Kanonada Narodowego Romantyzmu

wersja beta

Kapitalizm jest nihilizmem – rozmowa z prof. Wawrzyńcem Rymkiewiczem, filozofem i redaktorem naczelnym kwartalnika „Kronos”

fot. Katarzyna Wrońska-Kędzior

Kapitalizm jest nihilizmem – rozmowa z prof. Wawrzyńcem Rymkiewiczem, filozofem i redaktorem naczelnym kwartalnika „Kronos”

Udostępnij

 Kapitalizm jest nihilizmem

 

Z prof. Wawrzyńcem Rymkiewiczem, filozofem i redaktorem naczelnym kwartalnika „Kronos”, kierownikiem Zakładu Historii Filozofii Polskiej na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Maciej Walaszczyk

 

Europejska cywilizacja i kultura upada czy już upadła, a może się po prostu przekształciła porzucając bezpowrotnie swe dawne formy? Nasi dziadkowie nie znali takiego świata, jaki mamy dziś. Mamy inną obyczajowość, obcą estetykę, powszechny materializm, nie mówiąc o kompletnej sekularyzacji, jeszcze silniejszą obecność techniki w codzienności potęgującą przyspieszenie prędkości życia. 

 

– Żyjemy w zupełnie nowym świecie. Najważniejszą rzeczą dla Polaków, jako wspólnoty, jest uprzytomnienie sobie faktu, że Europa się skończyła. Stało się tak, ponieważ żyjemy w epoce globalizacji.

 

Co to oznacza?

 

– Poza granicami Europy powstały centra władzy, ale również centra duchowe, które, choć nie są europejskie, nie są także nieeuropejskie. Myślę przede wszystkim o Stanach Zjednoczonych, ale także o Ameryce Łacińskiej, a dalej o Rosji, Chinach i wreszcie o wszystkich dawnych europejskich koloniach, czyli – w ostatecznym rachunku – o całej planecie. To są dzisiaj różne wersje, imitacje i odbicia kultury europejskiej, które nie są już Europą i które – to jest kolejna oczywistość – mają na Europę wpływ dominujący. Europa przyjmuje sposoby i formy życia własnych kolonii, staje się kolonią własnych kolonii, naśladuje własne imitacje. Zarazem – to jest z kolei skutek masowej migracji – miasta Zachodu zaczynają stopniowo przypominać metropolie trzeciego świata. Francja i Anglia wchłaniają i wsysają w siebie swoje dawne terytoria zamorskie, które wcześniej podbiły i kompletnie zdewastowały. Epoka globalizacji oznacza zatem koniec Europy w tym kształcie, w jakim Europa istniała jeszcze w wieku XIX – jako zamknięta całość o wyraźnie zarysowanych granicach, odgrodzona od światów pozaeuropejskich.

 

Nasza cywilizacja załamuje się, gdyż wyzwoliła z siebie siły, tak duchowe jak i materialne, które obróciły się przeciw nam samym? Staliśmy się ofiarami własnego sukcesu?

 

– Paradoksalnie – Europa przestała istnieć dzięki swojemu zwycięstwu. Globalizacja jest skutkiem kolonializmu.  To, co widzimy, nie jest więc przypadkowe. Wynika z wewnętrznej logiki rozwoju Europy, z logiki europejskiego Ducha – żeby użyć właściwego tu słowa. Zarazem jednak – i to jest najważniejsze – tego Ducha przekracza, poza niego wychodzi. Politycy i komentatorzy polityczni żyją z dnia na dzień, patrzą na rzeczywistość w perspektywie najwyżej dziesięcioleci. Tu jest tymczasem potrzebny horyzont stuleci albo tysiącleci.  Patrząc w takiej perspektywie można powiedzieć, co następuje: stoimy wobec kryzysu, który przekracza swoją głębią i zasięgiem przełom nowożytny. Tamta epoka zaczęła się od wielkich odkryć geograficznych. Globalizacja jest ich logiczną konsekwencją, wypełnieniem i zarazem odwróceniem ich sensu.

 

Skoro mówi Pan o końcu znanej nam Europy, kulturze naśladującej jej pozaeuropejskie imitacje, to mamy obraz apokalipsy. Powtórka upadku Rzymu tylko postępująca znacznie szybciej?

