Kanonada Narodowego Romantyzmu

wersja beta

Roch Witczak: OAS – historia pewnego szaleństwa

OAS

Roch Witczak: OAS – historia pewnego szaleństwa

Udostępnij

Obłęd ’61

Niewątpliwie krótka, ale bardzo dramatyczna historia Organizacji Tajnej Armii jest historią szaleństwa. Był to obłęd w pewnych aspektach piękny i nawet porywający, w innych zaś odpychający – ale zawsze niezwykły w swym oderwaniu od realiów. W każdym razie tak można to oceniać z dzisiejszej perspektywy.

Szaleństwo OAS nie było może implicite związane z ogólnymi celami, jakie stawiała sobie Organizacja – ale przeniknęło praktyczną realizację tych zamierzeń. OAS chciała bronić Algierii Francuskiej, co w jakiejś mierze dałoby się uzasadnić z perspektywy realizmu politycznego – przynajmniej jeśli Organizacja przedstawiłaby alternatywny model rozwiązania palącego konfliktu algierskiego, inny niż proste „niech zostanie, jak było”. Problem w tym – i to już było pięknym szaleństwem – że OAS chciała zatrzymać czy nawet zawrócić bieg dwudziestowiecznej historii, który dość nieuchronnie zmierzał w stronę (niechby i nawet sterowanej przez Sowietów, nic na to nie poradzimy) emancypacji tzw. narodów trzeciego świata, a zatem – w kierunku dekolonializacji.

 

OAS marzyła jednak o tym, by w tym zmieniającym się świecie przynajmniej Francja pozostała imperium w starym stylu – kolonialnym mocarstwem, w którym egzotyczne, zamorskie terytoria odbierają promieniowanie kulturowe europejskiej metropolii. Indochiny były już oczywiście stracone, niepodległość uzyskiwały kolejne państwa Wspólnoty Francuskiej (jak Czad czy Madagaskar) – ale perełką tego rozluźniającego się konglomeratu pozostawała Algieria. Algieria, co do której podkreślano, że nie jest kolonią, ale częścią Francji – częścią ojczyzny, ale i ojczyzną dla wielu francuskich kolonistów, tzw. pieds-noir (czarnych stóp, kolonów).

 

Była to poniekąd prawda, bo rzeczywiście Europejczycy stworzyli w Algierii coś w rodzaju własnej kultury i specyfiki życia. Było to zresztą przez długi czas życie dość wesołe, toczące się leniwie wśród kafejek Algieru i Oranu tudzież w posiadłościach ziemskich, jak farma Roberta Martela, słynnego „szuana z Mitidja”[1], czołowego ultrasa Algerie Francaise.

 

Nad tym życiem pojawiły się jednak czarne chmury, a z nich runęła ulewa w postaci fali potwornego terroryzmu, rozpętanego w latach 50-tych przez Front Wyzwolenia Narodowego (FLN) – tyleż muzułmański, co nacjonalistyczny i marksistowski.

 

Raj utracony

OAS wyobrażała sobie, że wystarczy pokonać, zmiażdżyć i rozproszyć FLN, by wszystko wróciło do normy[2]. W gruncie rzeczy OAS, wbrew częstym pogłoskom i nieporozumieniom, nie reprezentowała co do zasady postawy antymuzułmańskiej, anty-arabskiej czy tym bardziej rasistowskiej. Przeciwnie – życzyła sobie uformowania przyjaznych stosunków z ludnością, która stanowiła w Algierii większość. Ba, kiedy zlikwidowano dwóch dysydentów z OAS, Leroya i Villarda, to nie tylko za samowolne podejmowanie rozmów z władzami[3], ale i za postawę segregacji rasowej wobec ludności arabskiej czy też islamskiej. Nawet jeśli był to tylko dodany naprędce pretekst, to i tak pokazuje on oficjalny kierunek OAS. Mógł on odbiegać od tego, co robiły masy organizacyjne, niemniej wypada przytoczyć fragment z odezwy, jaką w pirackim wydaniu „Echa Oranu” opublikował sam generał Jouhaud: „Rasizm jest przyczyną wojny. Potępiamy każdy rasizm i wszystkie incydenty pomiędzy obiema wspólnotami. (…) Chcemy i żądamy przyśpieszonej emancypacji społecznej muzułmanów oraz pełnej równości w prawach i obowiązkach. Akceptujemy wszelką decentralizację regionalną, która zezwalałaby na dostosowanie prawa do lokalnych odrębności”[4].

 

Można jednak podejrzewać, że w praktyce owe dobre relacje byłyby oparte na zasadach paternalizmu, jak to zwykle bywa w takich przypadkach. Ostatecznie apartheid w RPA (jakkolwiek przesadą byłoby porównywanie sytuacji obu krajów) też formalnie służyć miał wydobyciu na światło dzienne tego, co najwartościowsze we wszystkich rasach, by mogł współistnieć pokojowo. OAS nie marzyła jednak o apartheidzie, a raczej o tym, by ludność muzułmańska mogła zmierzać ku stopniowej emancypacji, opartej na dominacji Francji i silne związki z metropolią. Te marzenia dobrze zobrazował Vladimir Volkoff w powieści „Oprawca”[5], gdzie takimi zjednoczeniowymi wizjami żył główny bohater, młody oficer armii francuskiej (który jednak nie przystąpił do OAS, choćby z tego powodu, że wtedy odsiadywał już wyrok więzienia za stosowanie tortur wobec pojmanego).

 

Dobrym przykładem pewnych paradoksów, jakie rozgrywały się wówczas w trójkącie FLN – OAS – Metropolia, są losy człowieka nazwiskiem Remy Madoui[6]. W roku 1955 jako młody Algierczyk wstąpił do FLN. Aż do roku 1960 brał udział w rozmaitych akcjach tego ugrupowania. Jak sam przyznaje: „Byłem świadkiem tortur, torturowano na mój rozkaz – i sam byłem torturowany”[7]. Madoui padł jednak ofiarą wewnątrzorganizacyjnej czystki – i właśnie do tego faktu odnosi się trzecia część cytowanego zdania. Madoui uważa, że w tym czasie we Froncie górę wzięły środowiska ekstremistów, oddalające się od pierwotnych założeń rebelii. To właśnie takie środowiska, posługując się organizacyjnym kontrwywiadem, rozpoczęły eliminowanie części aktywistów – głównie intelektualistów i arabskich studentów, którzy zaciągnęli się do FLN po bitwie o Algier. Sam Madoui przez ponad dwa tygodnie był więziony i brutalnie przesłuchiwany pod zarzutem szpiegostwa, po czym udało mu się uciec. Dotarł do francuskiej bazy wojskowej i zaciągnął się do armii, tym razem podejmując walkę przeciwko FLN. Wkrótce dosłużył się stopnia porucznika, ale w marcu 1962 roku, gdy było już jasne, że rząd francuski odda władzę w Algierii skrajnej frakcji FLN, Madoui zdezerterował i przystąpił do OAS. Jego aktywność w Tajnej Armii nie trwała długo, bo już 1 kwietnia został schwytany. Osądzono go we Francji. Więzienie opuścił dopiero pod koniec stycznia 1965 roku. Wyjechał do USA, gdzie ukończył studia i podjął pracę w wielkiej korporacji jako specjalista od marketingu i rozwoju biznesu. Jest autorem książki „J’ai été fellagha, officier français et déserteur” (« Byłem powstańcem, francuskim oficerem i dezerterem »).

 

Paradoksalnie więc to de Gaulle reprezentował nacjonalizm i koncepcję monoetnicznego państwa narodowego, podczas gdy OAS występowała jako rzeczniczka wielokulturowego imperium. Czy ten program miał sens? Otóż był na swój sposób piękny, ale wydaje się, że kolejne dekady wystarczająco go sfalsyfikowały – dość spojrzeć na rozrost populacji ludów Maghrebu w krajach współczesnego Zachodu i wszystkie tego negatywne skutki, dość spojrzeć na absolutnie konfrontacyjną, wrogą, a w najlepszym razie obojętną postawę muzułmanów wobec społeczeństw, które ich przyjęły.

 

Fakt, że w wydaniu OAS owa polityka paternalizmu i wielokulturowości, gdyby w ogóle udało się ją podjąć, byłaby realizowana przez – ogólnie rzecz ujmując – siły prawicy (bo też i OAS zasadniczo lokowała się po tej stronie), ale czy naprawdę byłoby to wystarczającą zaporą przeciw islamizmowi, terroryzmowi i podziałowi społeczeństwa? A trzeba pamiętać, że w koncepcjach utrzymania imperium szło nie tylko o Algierię Francuską, ale o jedną, wielką Francję – od Tamanrasset do Dunkierki, jak głosił znany slogan. Ultrasi sądzili, że ludność miejscową można albo pozyskać urokiem Francji, albo – w najgorszym razie – spacyfikować żelazną siłą. Jedno i drugie jawi się dziś jako mniejsze czy większe szaleństwo.

 

Oko monokla i paryskie noce

Szaleństwem była też inna koncepcja OAS – a mianowicie taka, że przeniesienie walki do metropolii umożliwi pozyskanie sympatii wśród społeczeństwa poprzez rozpaczliwe zwrócenie uwagi na tragedię rozgrywającą się w Algierii. A niewątpliwie była to tragedia – zamachy i strzelaniny na ulicach Oranu czy Konstantyny były normą, w czasie kilkuletniej wojny z FLN zginęły setki tysięcy ludzi, głównie muzułmanów, zaś sam FLN stosował metody, które ze względu na poziom okrucieństwa porównywać można z wyczynami ustaszy czy UPA. Nad społecznością kolonów wisiało widmo rychłej ewakuacji, a więc opuszczenia swej faktycznej ojczyzny – bo do tego zmierzała polityka de Gaulle’a. W istocie generał nie tyle chciał rozwiązać konflikt algierski (jak twierdzą jego entuzjaści), ile raczej pragnął pozbyć się tego problemu. Chciał odciąć balast, godząc się na wysoką cenę, byle tylko nastąpiło to szybko[8].

