieczeństwa i solidarności. Wielu byłych jeńców wróciło po wojnie do Abruzji, by podziękować tym, którzy uratowali im życie, zaś za granicą napisano wiele książek, opisujących te doświadczenia, które szerzej pozostają, niestety, prawie nieznane.

                                     Dziękuję za rozmowę

Marco Patricelli – włoski profesor historii najnowszej na uniwersytecie Gabriele D`Annunzio w Chieti i w Pescarze; były redaktor abruzyjskiego wydania dziennika „Il Tempo”; autor kilkunastu publikacji  poświęconych historii Polski i Włoch, w tym: Uwolnijcie Duce! Gran Sasso 1943, prawdziwa historia Operacji „Eiche”, (Biała Podlaska: Arte 2017), Umierać za Gdańsk!, (Warszawa; Bellona 2013) i Ochotnik, (Kraków: Wydawnictwo Literackie 2011); w 2010 r. uhonorowany przez Ministra Spraw Zagranicznych Odznaką Honorową  „Bene Merito”, w 2017 r. odznaczony przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi  RP.

 

Udostępnij
Czytaj także

Paweł Bielawski: Seks, seksualność i rodzina oczami archeofuturysty. Perspektywa Guillaume’a Faye’a

Nie ulega wątpliwości, że lewica narzuciła swój język w sferze seksualności i obyczajowości z nią związanej, np. „heteronormatywny”, „cis” itd. Prawica natomiast, pełna pruderii, wydaje się być w tej sytuacji zupełnie poza swoją strefą komfortu. Prawica lubi wypowiadać się o Kościele, religii, ale jak dochodzi do tematu seksu i seksualności, to wydaje się, że pełna zażenowania spogląda na księdza z nadzieją aprobaty i wstydzi się cokolwiek powiedzieć. Lewica natomiast, skwapliwie z tego korzysta, narzucając swoją narrację właściwie bez żadnego oporu, nie licząc okazjonalnych pomruków niezadowolenia z prawicowej strony.

„Komunizm jak i kapitalizm były dla Ottona Strassera systemami przesiąkniętymi egoizmem.” – wywiad z dr. Tomaszem Kosińskim, autorem pierwszej polskiej monografii o założycielu “Czarnego Frontu”.

Związek Sowiecki przed II wojną światową jak i po tej wojnie był traktowany przez Ottona Strassera jako zagrożenie dla Niemiec jak i Europy. Stąd promował ideę budowy zjednoczonej Europy jako przeciwwagi dla ZSRS przed drugą wojną światową oraz jako trzeciej siły między USA a ZSRS po zakończeniu tego konfliktu.

David Engels

Przeciw agonii Europy – rozmowa z prof. Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności i pracownikiem Instytutu Zachodniego w Poznaniu

Walka między dobrem a złem toczy się wiecznie i nie zostanie rozstrzygnięta aż do dnia ostatecznego. Dlatego musimy uważać, by nie obarczać naszej walki o zachodnią cywilizację nadmiernymi eschatologicznymi nadziejami. Uważam, że rzeczywiście będzie możliwe doprowadzenie naszej cywilizacji do ostatecznej syntezy, która opiera się na racjonalnym powrocie do tradycji, ale ta synteza będzie jednocześnie punktem końcowym naszego rozwoju kulturalnego – po niej mogą powstać inne kultury, a walka w sercu każdego człowieka będzie trwała dalej, jednak „wielki organizm” Zachodu zostanie „zamknięty”.