 

– Mamy do czynienia z katastrofą w tym sensie, w jakim filozofowie i matematycy używają tego pojęcia. Radykalna zmiana, sięgająca podstaw egzystencji, skokowe przekształcenie znaczeń, które obracają się we własne przeciwieństwo. Pierwszy problem ma dlatego charakter językowy. My wciąż jeszcze mówimy dawnymi językami, które zostały stworzone, żeby zrozumieć nowoczesność i to wszystko, co się na nią składało – industrializację, rozpad społeczeństw feudalnych, rewolucję naukowo-techniczną. Tamte języki wychodzą jednak ze swoich dawnych kolein i zamieniają się, konsekwentnie używane, w bełkot…

 

A więc doprecyzujmy – to piętno globalizacji odciska się wszędzie i w taki sam sposób, czy jednak dotyczy głównie zachodniego rdzenia kontynentu? Tam wszystko zaistniało przecież wcześniej: średniowiecze i narodziny nowożytności, rewolucje. Na wschód docierało z opóźnieniem.

 

– Nowy język, który musimy stworzyć, powinien zacząć od nowego ustalenia chronologii wydarzeń i naszego miejsca w porządku czasu. Przyzwyczailiśmy się do przekonania, że Polska jest krajem „zacofanym”. To jest przekonanie nowoczesne, prawdziwe w epoce nowoczesnej. Kiedy w Anglii tworzono przemysł, w Polsce kwitło życie wiejskie i panował jeszcze porządek feudalny. Za symboliczny moment końca nowoczesności możemy uznać rok 1989 i upadek Muru Berlińskiego. To jest dokładnie dwieście lat od zburzenia Bastylii. Do Polski wkracza turbokapitalizm, a wraz z nim pojawiają się od razu wszystkie negatywne konsekwencje globalizacji. Proszę zwrócić uwagę, że binarny podział polityczny – zimna wojna domowa – pojawił się najpierw w Polsce, a dopiero potem w Stanach Zjednoczonych i krajach zachodniej Europy. Bracia Kaczyńscy wyprzedzili Trumpa. To jest jeden z paradoksów globalizacji: sensy są niekiedy wyrazistsze i pojawiają się wcześniej na peryferiach cywilizacji.

 

Przecież w latach 60., ub. wieku Ameryka stanęła na progu wojny domowej, a sto lat wcześniej naprawdę wybuchła jako nowoczesny konflikt militarny i polityczny. Nie mówiąc o trwającym kilka dekad polaryzacji trawiącej III Republikę, co zdaje się wciąż silnie rezonuje. To przykłady nowoczesnych demokracji, a nie peryferii. Choć dziś rzeczywiście po obu stronach nie chcą już tylko wygrywać wyborów, ale wzajemnie zniszczyć.

 

– Oczywiście wojny domowe istniały wcześniej. Zawsze były to jednak wojny lokalne – domowe właśnie – o wyraźnie zakreślonych granicach. Tutaj mamy jednak do czynienia z planetarną wojną domową, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, z różnymi jej artykulacjami w kontekstach lokalnych. Proszę zauważyć, że podział, o którym mówimy – moce globalne przeciwko siłom lokalnym – dotyczy w jakiś sposób także Indii, Iranu i Rosji. Poza tą zimną wojną domową są tylko Chiny, które są na tyle potężne i w sobie osadzone, że mogą skonstruować własny, alternatywny projekt globalizacji. Ta nieostrość jednak, brak wyraźnych granic, nie dotyczy tylko barier geograficznych. Rozmyta i zatarta jest sama granica między wojną a pokojem – mówimy o zimnej wojnie domowej. Zwierzę ludzkie dokonało sublimacji przemocy: istnieje hegemonia informacyjna, przemoc ekonomiczna, nadzór elektroniczny…

 

Rozumiem, że gdy od 1989 r. odczuwaliśmy skutki globalizacji, „bolszewicki liberalizm” Balcerowicza, jak definiowała go prof. Staniszkis, deindustrializację i bezrobocie, przedstawiane jako cena za lata socjalizmu, była to wyłącznie kolonizacja będąca skutkiem wdrażania turboliberalnego programu maskowanego tylko opowieściami o budowie niepodległości?