Postawa de Gaulle’a nie była oczywiście chwalebna i trudno dziwić się reakcji OAS. Można jednak dziwić się naiwnej wierze szefostwa OAS – a przecież dużą część kierownictwa stanowili doświadczeni oficerowie – w to, że rozszerzenie akcji na teren metropolitalny cokolwiek zmieni. OAS nie miała rzecz jasna tyle siły, by całkowicie zastraszyć społeczeństwo lub totalnie sparaliżować porządek społeczny, nawet jeśli częściowo udawało jej się to w Afryce. Z drugiej strony, tym bardziej nie miała tyle siły przebicia, by pozyskać dla swej sprawy dużą (niekoniecznie nawet większościową) część narodu.

To były inne kraje. Koloni w Algierii Francuskiej żyli tam od dobrych kilku pokoleń, tworzyli odrębną społeczność. W dodatku wielu z nich tak naprawdę nie miało pochodzenia francuskiego – Algieria bowiem stała się miejscem, do którego zdążali w swoim czasie Europejczycy z różnych państw. Dobrze obrazują to choćby nazwiska niektórych czołowych figur samej OAS: Perez, Susini, Schliederman, Dovecar (Chorwat), Rizza, Mancilla, Kayanakis, Ortiz, Muzzati czy Lopez. Żołnierze Legii Cudzoziemskiej albo też potomkowie Hiszpanów czy Włochów, którzy osiedlili się w Algierii.

Podczas referendów w sprawie przyszłości Algierii zarówno metropolia, jak i sama Algieria wypowiedziały się (biorąc pod uwagę kryterium demokratyczne) za niepodległością. Pierwsze głosowanie odbyło się 8 stycznia 1961 roku. W metropolii za samostanowieniem Algierii padło 15,2 mln głosów (75,3 proc. głosujących), w samej Algierii 1,75 mln głosów (69,5 proc.). Ogólna frekwencja wyniosła, według władz, ponad 92 proc.

Drugie referendum odbyło się 1 czerwca 1962 roku, już po ugodzie w Evian (pomiędzy gaullistami i FLN) – i dotyczyło ono akceptacji tej ugody. Pytanie brzmiało tak: „Czy chcesz, aby Algieria stała się niepodległym państwem, współpracującym z Francją na warunkach określonych w deklaracjach z 19 marca 1962 roku?”. Tym razem głosowano już tylko w Algierii. Podano następujące wyniki: frekwencja 91,9 proc., za niepodległością 5,97 mln głosów (99,7 proc.).

Wracając do metropolii, to tamtejsi Francuzi byli już zmęczeni wojną, choć OAS wolała to widzieć tak, jak i u nas przez lata prawica postrzegała kondycję społeczeństwa. To znaczy, by przypomnieć hasło uwiecznione na jednym z murów: „media obrzezały wyborcom mózgi”. Cóż, nawet jeśli tak było, to serie eksplozji wywoływanych przez OAS z niezwykłą intensywnością w Paryżu (i nie tylko) nie były najlepszą metodą odwrócenia tego procesu. W Algierii OAS miała posłuch i potencjał (oczywiście wśród pieds-noir i być może harkis), w metropolii była szaleństwem.

W pewnym sensie OAS nie miała kogo atakować w metropolii. Oczywiście, zawsze byli komuniści, liberałowie czy kontynentalne komórki FLN, o de Gaulle’u i innych dostojnikach nie wspominając – ale trudno znaleźć dobrą podkładkę pod setki nocnych eksplozji plastiku, które może nie były zbyt groźne dla życia obywateli (nie miały być), ale które polegały na niezrozumiałym niszczeniu budynków, pojazdów i innej własności. Choć miało to w pewnej mierze  wymiar quasi-skautowski, niczym nasza szkoła 'małego sabotażu’, to jednocześnie było krzykiem rozpaczy, zresztą bezskutecznej. A więc było to szaleństwo, szczególnie po wydarzeniach takich jak słynne okaleczenie (przypadkowe) małej dziewczynki odłamkiem bomby czy wykolejenie pociągu na linii Strasburg – Paryż (nawet jeśli za tym drugim aktem miałyby stać służby specjalne, jak niektórzy twierdzą). Te zresztą ekscesy z natury rzeczy wykraczały już poza młodzieńczą zabawę w petardy i graffiti.

Wojna rewolucyjna

To dobry moment, by przejść do kolejnego aspektu obłędu. Oto bowiem widzimy kadrę znakomitych oficerów francuskich – ludzi wykształconych, praktyków i teoretyków w jednym, nierzadko synów szlachetnych i zasłużonych rodów, ludzi, dla których naturalnym środowiskiem była wojna w mundurze i pod sztandarem państwa[9]. Salan, Gardy, Gardes, Degueldre, Chateau-Jobert, Le Pivain, Jouhaud, Vanuxem, Sergent, Argoud, Lacheroy, Curutchet i wielu innych – o nich tu mówimy. I oto nagle ci ludzie dochodzą do etapu tak krańcowego, że decydują się na wszczęcie wojny w formacie nawet nie partyzantki[10], ale partyzantki miejskiej, terroryzmu, wojny rewolucyjnej[11].

Metodą walki stają się punktowe zamachy na osoby nie biorące w danej chwili udziału w starciach, a może nawet w ogóle stojące poza przemocą i zajmujące się działalnością ideologiczną czy propagandową. To choćby casus rozstrzelania sześciu pisarzy i nauczycieli algierskich w Centres sociaux éducatifs, który zresztą Jean-Jacques Susini po latach określił jako błąd[12]. Do tego mamy liczne eksplozje ładunków wybuchowych, często służące jedynie (jak w metropolii, ale nie tylko) zastraszeniu czy zwróceniu na siebie uwagi. Wreszcie w skrajnych przypadkach dochodzi do ataków typowo terrorystycznych, takich jak działania lojalistów ulsterskich w Belfaście kilkanaście lat później – tzn. do ostrzeliwania przypadkowych przechodniów, tyle że muzułmańskich.

W jakiejś mierze twórcy OAS czerpali tu z praktyk FLN i innych ruchów lewackich (uznając najwidoczniej, że ekstremalne okoliczności domagają się ekstremalnych odpowiedzi). Dobrym świadectwem tego pozostaje słynna Instrukcja nr 29[13] generała Salana, w której wprost nakazuje się prowadzenie ustawicznego, niezapowiedzianego ostrzału pojazdów policji, wojska i żandarmerii rządowej, jak też i eliminowanie elit społeczności muzułmańskiej, np. przedstawicieli wolnych zawodów, uważanych za największą podporę intelektualną (i nie tylko) lewicowego FLN. Celem – tak w Algierii, jak i na kontynencie – ma być (czego Salan w żadnym razie nie ukrywa) totalny paraliż aparatu państwowego, uniemożliwienie rządowi wykonywania swych funkcji. Jedną ze ścieżek ma być też ustanawianie stref insurekcji, w których faktyczną władzę będzie sprawować OAS. Znów przywodzi to na myśl realia Irlandii Północnej w okresie 'Troubles’.

Naturalnie ta strategia nie przyniosła powodzenia. Skala możliwości OAS była zbyt mała. A jednocześnie pogłębiono tylko rozłam pomiędzy społecznościami francuską i muzułmańską w Algierii (naturalnie ta muzułmańska też miała swoje podziały, choćby na Kabylów i Arabów, ale to inna sprawa). Walka, która miała być wspólnym bojem o paternalistyczne, wielonarodowe imperium – coraz bardziej stawała się starciem rasowo-etnicznym. Dochodziło do masakr i odwetów na ulicach, pogłębiał się chaos, a na koniec OAS uznała, że skoro Algerie Francaise nie da się zachować, to należy oddać tę ziemię taką, jaką zastali ją francuscy żołnierze w 1831 roku. Rozpoczęła się więc ostatnia, obłędna kampania dewastowania szpitali, szkół, fabryk, budynków portowych, samochodów itd. Podpalono wielkie szyby naftowe. Koloni, którzy mieli już za chwilę opuścić Algierię, za zachętą OAS niszczyli dobytek (którego i tak nie mogli ze sobą zabrać). Na ulicach płonęły meble i pamiątki rodzinne[14].

CNR jako francuski „rząd londyński”?

OAS, jak pisaliśmy, próbowała zatrzymać i cofnąć historię. Tyczyło się to jednak nie tylko przetrwania imperium, ale też i powrotu do wydarzeń sprzed raptem kilkunastu (wówczas) lat. Oto bowiem oficerowie OAS – co również z perspektywy czasu jawi się jako romantyczny obłęd – postanowili odtworzyć to, czego nauczył ich sam de Gaulle (wielu z nich było w czasie wojny po stronie Wolnych Francuzów), tym razem kierując to przeciwko niemu. Innymi słowy, podjęto próbę sformowania – blisko dwie dekady po wojnie – nowego Resistance i nowych maquis. Jawnie odwoływano się do tych wzorców: powstała więc nie tylko druga Tajna Armia, ale i druga Narodowa Rada Oporu (CNR). Co więcej, na jej czele stanął człowiek, który był też liderem pierwszej, gaullistowskiej CNR – czyli Georges Bidault. Inna rzecz, że Bidault, choć niewątpliwie należał do w CNR roku 1962, to jednak odżegnywał się potem od bezpośrednich związków z samą OAS.