 

Tak uważam. Sądzę, że powinniśmy przemyśleć do końca  nasze doświadczenie i wyciągnąć z niego wnioski. Polacy byli w latach 80. tamtego wieku zafascynowani Ameryką i uważali, że instalacja w Polsce turboliberalnego porządku rozwiąże nasze podstawowe problemy. Uważano, że kapitalizm zapewni nam szczęście i dobrobyt. Tymczasem – trzymając się naszej własnej historii – można zaryzykować twierdzenie, że ostateczną konsekwencją liberalizmu jest wojna: wojna powszechna wszystkich przeciwko wszystkim, toczona w każdej dziedzinie życia i rozpadająca się, rozpraszająca na miliardy lokalnych, partykularnych konfliktów.

 

Dlaczego tak się dzieje? Ten klasyczny kapitalizm był jednak łagodniejszy.

 

– Ma Pan rację. Turbokapitalizm w swojej nowej, zmutowanej i zwyrodniałej postaci różni się radykalnie od dawnego kapitalizmu. To jest zresztą powód, dla którego liberałowie (liberalni publicyści i komentatorzy) bredzą, próbując wyartykułować nowe interesy w dawnym języku i nazywając na przykład emancypacją różne mechanizmy oszukiwania i zniewolenia człowieka. Turbokapitalizm polega na tym, że obroty handlowe obejmują i wciągają w siebie te sfery rzeczywistości, które dawniej znajdowały się poza rynkiem, gospodarka wychodzi poza swoje naturalne granice, wsysając w siebie wszystko: religię i politykę, kulturę i naturę.  Proszę zauważyć, że najważniejszą dziedziną nowej ekonomii jest przemysł rozrywkowy.

 

 Hasło amerykańskiej prawicy spod znaku Samuela Francisa czy Pata Buchanana America First jako nowy mit narodu jako wspólnoty kulturowej, przyniosło zwycięstwo Trumpowi właśnie w sytuacji, gdy Amerykanie boleśnie odczuli skutki globalizacji: imigrację, wojnę kulturową i deindustrializację, chińskie zagrożenie. Już na początku lat 90. Francis uznał, że należy dążyć do obalenia władzy elity menedżerskiej i oprzeć ją na tej zakorzenionej i wywodzącej się klasy średniej.

 

– Widzimy postępującą zmianę w Ameryce. Republikanie stali się partią robotniczą. Ta zamiana miejsc i pomieszanie znaczeń – prawica mówi językiem dawnej lewicy – wciąż rozgrywa się jednak w ramach systemu. Więcej, jest w jakiś sposób generowana przez system. Nowy język (ten, który musimy stworzyć) powinien, po pierwsze, zrozumieć  naturę tego pomieszania, po drugie – w jakiś sposób poza nie wyjść, a przynajmniej wskazać drogę możliwego wyjścia.

 

Wspomniał Pan przed chwilą o kluczowej roli przemysłu rozrywkowego w globalnej gospodarce. To główne narzędzie kształtowania preferencji i wyborów ludzkich, także ekonomicznych i politycznych przez kulturę?

 

– Weźmy taki przykład: transeksualizm. To jest idea dawna, starożytne, chrześcijańskie pragnienie uwolnienia się od seksualności, wyzwolenia z ciała i ostatecznego zobojętnienia. Jezus Chrystus na obrazkach, których pełno jest na wsi polskiej, ma wyraziście kobiece rysy. Boehme i Oettinger –  których autorzy tych obrazków na pewno nie czytali, choć intuicyjnie kierowali się tamtym pragnieniem, tamto pragnienie w nich pracowało – nazywają to przezwyciężeniem, die Überwindung. Chrystus jest poza i ponad różnicą seksualną, jest seksualnie obojętny, dźwigając się ponad naturę. I teraz to religijne pragnienie, związane ze straszliwymi niebezpieczeństwami, poddane przez chrześcijaństwo dyscyplinie i kontroli – nie każdy nadaje się do klasztoru, nie każdy może się dźwignąć ponad własną seksualność – zostaje upowszechnione przez przemysł rozrywkowy i podsunięte dzieciom w okresie dojrzewania. Razem, dodajmy, z obietnicą przejęcia władzy nad własnym losem i decydowania o własnej naturze. Dzieciom w okresie dojrzewania zostaje zatem złożona oferta przebóstwienia: zobojętnienia i absolutnego panowania nad sobą. To jest w oczywisty sposób oferta bardzo atrakcyjna. Turbokapitalizm mówi językami religijnej emancypacji – to są języki radykalniejsze niż projekty oświeceniowe, które miały znieść jedynie pewne ograniczenia polityczne albo społeczne – a zarazem u podstaw tej nowomowy leżą interesy handlowe: rozbudzenie i zaspokojenie pragnień, sprzedaż marzeń, wreszcie lobby medyczne, handlujące hormonami i przeprowadzające te wszystkie operacje.

 

Rzeczywiście kapitalizm potrafi skonsumować nawet ideologię swoich wrogów. Ale religię także?

 

– Ta historia wydaje się prosta: rynek, kiedy już zaspokoił podstawowe ludzkie potrzeby, po likwidacji głodu i nędzy, zajął się potrzebami wyższymi konsumentów, ich pragnieniami metafizycznymi. I żebyśmy się dobrze zrozumieli: komercjalizacja religii nie jest tylko i wyłącznie progresywna albo liberalna. Msze na stadionach, teleewangeliści, uzdrowiciele z Afryki – cała ta mieszanina chrześcijaństwa i pogaństwa, która przybywa do nas z dawnych europejskich kolonii – także jest produktem turbokapitalizmu.

 

Dlaczego ten totalny rynek tak silnie polaryzuje wywołując niekończące się polityczne zimne wojny domowe? 

 

– Próbuję myśleć w porządku trójdzielnym, jestem wrońskianistą. Ta doktryna uczy, że rzeczywistość ma charakter binarny – to samo mówią skądinąd Heraklit i Chińczycy – byt składa się z przeciwieństw, a sztuka życia i myślenia polega na znalezieniu równowagi między ich biegunami.  Trzeba się odwołać do elementu trzeciego, który przekracza różnice i pozwala ustalić ich wzajemną harmonię. Jeśli tego elementu nie ma, system będzie permanentnie rozchwiany, generując konflikty i prowadząc do wojny. Turbokapitalizm także jest systemem antynomii. Można w nim zobaczyć próbę sprowadzenia całej rzeczywistości do prostych relacji handlowych: producent i konsument, sprzedawca i klient. Dawni filozofowie, Arystoteles i Fichte, rozumieli politykę jako grę wzajemnego uznania i szacunku. W turbokapitalizmie polityka staje się natomiast czymś na kształt transakcji handlowej: wy na nas zagłosujcie, a my wam w zamian za to coś załatwimy. Politycy i wyborcy powinni się kierować – taka jest wiara współczesnych liberałów – racjonalnością rynkową, mają bowiem wspólny interes (sprzedawca chce sprzedać, a klient kupić) i uznają te same wartości (nie istnieje między nimi konflikt wartości, uniemożliwiający wymianę). Ten projekt jednak na naszych oczach właśnie się kończy, dochodzi do swojego kresu, którym jest planetarna wojna domowa. Ten kres, warto to podkreślić, jest granicą wewnętrzną. Globalizacja nie napotkała zewnętrznego oporu, po upadku Związku Sowieckiego przyjęły ją i użyły dla swoich celów Chiny i Rosja, korzystając na wolnym handlu. Rosja prowadząc wojnę z Ukrainą, chce dalej sprzedawać Europie ropę i gaz. Wielkim przegranym globalizacji okazał się natomiast Zachód. Okazało się, że turbokapitalizm potęguje jego wewnętrzne sprzeczności: między bogatymi a biednym, metropolią i prowincją, kosmopolitycznymi elitami a miejscową ludnością.

 

Ale gdzie znajduje się suweren? Powszechnie każe się wierzyć, że jest nim lud, a więc wyborcy. Kto sprawuje władzę w tym globalnym świecie? Komisja Europejska, korporacje, Departament Stanu, ludzie spotykający się Davos?