Tak czy inaczej, były to projekty niezwykłe – tajne państwo, podziemne sądownictwo, rząd na uchodźstwie. Wszystko to we Francji lat 1960 – 1963, rządzonej przez de Gaulle’a, w miarę stabilnej, osadzającej się stopniowo w rodzących się strukturach europejskich, należącej do NATO. W tych realiach garstka oficerów, wraz z radykalnymi działaczami studenckimi i mieszczanami Oranu czy Algieru, broniącymi swego stanu posiadania, postawiła wszystko na jedną kartę. Ryzykowali – zwłaszcza oficerowie, często będący już w sile wieku – reputacją, karierą, wolnością, zdrowiem i życiem. Do roku 1965 dokonano wszak około dziesięciu tysięcy aresztowań w związku z podejrzeniem działalności w ramach czy wokół OAS. Wydano, jak podaje organizacja ADIMAD, zrzeszająca weteranów OAS, około 3300 wyroków[15]. Z obszaru samej kadry oficerskiej do więzienia trafiło blisko pół tysiąca osób. Ogłoszono wiele wyroków śmierci in absentia. Objęły one  m.in. takie osoby jak pułkownik Yves Godard, pułkownik Chateau-Jobert, kapitan Pierre Sergent, a także cywilny aktywista Joseph Ortiz. Wykonano cztery wyroki śmierci przez rozstrzelanie. Zginęli w ten sposób Roger Degueldre (legendarny szef Commando Delta), Claude Piegts i Albert Dovecar (dwaj 'delta’, dezerterzy z armii francuskiej, którzy wykonali wyrok na prześladowcy OAS, komisarzu policji Gavourym) oraz oczywiście Jean-Marie Bastien-Thiry, organizator słynnego zamachu na de Gaulle’a w Petit-Clamart.

Naturalnie wielu członków Organizacji zginęło w boju, z rąk partyzantów FLN czy funkcjonariuszy służb francuskich. Od policyjnych kul padli np. Jean de Brem czy kapitan Philippe Le Pivain[16]. Co więcej, władze Francji powołały specjalne, tajne (przynajmniej w zamierzeniu) oddziały do likwidacji OAS, tzw. barbouzes, złożone m.in. z różnego rodzaju przestępców, wyrzutków i zwyrodnialców, ale też i profesjonalnych agentów. Oddziały te walczyły z OAS jej własnymi metodami – poprzez zamachy bombowe, porwania i punktowe eliminacje. Nawiasem mówiąc, OAS w spektakularny sposób zniszczyła główną siedzibę barbouzów (willę, która była ich kwaterą) – podkładając ładunek bombowy do zamówionej wcześniej maszyny drukarskiej, która miała posłużyć kopiowaniu ulotek wymierzonych w Tajną Armię. Willa 'Andrea’ została obrócona w gruzy, zginęło 19 agentów.

Oczywiście wszystkie chyba wyroki na działaczy OAS (tj. wyroki więzienia i niewykonane wyroki śmierci) zostały ostatecznie objęte kolejnymi amnestiami. Trudno się jednak dziwić władzom Francji i samemu de Gaulle. Byłby to zaprawdę niezwykły widok – wytracić grupę wysokiej klasy oficerów, a resztę trzymać bez końca za kratami. Co więcej, okazali się oni potrzebni w roku 1968, w czasie lewackich zamieszek studenckich.

De Gaulle zresztą, trzeba mu to przyznać, w jakiejś mierze rozumiał racje OAS czy przynajmniej emocje targające tymi ludźmi (jak też i czterema generałami, którzy w 1961 roku wszczęli nieco operetkowy pucz w Algierze; dwóch z tych generałów, Salan i Jouhaud, zasiliło potem OAS). Miał podobno powiedzieć, że w innych okolicznościach sam mógłby znaleźć się w OAS i wystąpić przeciw państwu – ale tym razem to on był państwem.

(Dez)organizacja

OAS starała się sprawiać wrażenie organizacji spójnej, silnej i sprawnie działającej – o czym świadczyły choćby takie hasła jak słynne „OAS uderza tam, gdzie chce – i kiedy chce”. W praktyce jednak funkcjonowanie Organizacji znaczone było pomyłkami, błędami w komunikacji, osobistymi ambicjami i rozbieżnymi planami politycznymi. Wspominaliśmy wyżej o eliminacji Leroya i Villarda[17]. Ale były też inne, równie problematyczne kwestie. Na przykład Salan nie był w stanie kontrolować poczynań oddziałów Delta – zdarzyło się dwa razy, że w ramach akcji OAS wysadzono ten sam muzułmański garaż położony naprzeciw ówczesnej kryjówki generała, co skończyło się dwukrotnym stłuczeniem szyb w jego kwaterze. Z kolei po egzekucji Williama Levy, generalnego sekretarza Partii Socjalistycznej w Algierze, rozgniewany Salan napisał osobisty list do szefa tej partii, Guya Moleta, wyjaśniając, że odcina się od tego kroku, a odpowiedzialność spoczywa na jednostkach wykazujących się niesubordynacją. Wyrok na Levy’ego został anulowany na tydzień przed akcją – ale egzekutorzy albo tego nie wiedzieli (co źle świadczy o komunikacji w ugrupowaniu), albo niezbyt ich to interesowało (co jeszcze gorzej świadczy o dyscyplinie). Na niekontrolowaną przemoc ze strony „Deltas” utyskiwał również generał Jouhaud.

W ogóle zresztą istniały dwa rywalizujące ze sobą kierownictwa OAS[18] – gałąź madrycka (Lagaillarde, Ortiz, Lacheroy, Argoud), silnie optująca za przeniesieniem walki na teren metropolii; – i gałąź algierska (Salan, Jouhaud, Susini, Perez). W metropolitalnej OAS nie było jasne, kto właściwie kieruje poczynaniami Organizacji. Z jednej strony był Sergent, który próbował ograniczać akcje do niezbędnego minimum, z drugiej – Andre Canal („Monokl”). Ten biznesmen, mieszkający od roku 1940 w Algierii (gdzie dorobił się na sprzedaży wyposażenia grzewczego i sanitarnego), przewiózł przez Hiszpanię potężny zapas plastiku. Miał papiery od samego Salana, który nakazywał aktywistom OAS podporządkowanie się właśnie jemu, co mierziło Sergenta. To właśnie grupa Canala zintensyfikowała ataki bombowe w Paryżu.

Środowisko Canala było odpowiedzialne za jeden z pierwszych aktów przemocy przypisywanych OAS, jeszcze na terenie Algierii, mianowicie za eliminację mecenasa Popie 25 stycznia 1961 roku. Pierre Popie nie był Algierczykiem i bojowcem FLN – był liberalnym prawnikiem, przedstawiającym się nawet jako chrześcijański progresista. Jego śmierć to siłą rzeczy dobry pretekst do tego, by zatrzymać się nad doborem celów przez OAS. Otóż na pierwszy rzut oka wydawać się może, że eliminacja takiej osoby – będącej oczywiście po przeciwnej stronie spektrum politycznego, ale jednak działającej metodami non-violence – pozycjonuje OAS w obszarze zwykłego terroryzmu, niewiele mającego wspólnego ze zwalczaniem bezpośrednich, uzbrojonych przeciwników.

Rzecz jednak w tym, że z perspektywy OAS właściwie nie było czegoś takiego jak uprawniony w dyskursie pogląd polityczny polegający na popieraniu FLN, zwłaszcza jeśli takie poparcie wyrażał Francuz z Algierii. To trochę tak, jakby w 1942 roku ktoś lansował w okupowanej Polsce pogląd o sprawiedliwych racjach Gestapo, Wehrmachtu, SS i mniejszości niemieckiej. Polskie podziemie rzecz jasna nie akceptowałoby tego rodzaju „koncepcji”, traktując ją jako zdradę, zagrożoną karą śmierci, nawet jeśli obwiniony działałby jedynie na odcinku propagandy czy też przekazywania informacji.

W Algierii sytuacja była podobna. Godne uwagi jest np. to, że Pierre Popie – jak podaje choćby witryna marxists.org[19], którą trudno posądzać o sympatię dla OAS – najprawdopodobniej nie tylko bronił bojowców FLN i wspierał ich propagandowo (to robił zupełnie jawnie), ale i przekazywał środki pieniężne na działalność Frontu. Nie on jeden zresztą – we Francji funkcjonowała cała siatka  takich posłańców, pośredniczących w przewożeniu czy to gotówki, czy broni. Przypadek tego rodzaju opisał wspomniany wyżej Volkoff w „Oprawcy”. Do takiej działalności garnęli się aktywiści komunistyczni, radykalna lewica chrześcijańska czy zblazowani intelektualiści, pragnący mieć swój – budzący dumę i mile drażniący własną próżność – udział w zbawianiu świata.