 

– … więc właśnie Suwerena nie ma. Nie istnieje element trzeci, zewnętrzny i niezależny od różnic społecznych, do którego strony mogłyby się odwołać i który mógłby ustalić jakąś między nimi wyraźną granicę i względną równowagę. A jeśli elementu trzeciego nie ma, wtedy rozstrzyga siła. Władzę sprawuje silniejszy. Charakterystyczną cechą wyborów w krajach postdemokratycznych (ogarniętych zimną wojną domową) jest nieuznawanie przez elity wyniku wyborów, jeśli wygrywa je partia ludowa. Widzieliśmy to wyraźnie w Polsce po zwycięstwie Lecha Kaczyńskiego, a potem po roku 2015. To samo dotyczy też Trumpa. Demokraci są rozczarowani demokracją. Nie lubią ludu. W oczywisty więc sposób lud nie jest suwerenem. Lud z kolei jest rozczarowany elitami. Nie ma do nich szacunku. To jest bardzo ważna emocja, która w psychopolityce Zachodu poprzedza bezpośrednio wybuch zimnej wojny domowej, uczucie mocne w Polsce w latach dziewięćdziesiątych, do dziś zresztą obecne: „wszyscy kradną”, „wszyscy oszukują”, „wszyscy kłamią”. Słyszę w tych głosach rozczarowanie klientów, złość konsumentów na wadliwy towar podsunięty im przez nieuczciwych sprzedawców.

 

Upadek autorytetów, w tym Kościoła, sądów i inteligencji pozbawił nas ostatecznych instancji dających poczucie stabilizacji? Redagowany przez Pana „Kronos” upowszechnił ujęcie Pierre’a Legendre’a, który dostrzegł, że w zsekularyzowanej nowoczesności zewnętrzny autorytet ulatnia się. Że odcina ona człowieka od tego z czego ten wyrasta, więc ów Syn nie potrafi stać się Ojcem, a to w konsekwencji prowadzi do atrofii wszystkiego.

 

– Nie przypadkiem najważniejszym polem zimnej wojny domowej są sądy. Sędzia – znakomicie pokazał to właśnie Legendre – zajmuje miejsce trzecie, poza i ponad sporem między stronami w procesach cywilnych lub karnych. Jego niezawisłość pozwala ustalić między nimi jakąś miarę, czyli wprowadzić porządek sprawiedliwości. W trakcie zimnej wojny domowej to miejsce znika. Sędziowie stają się żołnierzami – używają wyroków, paragrafów i procedur, żeby unicestwić albo choćby tylko zdyskredytować przeciwników politycznych. Obie strony mają swoich sędziów i nie istnieje żaden arbiter niezależny, do którego można by się odwołać. Ta sytuacja dotyczy zresztą także wszystkich innych funkcjonariuszy społeczeństwa demokratycznego – dziennikarzy, aktorów, nauczycieli akademickich, pisarzy. Oni także są na froncie. To są różne rodzaje broni, którymi dysponują walczące armie.

 

Czy zimna wojna domowa przekształci się w gorącą?

 

To jest zasadnicze pytanie. Tego jeszcze nie wiemy. Mamy niewątpliwie do czynienia z sublimacją przemocy i z przesunięciem jej na wyższy, psychiczny albo wirtualny, poziom. Nie mogąc rozwiązać konfliktu na poziomie fizycznym, zwierzę ludzkie przenosi go na poziom duchowy – to jest jeszcze lekcja XIX wieczna. Ten wyższy poziom jest jednak nadal realny. W społeczeństwach ultranowoczesnych mamy do czynienia z wirtualnym pieniądzem, który oderwał się od swojej materialnej podstawy i przybrał formę cyfrową, a także, last but not least, z wirtualnym seksem, internetową prostytucją. Na tym poziomie – i tutaj potrzebujemy nowego języka – zostają jednak rozmyte albo zatarte granice między naturalnymi przeciwieństwami: fizycznym i duchowym, lokalnym i globalnym. Dotyczy to także wojny. Rozmywa się granica między wojną a pokojem, walką a negocjacjami, która jest konieczna dla rozdzielania stron konfliktu i ustalenia jakieś linii demarkacyjnej, chwilowego choćby zawieszenia broni. Konflikt jest permanentny, nie ma w nim żadnych trwałych zasad i nieprzekraczalnych granic. Zimna wojna domowa jest nową odsłoną wojny totalnej.

 

To samo dotyczy relacji międzynarodowych?

 

Tak – było to wyraźnie widać w konflikcie rządów PiS-u z Brukselą. Komisja zarzucała Polsce „łamanie praworządności” i blokowała fundusze pomocowe z tak zwanego KPO. W momencie, w którym do władzy wrócili liberałowie i zaczęli faktycznie łamać w Polsce prawo, Komisja nagle zamilkła. Ta historia jest filozoficznie bardzo pouczająca. Polityka – powtarzam – przekształca się w turboliberalizmie w negocjacje handlowe. Stosunki między Imperium a Prowincją mają charakter biznesowy: prowincja płaci daniny, a stolica przyznaje jej granty i wprowadza konieczne regulacje celne. Te negocjacje, nie mając żadnej zewnętrznej sankcji i ograniczeń, zamieniają się jednak szybko w grę dominacji, w której silniejszy może bezkarnie łamać wszelkie reguły. Zaciera się nie tylko różnica między wojną a pokojem. Obrona praworządności wymaga łamania prawa; trzeba wprowadzić cenzurę w internecie, żeby zagwarantować wolności obywatelskie;  zmusza się ludność do masowych szczepień – których skutki są nieznane – żeby bronić jej zdrowia. To rozmywanie się granic jest niesłychanie niebezpieczne. Człowiek potrzebuje granicy. To jest jakiś pierwotny, naturalny odruch, wynikający ze zwierzęcej potrzeby posiadania własnego terytorium i najprostszej orientacji w otoczeniu.

 

Jest Pan przekonany, że za logiką mechanizmów rynku i ekonomią nie stoją żywi ludzie, nie zawsze racjonalni śmiertelnicy, ale sprawujący realną władzę, podejmujący decyzje w kręgach nawet wąskich oligarchicznych elit? 

 

– Widzimy pewne regularności, niezależne od ludzkich charakterów i jednostkowych decyzji. To samo (albo mniej więcej to samo) dzieje się w Polsce, we Francji i w Stanach Zjednoczonych, a nawet – w dalekich Indiach. Staram się na to patrzeć z boku i uchwycić konieczności systemu. To jest zresztą najważniejsze z naszych ostatnich doświadczeń: PiS przejęło władzę, rządziło osiem lat i nic się właściwie nie zmieniło. Partie ludowe przyjmują reguły gry. W Polsce premierem został księgowy. Proszę zresztą spojrzeć na Trumpa. Ten przeciwnik systemu jest zarazem jakąś komiczną figurą, ucieleśnieniem amerykańskiego kiczu, karykaturalnym produktem kapitalizmu. Oczywiście – powie pan – inaczej nie można, partie antysystemowe muszę respektować pewne zasady. Więc ja się zgadzam i pytam, co to są za zasady, jaki jest ich ostateczny sens? Nie uważam też, żeby rządził nami determinizm ekonomiczny, lecz raczej pewna logika Ducha i dynamika transgresji. Ekonomia przekroczyła swoje dotychczasowe granice i w tym przekroczeniu – dlatego zacząłem od globalizacji – jest jakiś głębszy, eschatologiczny, religijny poniekąd wymiar. Ludzie Zachodu mają w swojej duchowości bardzo głęboko zakorzeniony wewnętrzny imperatyw nakazujący im przekraczanie granic, łamanie miary, ekspansję. To jest pytanie: dlaczego to właśnie Europejczycy dotarli do Chin, dlaczego Anglicy zdobyli Indie, a nie na odwrót?

 

W Chinach nawet w spektakularny sposób zaciągnięto hamulec, co pokazuje historia admirała Zheng He. Gdy pojawiły się możliwości eksploracji świata zewnętrznego i osiągnięcia dominacji, Chiny oddały pole Zachodowi kierując się do owego Środka. Dlaczego to Europejczyk jest kolonizatorem i zdobywcą? 