Teraz trzeba sobie uświadomić grozę i powagę sytuacji: oto mamy ludzi – nierzadko wykształconych, cieszących się pewnym autorytetem – którzy z premedytacją współpracują z brutalną organizacją terrorystyczną (FLN) przeciwko własnemu państwu i narodowi, wspomagając tenże ruch na rozmaitych płaszczyznach. Jak trafnie powiedział generał Videla: „To nie zamachowiec z bombą jest zagrożeniem, ale ideolog”[20]. Tymczasem w sytuacji skrajnej, w stanie wojny – a de facto z takim mieliśmy do czynienia – reakcja strony, której takie poczynania zagrażają, musi być szybka i precyzyjna. OAS nie miała przecież możliwości wytaczania procesów, wymierzania czy egzekwowania kar więzienia – a bronić się musiała.

Wróćmy do przerwanego wątku. Problemem organizacyjnym OAS było też oczywiście to, że przeżywała ona kolejne aresztowania czołowych swych figur: takich jak Degueldre, Jouhaud czy Salan. Naturalnie nie ułatwiało to kierowania formacją. Podkreślmy raz jeszcze – nie wszystkie konkretne akty przemocy realizowane przez OAS cieszyły się aprobatą czy akceptacją najwyższego dowództwa. Podobno nawet zabójstwo komisarza policji Gavoury nie było konsultowane z Salanem[21]. Trudno powiedzieć, jak naprawdę wyglądałaby działalność OAS, gdyby Salan i Jouhaud mogli ją w pełni nadzorować.

Nader wątpliwe było więc przeświadczenie idealistów, że OAS może stać się w razie czego (np. śmierci de Gaulle’a i przewrotu) siłą zdolną do przejęcia i utrzymania władzy w państwie, jak też i do pomyślnego zakończenia konfliktu algierskiego przy jednoczesnym zduszeniu sił lewicowych w metropolii. Co więcej, OAS cierpiała na pewien problem z postawami skrajnymi. Z jednej strony byli ludzie absolutnie bezwzględni, gotowi rzucać bomby w tłum, strzelać na ulicy do muzułmańskich prawników czy dziennikarzy i utrzymywać żelazną dyscyplinę we własnych szeregach (jak Degueldre), z drugiej zaś – umiarkowani politycy, którzy co prawda optowali za francuską Algierią, ale poza tym sytuowali się na pozycjach chadeckich czy centrowych. Do takich osób należeli Bidault czy Soustelle, którzy wręcz wypierali się bezpośrednich związków z OAS.

Le chien est lui

Jeśli próbować przykładać do działań OAS termin 'szaleństwo’ (a na takim schemacie oparliśmy niniejszy esej), to prawdopodobnie dobrze pasuje on do kolejnych prób eliminacji prezydenta de Gaulle’a. Nie chodzi już nawet o metody rzeczywistych i planowanych zamachów, ale o samo zagadnienie. Oczywiście de Gaulle zdradził – i to podwójnie. Zdradził „tak po prostu”, rezygnując z Algierii, ale jego hańba miała dodatkowy wymiar, ponieważ z początku przedstawiał się jako ten, kto na zawsze ocali francuskie panowanie w Oranie, Konstantynie i całym regionie. Frustracja aktywistów OAS nie byłaby tak silna, gdyby de Gaulle od początku stawiał sprawę uczciwie. On jednak wybrał kluczenie, a właściwie zwyczajne kłamstwo.

Faktem jest jednak, że de Gaulle był równocześnie – co pokazał rok 1968 – swoistym katechonem, chroniącym Francję (quand meme, ale jednak!) przed naporem sił jawnie lewackich, komunistycznych, maoistowskich, słowem – rewolucyjnych.

Istniała, jak wspomnieliśmy, rażąca dysproporcja pomiędzy pozycją OAS w metropolii i jej pozycją w Algierii. Co prawda na swej macierzystej ziemi siła OAS też została zdmuchnięta zaskakująco szybko (gdy przyszło co do czego, tj. gdy klęska stała się faktem, a pieds-noir zaczęli pakować walizki) – ale przez pewien czas Organizacja faktycznie sprawowała tam rząd dusz (i ciał, gotowych do walki). W metropolii OAS była jednak cały czas słaba – i zdaje się zupełnie fantastycznym założenie, które przyjmował Bastien-Thiry, autor zamachu w Petit-Clamart, a więc takie, że po śmierci de Gaulle’a kontrolę nad państwem przejmie CNR Bidaulta.

To zaiste niezwykła wizja: ukochany, a przynajmniej szanowany generał ginie z rąk komandosów mniejszościowej organizacji (mającej na koncie przykre wpadki, mówiąc oględnie, a do tego walczącej o to, co w metropolii uważano za sprawę przegraną i do tego nieetyczną), po czym przełożeni owych komandosów najzwyczajniej w świecie obejmują rządy i realizują swoją politykę. Znacznie bardziej prawdopodobnym scenariuszem byłby chaos i przejęcie władzy przez lewicę, ale Bastien-Thiry tego nie rozumiał. Naturalnie kierowały nim też pobudki „czysto moralne”, ale moralności czynu nie można oddzielać w sztuczny sposób od jego skuteczności czy opłacalności, bo ta jak najbardziej wpływa na wymiar etyczny. Z tego m.in. powodu Polskie Państwo Podziemne w miarę oszczędnie organizowało akcje bojowe (np. likwidowanie kolaborantów czy żołnierzy niemieckich), albowiem odwet ze strony wroga był na ogół zwielokrotniony i odbijał się na osobach niewinnych (tj. na zabijanych wówczas zakładnikach). Na podobnej zasadzie zamach  Stauffenberga na Hitlera nie był geopolitycznie korzystny dla Polaków – i gdyby mieli tu cokolwiek do powiedzenia, to nie powinni go aprobować. Niestety – nie ma sensu jakaś abstrakcyjna ocena tego, czy de Gaulle był winny i zasłużył na śmierć. Lub raczej – nie ma sensu wcielanie tej oceny w życie niezależnie od kontekstu, bo ów kontekst może zmienić wszystko.

Nawiasem mówiąc, zamach w Petit-Clamart został dokonany 22 sierpnia 1962 roku – gdy sprawa Algierii była już właściwie stracona. Porozumienie w Evian podpisano 18 marca, latem natomiast trwał już gwałtowny eksodus kolonów z terenu Algierii[22], ostatnie bojówki OAS niszczyły infrastrukturę, zaś FLN brał się za organizowanie własnych rządów i rozprawę z harkis. Pod koniec sierpnia francuska bytność w Algierii w zasadzie była już przeszłością – wyjechali właściwie wszyscy Europejczycy, niczym Niemcy z Ziem Odzyskanych po roku 1945. Czy Bastien-Thiry naprawdę sądził, że po ewentualnej śmierci de Gaulle’a (oraz – załóżmy nawet – przejęciu władzy przez OAS-CNR) pieds-noirs zaczną wracać do opuszczonych, nierzadko zrujnowanych mieszkań? Że armia francuska na powrót wkroczy na teren Oranu czy Konstantyny, aby tropić FLN? Było już za późno.

Względność czasu

Po tym wszystkim, co napisaliśmy, czytelnik mógłby sądzić, że OAS zostanie przez nas potępiona – przynajmniej na gruncie realizmu politycznego. Mówiąc ściślej – że wysiłek Tajnej Armii zostanie uznany za coś być może heroicznego, ale zbędnego, co nie powinno się wydarzyć. Tak jednak nie jest. Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.

Przede wszystkim, zawsze łatwo jest racjonalizować wydarzenia z dystansu czasowego. Dziś możemy ujmować rzeczywistość w zgrabne metafory o „duchu czasu”, który wiódł do dekolonializacji tudzież tryumfu komunizmu z jednej strony – i liberalnej demokracji z drugiej. Wbrew pozorom, w roku 1960 czy 1962, kilkanaście lat po wojnie, w apogeum zimnej wojny, nie było to tak oczywiste. W Hiszpanii panowała monolityczna (przynajmniej na pozór) dyktatura generała Franco. W Portugalii funkcjonował korporacjonistyczny system Salazara, a funkcjonariusze wywiadu z niemałą skutecznością likwidowali afrykańskich bojowców niepodległościowych i komunistycznych. W Republice Południowej Afryki w najlepsze trwał system apartheidu, premiujący białą mniejszość – i podobnie podsumować można Rodezję. Na półwyspie koreańskim rosła w siłę antykomunistyczna Korea Południowa. Siły NATO wykorzystywały prawdziwych i rzekomych faszystów tudzież skrajnych prawicowców w ramach operacji takich jak program Gladio. Brakowało jeszcze kilku lat do pełnego rozkwitu rewolucji obyczajowej w USA tudzież do maoistycznych barykad i akcji bojowych w Europie Zachodniej.

Z perspektywy formacji takiej jak OAS mogło się wydawać, że całkiem sporo jest jeszcze do uratowania, że bieg historii da się zmienić. Trzeba też pamiętać, że OAS postrzegała swoją działalność również jako odcinek walki z monstrualnym zagrożeniem ze strony sowieckiego i chińskiego komunizmu. W takim ujęciu Algieria była kolejnym przyczółkiem, którego trzeba było bronić. Jeśli dziś nad Algierem załopoczą flagi FLN, to jutro na wieży Eiffla prężyć będą się sztandary sowieckie – kto wie, czy ten sposób myślenia (poniekąd zrozumiały) nie przyświecał członkom OAS?