 

– Odpowiedzi jest wiele, ale najgłębszą daje historia filozofii. Otóż mądrość dawnych Chińczyków – podobnie jak filozofia starożytnych Greków – polega najogólniej rzecz biorąc na dostosowaniu się do Natury. Trzeba rozpoznać porządek rzeczy i odnaleźć w nim własne miejsce. Arystoteles nazywał to szczęściem. Zasadnicza zmiana nastąpiła w Europie za sprawą chrześcijaństwa. Chrześcijaństwo uczy, że należy odrzucić naturę i ją przekroczyć. Taki jest sens nauki o grzechu pierworodnym: natura, mówi Kościół, jest zepsuta i dlatego Chrystus musiał umrzeć na Krzyżu. Nietzsche nazywał to nihilizmem. Twierdził, że chrześcijaństwo jest nihilizmem, u jego podstaw jest złożone – trafne skądinąd – rozpoznanie grozy i potworności życia, które jest czymś nie do przyjęcia. Nietzsche chciał afirmacji życia i odwrócenia tamtej rozpaczy w nihilizm twórczy. Jeśli potrafimy odrzucić naturę, możemy także tworzyć, nie mamy tu żadnych ograniczeń. Genialnym pomysłem Heideggera, ale też braci Jüngerów,  było rozpoznanie, że to określenie nihilizmu – nihilizmu twórczego – najpełniej realizuje technika, która chce narzucić przyrodzie własne reguły. Ona nie naśladuje przyrody. Ona ją przerabia. Wrócę do globalizacji. Nowoczesna technika powstaje w XVII wieku. Umożliwia i napędza ekspansję kolonialną. Obok – to jest kolejna oczywistość – chrześcijaństwa, jego rzymskiego uniwersalizmu i papieskiego imperializmu.

 

Ale kieruje nimi też interes handlowy.

 

– Oczywiście. I to pozwala nam na nowo odczytać Nietzschego, Heideggera i braci Jüngerów. Ci ostatni krytykowali Marksa, uważając, że technika jest ważniejsza od ekonomii, że logika władzy i panowania góruje nad logiką zysku. Tymczasem pod koniec XX wieku, za sprawą rewolucji cyfrowej, technika i rynek zlały się w jedno, stworzyły jedno monstrualne ciało. Dzisiaj to kapitalizm jest nihilizmem.

 

Ale – jak rozumiem ten nihilizm traci swoją twórczą siłę. Jedynie przetwarza, niweluje, wyjaławia?

 

– Turbokapitalizm chce wszystko spieniężyć i włączyć do obrotów handlowych. Mamy do czynienia z takimi fenomenami, jak  „przemysł turystyczny” na przykład. Wszystko staje się elementem wymiany rynkowej, tracąc swoją odrębność, substancjalność i samoistność. W ten sposób kapitalizm  wszystko podważa, czyni wszelką rzeczywistość (każdą wartość i wszelkie dobro) czymś względnym i bezpodstawnym. Ta techno-ekonomiczna maszyna – i tu wracamy do Nietzschego – ma zarazem głęboki sens religijny. Kapitalizm, to jest oczywistość, niesie ze sobą obietnicę przekroczenie ludzkiej kondycji, wyzwolenia od cierpienia, hedonistycznego raju na ziemi. Ta historia znowu jest prosta: celem ekonomii przestało być zaspokojenie ludzkich potrzeb, znalezienie przez człowieka równowagi i harmonii. Ta ostatnia, jak wiadomo, wymaga ograniczenia. Celem ekonomii stało się bogactwo, którego zawsze jest za mało, bo zawsze jest za mało pieniędzy… Życie rolników w Indiach albo Pakistanie, ale też egzystencja ubogich Polaków i Litwinów okazały się pod koniec tamtego stulecia czymś pozbawionym wartości. Stąd masowa migracja – kolejny przejaw turbokapitalistycznego nihilizmu – masowy exodus Polaków do Anglii i życie na tym globalnym śmietniku…

 

Im bardziej rośnie globalizacja, tym więcej społeczeństw próbuje odtworzyć swoją specyfikę. Czy nacjonalizmy czeka nieuchronny renesans w realiach które Pan opisuje, a więc globalnego rynku, szybkich transferów, podróży, alokalności, kosmopolityzmu, miltikulturalizmu, płynnej globalizacji, indywidualizmu?

 

– Polacy są coraz bardziej rozczarowani Europą. Nie tylko jej instytucjami politycznymi, ale –  uważam – także jej duchowym kształtem. Powinniśmy domyśleć to rozczarowanie do końca i znaleźć na koniec – samych siebie. Jeśli Europa upada mocą własnej, wewnętrznej dynamiki, to tylko w nas samych, we własnej odrębności, możemy szukać ocalenia. To jest kolejny punkt, w którym – jak pan widzi – różnię się od konserwatystów. Nie zamierzam bronić tradycji europejskiej. Uważam, że sprawa jest przegrana. Jeśli chrześcijaństwo w Polsce przetrwa, to nie dlatego, że jest tworem europejski, ale – przeciwnie – ponieważ zawiera w sobie, jest od wewnątrz podszyte, jakąś inną, tutejszą, lokalną duchowością. Tak twierdził Trentowski. O tym jest jego Bożyca. W polskim katolicyzmie – uważał – słychać jeszcze echo religijności dawnych Słowian…  Trentowski jako pierwszy myślał o Polsce poza Europą, w każdym razie w taki sposób można go przeczytać.

 

Można powiedzieć: słowiańszczyzna przeciw nowoczesnemu światu?

 

– Ująłbym to ostrożniej. W chwili katastrofy – rozpadu świata – kiedy zostaje zerwana ciągłość tradycji, rzeczywistość wraca do początku, do tego, co jest najprostsze i odwieczne. Dzieje zakreślają kształt koła. W podobnej sytuacji byli Mochnacki i Trentowski. Oni także widzieli rozpad świata i myśleli o tym, co pozostaje, a co może być zaczynem jakieś innej przyszłości. W porównaniu z nimi jesteśmy w znacznie lepszej sytuacji. Oni widzieli koniec Królestwa Polskiego, my patrzymy jednak ciągle na Europę z zewnątrz. Ale szukając nowego języka, musimy wrócić do ich pytania.

 

Dziękuję za rozmowę.

Udostępnij
Kategoria
Czytaj także

Paweł Bielawski: Seks, seksualność i rodzina oczami archeofuturysty. Perspektywa Guillaume’a Faye’a

Nie ulega wątpliwości, że lewica narzuciła swój język w sferze seksualności i obyczajowości z nią związanej, np. „heteronormatywny”, „cis” itd. Prawica natomiast, pełna pruderii, wydaje się być w tej sytuacji zupełnie poza swoją strefą komfortu. Prawica lubi wypowiadać się o Kościele, religii, ale jak dochodzi do tematu seksu i seksualności, to wydaje się, że pełna zażenowania spogląda na księdza z nadzieją aprobaty i wstydzi się cokolwiek powiedzieć. Lewica natomiast, skwapliwie z tego korzysta, narzucając swoją narrację właściwie bez żadnego oporu, nie licząc okazjonalnych pomruków niezadowolenia z prawicowej strony.

„Komunizm jak i kapitalizm były dla Ottona Strassera systemami przesiąkniętymi egoizmem.” – wywiad z dr. Tomaszem Kosińskim, autorem pierwszej polskiej monografii o założycielu “Czarnego Frontu”.

Związek Sowiecki przed II wojną światową jak i po tej wojnie był traktowany przez Ottona Strassera jako zagrożenie dla Niemiec jak i Europy. Stąd promował ideę budowy zjednoczonej Europy jako przeciwwagi dla ZSRS przed drugą wojną światową oraz jako trzeciej siły między USA a ZSRS po zakończeniu tego konfliktu.

David Engels

Przeciw agonii Europy – rozmowa z prof. Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności i pracownikiem Instytutu Zachodniego w Poznaniu

Walka między dobrem a złem toczy się wiecznie i nie zostanie rozstrzygnięta aż do dnia ostatecznego. Dlatego musimy uważać, by nie obarczać naszej walki o zachodnią cywilizację nadmiernymi eschatologicznymi nadziejami. Uważam, że rzeczywiście będzie możliwe doprowadzenie naszej cywilizacji do ostatecznej syntezy, która opiera się na racjonalnym powrocie do tradycji, ale ta synteza będzie jednocześnie punktem końcowym naszego rozwoju kulturalnego – po niej mogą powstać inne kultury, a walka w sercu każdego człowieka będzie trwała dalej, jednak „wielki organizm” Zachodu zostanie „zamknięty”.