Nawiasem mówiąc, trzeba tu dodać – mając na względzie gorące głowy niektórych naszych czytelników – że OAS, choć ideologicznie niespójna i może nawet płytka, musi oczywiście być lokowana po stronie 'klasycznej’ czy nawet 'reakcyjnej’ prawicy, przynajmniej w takim sensie, jaki obowiązywał w okresie zimnej wojny. Innymi słowy OAS pozycjonować trzeba tam, gdzie Franco, Salazara, prawicowy peronizm, juntę Videli, Południowy Wietnam, Południową Koreę, Pinocheta czy chrześcijańskie siły libańskie. Warto to nadmienić, ponieważ w ostatnich czasach niektóre rodzime środowiska antysystemowe wywodzące się z prawicy tak bardzo zaczęły kontestować tradycyjne wartościowania swej strony barykady, że w efekcie odczuwają większą sympatię do FLN, Ho Chi Minha i Vietkongu, Frantza Fanona czy Tupamaros niż do środowisk wymienionych wyżej. Nic jednak nie poradzimy na to, że OAS może ich z tego powodu rozczarować – poprzestaniemy więc jedynie na zaakcentowaniu tej rozbieżności. Jako ciekawostkę można też podać fakt, że OAS była przyjazna Żydom algierskim – i nawet wysłała specjalną delegację do Izraela[23], licząc na pomoc syjonistycznego rządu. Misja ta jednak zakończyła się niepowodzeniem, pomocy nie otrzymano.

Należy jednak odnotować, że choć relatywnie, tj. na mapie politycznej, w relacji do wrogów, OAS była częścią prawicy, to jednak nie posiadała precyzyjnej podbudowy doktrynalnej. Pomińmy już to, że na obrzeżach Organizacji funkcjonowali nawet politycy chadeccy (jak Bidault). Pozostaje jednak fakt, że w swej ikonografii i pojęciowości OAS odwoływała się niekiedy do tradycji rewolucyjnej (por. plakat 'Aux Armes Citoyens!’, nawiązujący do słynnego wezwania Kamila Desmoullinsa), choć równocześnie pewne grono członków i sympatyków formacji sytuowało się na pozycjach stricte kontrrewolucyjnych i katolickich. Dobrym przykładem może być tu pułkownik Pierre Chateau-Jobert, który zresztą już po ustaniu walki OAS opublikował kilka książek, kreśląc w nich ideał narodowej rewolucji politycznej i moralnej, ściśle opartej o katolicyzm i dualizm 'Rewolucja – Kontrrewolucja’. Równocześnie część aktywistów OAS w ogóle nie miała sprecyzowanej ideologii, koncentrując się jedynie na partykularnym celu, jakim było utrzymanie status quo w Algierii. Doktor Perez, będący jedną z wiodących figur w OAS, wprost przyznawał, że jest nie bardziej faszystą niż komunistą. Susini prowokacyjnie przedstawiał się niekiedy jako komunista (był zresztą synem komunisty).

Obrona konieczna

Wróćmy jednak do naszych prób zrozumienia czy usprawiedliwienia OAS. Otóż mamy jeszcze inną kwestię, fundamentalną nawet bardziej niż wątki opisane w poprzednich akapitach. Przypomnijmy sobie naszego nieszczęsnego ministra Becka z jego silnym przeświadczeniem, iż rzeczą bezcenną w życiu „ludzi, narodów i państw” jest honor. Stwierdzenie to jest oczywiście dość bałamutne, przynajmniej jeśli oderwie się je od realiów. Tym niemniej można je nieco sparafrazować, podkreślając, że „ludzie, narody i państwa” w ostateczności mają zwyczajne, naturalne prawo do obrony samego swego biologicznego bytu. Naturalnie, pojedyncze jednostki, wolne od istotnych zobowiązań, mogą niekiedy z owego prawa zrezygnować, godząc się na bierne męczeństwo – ale nigdy nie wolno do takiej postawy odgórnie przymuszać całej wspólnoty.

OAS postrzegała się – i była postrzegana tak przez większość kolonów oraz pewną część muzułmanów – jako siła uprawnionej samoobrony. Obrona wspólnoty przed tym, co Anglosasi określiliby jako 'extinction’, nie jest zależna od kalkulacji politycznych, szczególnie jeśli wszystko wskazuje na to, że jej zaniechanie w żadnym razie nie złagodziłoby postawy wroga.

Oczywiście rzecznicy praworządności i legalizmu mogliby kontrargumentować, że od obrony wspólnoty są w pierwszym rzędzie instytucje i formacje funkcjonujące oficjalnie, z mandatem uprawnionej władzy. To prawda, ale cały problem polega na tym, że ta właśnie władza zdradziła sprawę, której obowiązała się bronić – i na tej podstawie wydawała rozkazy armii tudzież policji. W tej sytuacji sprawy zaczęły przybierać obrót znany z westernów, gdzie grupa dobrych kowbojów zmuszona jest działać na przekór formalnie pojętemu prawu, aby obronić miasteczko przed skorumpowanym szeryfem, Indianami czy bandą rzezimieszków.

Tak swoją rolę postrzegała OAS. Ale i to możemy złagodzić – oto bowiem sam Jean-Jacques Susini deklaruje, że pierwotnym celem OAS było jedynie wywołanie pewnego rodzaju wrzenia w nadziei na to, że wówczas regularna armia zreflektuje się, zainterweniuje (przeciwko FLN, rzecz jasna) i odzyska kontrolę nad sytuacją[24]. Innymi słowy, OAS miała być awangardą, która poprzez kreowanie faktów dokonanych zmusi rząd i armię do odpowiedniej reakcji. Zmusiła – jak wiemy – do reakcji nieodpowiedniej, tj. do ostatecznego opowiedzenia się za ustępstwami na rzecz FLN, jak też i oczywiście do akcji zwalczania samej Organizacji.

A zatem nawet gdybyśmy uznali, że na płaszczyźnie politycznej wizja OAS była fantasmagorią – i nawet gdybyśmy doszli do wniosku (mocno niesprawiedliwego, ale pomińmy to), że obrona samego tylko honoru armii francuskiej zakrawała na nieodpowiedzialną, romantyczną bufonadę – to jednak zawsze pozostaje ten podstawowy powód, dla którego OAS została sformowana. A mianowicie – doraźna samoobrona zagrożonej ludności francuskiej i pro-francuskiej.

Rozważania o przemocy politycznej

To, czy wszystkie metody i działania OAS były sensowne politycznie, a tym bardziej moralne – to już inna sprawa. Oczywiście – nie wszystkie. Musimy jednak uświadomić sobie jeszcze jedną rzecz. Otóż na przemoc ideologiczną zawsze można i należy patrzeć dwojako. Z jednej strony mamy pojedyncze akty konkretnych ludzi. Każdy taki akt może oczywiście podlegać kazuistycznej ocenie moralnej – czy należało w danej chwili strzelać, czy konieczny był wyrok śmierci, czy decyzja nie była pochopna itd. Z drugiej strony, przemoc ideologiczna to także pewien proces i spirala, której początki nierzadko toną w mroku. Niewiele da się z tym zrobić, ale bez uwzględnienia tego kontekstu popełnimy poważny błąd, jaki nieraz czynią liberałowie i humanitaryści. Chodzi o ocenianie przemocy politycznej in abstracto. Miałoby to może sens, gdyby OAS wyrosła znikąd, bez żadnego szczególnego powodu, z inicjatywy garstki aspołecznych jednostek w spokojnej, szczęśliwej wspólnocie, bez masowego poparcia i zrozumienia. Wówczas moglibyśmy rzeczywiście ubolewać nad ludźmi, którzy ni stąd ni zowąd sięgają po broń, aby wprowadzać w życie swoje obłędne idee, nie przejmując się tym, że poważnie zaburzają społeczny konsensus.

Oczywiście takie organizacje też istnieją (w pewnym sensie taki wymiar miała z początku aktywność FLN) – ale to nie dotyczy OAS. Tak naprawdę bowiem OAS po prostu wskoczyła na już uprzednio rozpędzoną karuzelę przemocy. Jeśli spojrzymy na historię Tajnej Armii, to od razu zauważymy, że była ona tyleż intensywna, co i krótka. OAS rozwinęła się w ciągu kilku tygodni, najdalej miesięcy – i już reprezentowała (w Algierii, rzecz jasna) realną siłę. Nie byłoby to możliwe, gdyby wzięła się z powietrza. Otóż tak naprawdę OAS wpisała się w szerszy i starszy kontekst przemocy politycznej, już zaognionej na terenie Algierii. Bazowała na wcześniej istniejących formacjach, jak Front Algierii Francuskiej czy rozmaite lokalne milicje (jedną z takich grup prowadził np. rolnik Martel). Te formacje już w latach 50-tych na własną rękę organizowały oddziały kontr-terrorystyczne funkcjonujące na terenie miast (taką grupą dowodził np. doktor Jean-Claude Perez). One z kolei powstawały w bezpośredniej reakcji na terror FLN. W takich okolicznościach nie da się określić (i nie ma takiej potrzeby), kto zaczął, kto odpowiedział w sposób przesadny – i tak dalej. Przemoc po prostu się rozlewa, a kto nie goni karuzeli, kto nie wspina się po owej spirali – ten odpada, tzn. ginie (organizacyjnie albo wręcz w najbardziej dosłownym, fizycznym sensie). Naturalnie nie jest to nic pięknego, ale nie ma innego sposobu na zatrzymanie owego procesu, jak zwycięstwo. Można też oczywiście przegrać, ale nie o to przecież chodzi w samoobronie, a poza tym – jak pokazał los harkis – kapitulacja nie ocaliła przegranych przed krwawą zemstą.

Twarda historia

Możemy oczywiście zastanowić się nad tym, czy ludność europejska miała moralne prawo żyć i mieszkać w Algierii, czy nie pełniła tam roli okupantów, których słusznie chcieli przepędzić tubylcy. Ale i ten zarzut nie wytrzymuje krytyki. Po pierwsze, niezależnie od wszystkiego, nic nie usprawiedliwa sposobu, w jaki pieds-noir i pro-francuscy muzułmanie byli traktowani przez bojówki FLN (a było to, jak już pisaliśmy, podejście porównywalne z okrucieństwami UPA i ustaszy). Po drugie, koloni nie byli najeźdźcami z pierwszego pokolenia, ale ludźmi urodzonymi i wychowanymi w Algierii. Była to ich ziemia, tak samo jak część Południowej Afryki to ziemia Burów.

Warto mieć na uwadze, że przykładanie typowych dla nas – dla współczesnych ludzi Zachodu – kryteriów państwowo-narodowych do kwestii podboju Algierii przez Francję w roku 1830 – to zupełny anachronizm. Rzecz nie wyglądała tak, że Francja bez przyczyny podbiła niepodległą Algierię, tak jak Rosja, Prusy i Austria rozebrały Polskę. Algieria w zasadzie już od XVI wieku była terenem rządzonym przez piratów – i nie jest to żadna przesada, bo taką właśnie rolę na morzach pełnili tamtejsi wodzowie plemienni Berberów. Korsarze algierscy przez kilka wieków terroryzowali Morze Śródziemne i Atlantyk – ba, niekiedy docierali nawet do Islandii. Rozmaite państwa (Hiszpania, USA, Wielka Brytania) próbowały dać sobie z nimi radę, zazwyczaj bezskutecznie. Piraci plądrowali statki i chwytali niewolników, którymi następnie handlowano. W istocie więc atak Francji na Algierię był próbą uspokojenia sytuacji i zaprowadzenia porządku na ziemiach, które z normalnym państwem miały tyle wspólnego, co współczesna Somalia lub Libia po upadku Kaddafiego. Co więcej, nie było żadnego narodu algierskiego – jedynie rozmaite grupy ludności, na ogół muzułmańskiej (przynajmniej nominalnie), acz różnorodnej (Kabylowie, Beduini, Arabowie, Tuaregowie etc.).

Nie trzeba mówić, że Francuzi przynieśli do Algierii cywilizację, z której miejscowi tak czy inaczej zaczęli korzystać. Mowa o kolei, poczcie, szkolnictwie, lecznictwie, przemyśle etc. Naturalnie ktoś mógłby się obruszyć faktem, że wszelkie preferencje i priorytety dotyczyły Francuzów, zaś miejscowi byli ostatecznie ludnością drugiej kategorii. Muzułmanie płacili wyższe podatki (w roku 1909 stanowili 90 proc. populacji, produkowali 20 proc. dochodów, ale płacili 70 proc. podatków bezpośrednich i 45 proc. wszystkich podatków). Najlepsza ziemia była w rękach kolonów, którzy byli średnio dużo bogatsi od tubylców, mieszkali w lepszych domach i posiadłościach, ich dzielnice posiadały lepszą infrastrukturę. Co więcej, Berberowie i Arabowie podejmowali kilkukrotnie próby buntu (np. powstania Lalli Fatmy N’Soumer czy Abd al Qadira).

A jednak Algieria ostatecznie rozwijała się i siłą rzeczy zyskiwali na tym także miejscowi – tak jak zyskali na unowocześnieniu Afryki. Oczywiście: coś za coś. W mentalności ówczesnych Europejczyków tkwiło przekonanie, że równouprawnienie tubylców (w Algierii czy gdziekolwiek) to pomysł niepoważny, by nie powiedzieć – niedorzeczny. W pewnym sensie była to prawda, bo po prostu sposób myślenia podbitych ludów, nierzadko oparty o anachroniczną plemienność, odbiegał od norm typowych dla społeczeństwa zachodniego. Los państw afrykańskich po dekolonializacji pokazał niestety tę smutną prawdę – społeczeństwa i państwa, które zostały wtłoczone w zachodni model państwa narodowego z jego instytucjami (albo same spróbowały się weń wpiąć), na ogół wyszły na tym gorzej niż na okresie paternalistycznego kolonializmu.

I wreszcie, last but not least, jakkolwiek cynicznie to nie zabrzmi, trzeba sobie wprost powiedzieć, że Francuzi zachowywali się jak wszyscy zwycięzcy. Współczesny człowiek Zachodu ma pewną skłonność (ale w sumie trwa ona już blisko trzy wieki, od czasów mody na „dobrego dzikusa” w epoce Oświecenia) do przydawania rozmaitym egzotycznym ludom zgoła idealnych cech. Są one w postępowym dyskursie przedstawiane jako bierne i pokojowe w punkcie wyjścia, później zaś (gdy zrzucają jarzmo kolonializmu) – jako po prostu uczciwie walczące o godność i wolność. Zapomina się przy tym, że ludy te – tak samo jak Europejczycy – prowadziły swoją zimną, bezwzględną politykę, organizowały łupieżcze wojny i wyprawy, a przy tym nierzadko kierowały się kodeksem niepisanych praw, którego bazą był klarowny podział na „swoich” i „obcych”. Innymi słowy, oskarżamy Francuzów o uciskanie Algierczyków, tak jakby uprzednio Algierczycy (piraci) nie gnębili tysięcy mieszkańców nadmorskich wiosek i miast. Ubolewamy nad podbojem Meksyku przez chciwych konkwistadorów, tak jakbyśmy nie byli w stanie wyobrazić sobie, jaki byłby los Portugalczyków czy Hiszpanów, gdyby to Aztekowie (jakimś cudem) dopłynęli do Lizbony czy Gibraltaru.

Ludność arabska i berberyjska nie składała się nigdy z bezbronnych, sympatycznych poczciwców, którzy niczym sobie nie zasłużyli na jakąkolwiek krzywdę. Ludność europejska natomiast niekoniecznie postępowała wobec miejscowych szlachetnie – ale taki po prostu jest bieg dziejów, smutny być może, iż ten, kto wygrywa, ten sytuuje się ponad pokonanymi. Samą zasadę akceptowali zawsze wszyscy – poza naiwnymi, liberalnymi humanitarystami. Nie należy jednak tej liberalnej miary przykładać do burzliwej historii wszystkich minionych wieków – inaczej doprowadziłoby to nas np. do niedorzecznego przeświadczenia, że Powstanie Spartakusa było motywowane utopijną i szlachetną ideą zniesienia instytucji niewolnictwa.

Nawiasem mówiąc, zauważmy, że argumenty o dyskryminacji ludności autochtonicznej na korzyść elity kolonialnej, w dużej mierze odpowiadają temu, co propaganda krajów istniejących dziś na terenie dawnych Kresów Rzeczypospolitej, mówi o wiekach dominacji żywiołu polskiego. Jest to zbliżona narracja – oto ludność litewska, białoruska i rusińska (ukraińska) o tożsamości wygaszonej czy wręcz zduszonej przez polskich panów; ludność, która w wyniku procesu emancypacji upomniała się o swój język, prawa i historię.

To po części prawda – ale tylko po części, bo przecież ową tożsamość w wielu aspektach trzeba było wymyślić od podstaw. Podobnie zresztą było w Algierii, gdzie sam Ferhat Abbas (jeden z liderów umiarkowanego ruchu niepodległościowego) pisał w roku 1936: „Nie odkryłem jej [Algierii]. Pytałem żywych i umarłych, odwiedzałem cmentarze, ale żaden mi o niej nie opowiedział”[25]. Abstrahując nawet od tego rodzaju rozważań, nie mamy przecież w Polsce wątpliwości, że jakiekolwiek szkody ludności ukraińskiej czy litewskiej – faktyczne, wyolbrzymione czy tym bardziej zmyślone – nie umniejszają praw Polaków do kultywowania swojej kresowej przeszłości przynajmniej na płaszczyźnie kulturowej. Ale w Algierii roku 1961 walka toczyła się nie tylko o symbole i wspomnienia – dotyczyła spraw znacznie bardziej namacalnych, tj. przetrwania wspólnoty, również w czysto fizycznym, zgoła biologicznym sensie. Inna rzecz, że obecnie środowiska byłych kolonów i ich potomków przypominają nasze środowiska kresowe – koncentrując się na podtrzymywaniu nostalgicznej wizji złotej przeszłości.

Członkowie OAS, by do nich powrócić, uważali, że mają prawo bronić swego bytu i stanu posiadania. Byli też przekonani, że obiektywnym dobrem jest francuskie panowanie nad Algierią – i że służy ono w pewien sposób całej ludności. Nie mieli co prawda sensownego projektu na to, w jaki sposób pogodzić w przyszłości współżycie ludności arabskiej z europejską w jednym państwie („od Tamanrasset do Dunkierki”, przypomnijmy) – ale muzułmanie i tak przybyli do Francji metropolitalnej, co dobrze widzimy dziś (i na co rządy liberalne tym bardziej nie mają rozsądnej odpowiedzi). W ostatecznym rozrachunku, o ile nie jesteśmy ojkofobami, szukającymi każdej okazji, by kontestować przeszłość i racje własnej wspólnoty (w tym wypadku jest nią Zachód i Europa, choćby nawet już post-chrześcijańska), musimy jeżeli nie w pełni zaakceptować, to przynajmniej zrozumieć racje stojące za generałem Salanem, sierżantem Degueldre, pułkownikiem Chateau-Jobertem i wszystkimi pozostałymi.

Z lufy karabinu, ale nie tylko

Rodzi się oczywiście pytanie o to, jaki autorytet miała OAS. Co stanowiło o tym, że rościła sobie prawo do reprezentowania interesów ludności francuskiej na terenie Algierii, a nawet do prób obalania legalnych władz na terenie Francji?

Jest to kwestia szeroka, która zaprowadziłaby nas w głębokie rozważania na temat posłuszeństwa władzy państwowej, różnicy pomiędzy legalizmem a prawowitością, tyranobójstwa czy obrony koniecznej, ale w wymiarze kolektywnym. Spróbujmy jednak przedstawić rzecz w skrócie.

Z nauk tomistycznych (i nie tylko) wynika, iż ewentualna rewolta przeciwko tyrańskiej władzy winna być kierowana przez osoby mające pewien naturalny autorytet we wspólnocie tudzież niezbędne kompetencje. Otóż czołówka OAS składała się albo z oficerów armii francuskiej, nierzadko mających za sobą całe lata spędzone w Algierii, albo z zaprawionych w walce (politycznej i nie tylko) cywili, którzy z kolei cieszyli się pewną estymą w środowisku pieds-noirs. Salan, Jouhaud, Gardy, Gardes, Godard, Chateau-Jobert[26] – byli to żołnierze w naturalny sposób broniący ludności uprzednio im powierzonej. W sytuacji skrajnej postawili lojalność wobec pewnych ogólnych zasad ponad prostą, czysto „techniczną” lojalnością wobec nominalnych przełożonych. Jak wspominaliśmy wyżej, dla wielu z nich była to po prostu kolejna realizacja nauki wyniesionej z okresu Resistance.

Z drugiej strony, dr Perez cieszył się dobrą sławą wśród uboższych mieszkańców dzielnicy Bab-el-Oued (o którą później toczyła się słynna bitwa pomiędzy OAS i żandarmerią rządową). Jo Ortiz, właściciel kawiarni, również był postacią znaną wśród zwolenników Algierii Francuskiej. Podobnie prawnik, przywódca studencki i były spadochroniarz (z upodobaniem paradujący w mundurze podczas tygodnia barykad) Pierre Lagaillarde.

Legitymacja OAS do określonych działań wynikała zatem zarówno z poczucia ideowej słuszności (z którym jedni się zgodzą, a inni nie, ale jeśli ktoś takie przekonanie żywi, to trudno dziwić się, że wyciąga z niego konsekwencje), jak i z nieformalnej aklamacji ludowej. Jest faktem, że przez pewien czas OAS dominowała w kilku dużych miastach Algierii, przynajmniej wśród społeczności francuskiej. Jej rozkazów słuchano, prasa ukazywała się z winietami w rodzaju „wydanie specjalne OAS”, a społeczność wygnanych pieds-noirs do dziś stara się odkłamywać czarną legendę Tajnej Armii.

Oczywiście, że ani „legitymacja ideowa” ani „demokratyczna” nie były stuprocentowe. Nigdy nie są. Kto dał Korfantemu i innym działaczom śląskim prawo do reprezentowania ludności polskiej i wszczynania w jej imieniu powstań przeciw legalnej władzy niemieckiej? Kto uprawnił de Gaulle’a do reprezentowania autentycznej Francji w roku 1940, skoro polityka oficjalnych władz była zupełnie inna? Franco czy Republika? Pinochet czy Allende? Kościuszko czy Targowica? Konfederacja Barska czy Stanisław August? Takie pytania zawsze można sobie zadawać. Taka niejednoznaczność jest zresztą nieusuwalną cecha sytuacji skrajnych, przynajmniej jeśli dopuścimy możliwość, iż zagrożona wspólnota ma prawo się bronić, a nie jedynie czekać na poczynania „możnych tego świata”.

Szaleństwo, w które trzeba było popaść

Czytelnik zdaje sobie już zapewne sprawę z tego, że nasza narracja z początku tego tekstu, krążąca wokół pojęcia „szaleństwa”, była pewnego rodzaju chwytem marketingowym. Wprowadzenie tej nuty „obłędu” dodaje historii OAS pewnego dramatyzmu i przyciąga uwagę. W istocie jednak nie chcemy tu podejmować się jakiegokolwiek ostatecznego rozstrzygnięcia. Powyżej spróbowaliśmy jedynie nakreślić główne motywy, cechy i problemy OAS, rezygnując z jakiejś finalnej, jednoznacznej oceny. Z pewnością w motywacjach OAS było sporo szlachetności, autentycznego patriotyzmu i przejęcia się losem tak ludności francuskiej w Algierii, jak i całej Francji. Faktem jest jednak, że OAS cierpiała na liczne słabości pod względem ideologicznym i organizacyjnym. Co więcej, zbyt mocno zaufała metodom walki kopiowanym wprost ze świata ideowego obcego tradycjonalistycznej, katolickiej prawicy[27]. Nie chcemy na nowo rozpoczynać tego wątku, ale być może sugestywne byłoby porównanie powstań śląskich z działalnością OAS – i wyobrażenie sobie, jak upiornie mogłaby wyglądać rzeczywistość tamtych czasów, gdyby ówcześni polscy przywódcy polityczni i wojskowi wybrali ten rodzaj walki, który preferowali podwładni generała Salana. Ta taktyka nie doprowadziła OAS do zwycięstwa, ale za to poskutkowała rozpaczą, która szczególnie mocno ujawniła się w ostatnich dniach Algierii Francuskiej, w dniach terre brulée.

Nadal jednak podtrzymujemy nasz pogląd, że OAS co do zasady była zjawiskiem uprawnionym – podobnie jak uprawniony był polski opór na Śląsku w latach 1919 – 1921. Historia OAS mogła zostać rozegrana lepiej, ale ktoś musiał na siebie wziąć obowiązek organizacji samoobrony wspólnoty kolonów, jeśli nie mogły czy też nie chciały uczynić tego oficjalne władze.

Jeśli nawet wiele z tego, co reprezentowała sobą Tajna Armia – wiele z jej celów, marzeń, działań, haseł, koncepcji – nazwiemy szaleństwem, to jednak było to w pewnym sensie szaleństwo konieczne. A w każdym razie – nieuniknione, abstrahując od możliwych poprawek, które nie zmieniłyby istoty rzeczy. I to właśnie czyni krótką, lecz iskrzącą się wydarzeniami historię OAS – tak dramatyczną.

Roch Witczak

 

BIBLIOGRAFIA:

francuski

  1. O. Dard, Voyage au cœur de l’OAS, Perrin 2005,
  2. A. M. Duranton-Crabol, Le temps de l’OAS, Editions Complexe 1995,
  3. A. Nicol, La Bataille de l’OAS, Les Sept Couleurs 1962,
  4. P. Méallier, La Guerre d’Algérie à travers les tracts de l’O.A.S., Mon Petit Editeur 2012,
  5. R. Kauffer, OAS – histoire de la guerre franco-française, Seuil 2002,
  6. R. Madoui, J’ai été fellagha, officier français et déserteur: du FLN à l’OAS, Seuil 2004,
  7. J. Ferrandi, 600 jours avec Salan et l’O.A.S., Relie 1969.

angielski

  1. G. Bocca, The Secret Army, Prentice-Hall 1968,
  2. A. Horne, A Savage War of Peace: Algeria 1954 – 1962, Macmillan 1977,
  3. The Algerian War, http://crc-internet.org/our-doctrine/national-restoration/algerian-war/ – jest to opracowanie autorstwa księży i zakonników należących do integrystycznej organizacji Contre-Réforme Catholique; opracowanie dość dobre jako wstęp do zagadnienia, ale oczywiście jednoznacznie stronnicze. Materiał jest też dostępny w języku francuskim.
  4. D. Fontaine, Decolonizing Christianity: Religion and the End of Empire in France and Algeria, Cambridge University Press 2016
  5. M. Evans, Algeria: France’s undeclared war, OUP Oxford 2012.

 

polski

  1. Testament pułkownika Jeana Bastien-Thiry, Agencja Wydawniczo-Reklamowa ARTE 2013,
  2. L. Marton, Moje życie dla ojczyzny, Agencja Wydawniczo-Rekamowa ARTE 2015,
  3. B. Wołoszański, Zemsta OAS, w: Sensacje XX wieku – po II wojnie światowej, Magnum 1995,
  4. A. Hall, Charles de Gaulle, Iskry 2002,
  5. Ph. de Gaulle, De Gaulle – mój ojciec, Zysk i S-ka 2009

 

 

[1]por. http://crc-internet.org/our-doctrine/national-restoration/algerian-war/6-national-reaction-may-13/

[2]W jakiejś mierze ten sposób myślenia przebija np. w słynnej deklaracji pułkownika Bastien-Thiry, wygłoszonej w czasie procesu zamachowców z Petit-Clamart. Naturalnie na tym etapie warunkiem koniecznym byłoby też pokonanie reżimu gaullistowskiego. Z oryginałem deklaracji pułkownika (polskie tłumaczenie ukazało się w roku 2013, por. bibliografia), jak też i z innymi materiałami dotyczącymi tej sprawy zapoznać można się na stronie Koła Bastien-Thiry: http://www.bastien-thiry.fr/le-proces-du-colonel-bastien-thiry.htm

[3]Prawdopodobnie Leroy i Villard rozważali opcję podziału Algierii według kryteriów etnicznych czy też religijnych. To nie zgadzało się z główną linią OAS, jako że aksjomatem dla Organizacji była Algieria niepodzielna (choć z drugiej strony, gen. Jouhaud – jak to widzimy we fragmencie cytowanym w niniejszym opracowaniu – obiecywał Algierię zdecentralizowaną w sposób umożliwiający np. daleko posuniętą autonomię regionów, w tym również w obszarze prawa stosowanego na danym terenie).

[4]Tout racisme est générateur de guerre. Nous condamnons tout racisme et tout incident opposant les communautés. Nous souhaitons, exigeons une promotion sociale accélérée des Musulmans et une égalité totale des droits et des devoirs. Et puis nous acceptons toute décentralisation régionale permettant l’adaptation de la législation aux particularismes locaux.

(http://chardon-ardent.blogspot.com/2012/08/loas-vaincra-une-edition-speciale-de.html)

[5]V. Volkoff, 'Oprawca’, Dębogóra 2010.

[6]http://madoui.chez-alice.fr/

[7]I witnessed torture, torture was practiced under my command and I was tortured.  (http://madoui.chez-alice.fr/madoui.synopsis.html)

[8]Naturalnie gaulliści uważają, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Sugestiom, jakoby prezydent chciał jak najszybciej uwolnić się od algierskiego „gorącego kartofla” stanowczo sprzeciwia się np. jego syn Philippe (por. książka „De Gaulle – mój ojciec”).

[9]     Być może trzeba trochę uściślić ten idealistyczny obraz: oto bowiem już w latach 50-tych, na długo przed OAS, armia francuska decydowała się na stosowanie metod z pogranicza terroryzmu państwowego (w szczególności tyczy się to tzw. bitwy o Algier, czyli złożonej operacji policyjno-wojskowej, której celem było wyniszczenie komórek FLN).

[10]Na terenie Algierii podjęto co prawda próbę 'typowej’ walki partyzanckiej w formie oddziału bojowego operującego w górach, ale koncepcja ta szybko przegrała w starciu z armią francuską. Do otwartego starcia OAS z wojskiem można zaliczyć jeszcze słynną bitwę o Bab-El-Oued z przełomu marca i kwietnia roku 1962. Zasadniczo jednak OAS koncentrowała się na skrytobójstwach, zamachach bombowych i aktach terroru (oraz oczywiście na działalności propagandowej).

[11]Na przykład Susini, jak podaje M. Evans w „Algeria: France’s undeclared war”, przejawiał szczególną predylekcję do taktyki stosowanej przez izraelską Haganę w okresie wypierania Palestyńczyków z ich osiedli.

[12]Na pytanie o to, czy żałuje działań OAS, Susini w wywiadzie dla portalu Le Point odpowiada: Politiquement, oui. L’attentat contre le domicile d’André Malraux, où la jeune Delphine Renard est défigurée par l’explosion d’une de nos bombes, est une erreur. Tout comme l’opération des centres sociaux à Alger où sont tués six éducateurs, dont l’écrivain Mouloud Feraoun. Mais les derniers mois tout devenait de plus en plus difficile à maîtriser. La montée de l’angoisse nourrissait les décisions les plus radicales. (http://babelouedstory.com/voix_du_bled/1966/1966.html)

[13]Z jej treścią w języku francuskim można zapoznać się tu: http://ldh-toulon.net/la-feuille-de-route-de-l-OAS-par.html

[14]Jak pisze Ait Benali Boubekeur: Cependant, bien que les crimes continuent avec la même intensité, les chefs de l’OAS s’assignent une autre mission : détruire les infrastructures du pays. Lors des émissions radio, piratées par l’OAS, la consigne est donnée aux commandos de l’OAS de pratiquer la politique de la terre brulée. « S’il faut quitter l’Algérie, on la laissera dans l’état où les premiers colons l’ont trouvée en 1830 », répètent-ils à l’envi. Du coup, le 25 juin 1962, la ville d’Oran va vivre l’enfer. « Lundi 25 juin, à 17h45, c’est l’apocalypse dans le ciel de la ville. Les réservoirs à Mazout de la British petroleum ont été plastiqués, et 50 millions de litres de carburants brulent. Vision dantesque de flammes qui montent souvent à plus de 150 mètres. Dans certains quartiers, il fait presque nuit, et cette « éclipse » dure deux jours », écrit Benjamin Stora.

(http://www.reflexiondz.net/La-politique-de-la-terre-brulee-de-l-OAS_a24422.html)

[15]Rappelez-vous : la répression gaulliste c’est 11.000 arrestations, 3.300 condamnations dont 4 à mort exécutées, la déportation d’ 1.200.000 Pieds-Noirs, l’abandon de millions de Français musulmans à la terreur FLN, 150.000 Harkis, soldats français, désarmés et livrés au FLN, El Alia, la rue d’Isly, Oran…

(http://adimad.free.fr/accueil.html)

[16]Por. http://szturm.com.pl/index.php/miesiecznik/item/374-na-grob-filipa-le-pivain

[17]Więcej o tym tu: http://guerredalgerie.pagesperso-orange.fr/leroy_villard.htm

[18]M. Evans uważa wręcz, że sama nazwa OAS była jedynie fasadą dla wielu rozmaitych grup, które jedynie nominalnie podlegały Salanowi i Jouhaudowi, w rzeczywistości nierzadko podejmując akcje bojowe z własnej inicjatywy.

[19](…) Pierre Popie, liberal lawyer and transporter of funds to the FLN, is killed by counter- terrorists.

(https://www.marxists.org/history/algeria/1961-1962.htm)

[20]We consider it a great crime to work against the Western and Christian style of life: it is not just the bomber but the ideologist who is the danger.

(https://en.wikiquote.org/wiki/Jorge_Rafael_Videla)

[21]Jak podaje Robert Buchard w pracy „Organisation Armée Secrète” , Albin Michel 1963.

[22]Reżim gaullistowski, nawiasem mówiąc, niekoniecznie im w tym pomagał – licząc przez długi czas na to, że mimo wszystko większość pieds-noirs pozostanie w Algierii. Stąd też organizacja exodusu była dość chaotyczna.

[23]A Jérusalem un représentant du Conseil National de la Résistance (le secrétaire de Soustelle) arrivé la veille, rencontre Menahem Béguin et lui remet un pli de Soustelle, demandant de l’aide. Il rencontre aussi Shimon Peres, ministre de la guerre qui lui fait un accueil plutôt froid. La réponse, le soir, est négative, Israël ne peut pas aider l’O.A.S., même pour sauver des vies juives en Algérie. Quelques jours après la visite le gouvernement israélien informera le gouvernement français de cette démarche. Entre temps, sous suggestion anonyme, Roger rencontre une association d’anciens de l’irgoun, camouflage barbouzarde, qui lui propose armes et mercenaires, mais payant. Et cher. L’O.A.S. n’a pas les moyens, la mission est un échec.

(http://guerredalgerie.pagesperso-orange.fr/1962_Mars.htm)

[24] Il faut se rappeler qu’une partie importante de l’armée ne pouvait concevoir que l’Algérie cesse d’être française. Nous étions donc en droit d’espérer que nos amis militaires réagiraient comme ils l’avaient fait le 13 mai 1958. L’OAS devait avoir pour objectif une mobilisation totale de la population européenne d’Algérie. Notre fer de lance devait être les unités territoriales, composées de civils faisant quelques jours de service par mois et dont certaines intervenaient déjà sur le terrain au côté de l’armée. Enfin, il y avait en Algérie de nombreuses troupes musulmanes qui combattaient le FLN depuis plusieurs années et que leurs officiers avaient promis de ne pas trahir.

(http://babelouedstory.com/voix_du_bled/1966/1966.html)

[25]«  I will not die for the Algeria fatherland because this fatherland does not exist. I have not discovered it. I questioned the living and the dead, I visited cemeteries, but no one spoke to me about it… One cannot build in the clouds. We have dismissed forever all these mirages and chimeras in order to link our future permanently to the future of the French work in this country.  »

(http://crc-internet.org/our-doctrine/national-restoration/algerian-war/3-causes-rebellion/)

[26]por. http://www.legitymizm.org/granice-lojalnosci

[27]W kontekście ekstremizmu metod i przekonań członków OAS można wspomnieć sprawę Jacquesa Roseau. Był to dawny aktywista OAS, następnie zaś animator diaspory pieds-noirs, optujący za pojednaniem z Algierczykami i zakończeniem konfliktu. Wkrótce po tym, jak publicznie (w telewizji) uścisnął dłoń przedstawiciela FLN, pragnąc – niejako w imieniu kolonów, choć oczywiście nie OAS – symbolicznie zakończyć wieloletni spór, został zastrzelony przez trzech innych byłych bojowców Organizacji. Sprawa jest o tyle istotna, że zdarzyło się to w roku 1933, czyli ponad 30 lat po ustaniu walki OAS. Zdarzenie to więc miało charakter zupełnie niepotrzebnej, zgoła absurdalnej zemsty, nie mającej żadnego uzasadnienia praktycznego, a bazującej li tylko na oburzeniu wynikającym z domniemanego szargania świętych symboli.

 

Udostępnij
Kategoria
Czytaj także

Paweł Bielawski: Seks, seksualność i rodzina oczami archeofuturysty. Perspektywa Guillaume’a Faye’a

Nie ulega wątpliwości, że lewica narzuciła swój język w sferze seksualności i obyczajowości z nią związanej, np. „heteronormatywny”, „cis” itd. Prawica natomiast, pełna pruderii, wydaje się być w tej sytuacji zupełnie poza swoją strefą komfortu. Prawica lubi wypowiadać się o Kościele, religii, ale jak dochodzi do tematu seksu i seksualności, to wydaje się, że pełna zażenowania spogląda na księdza z nadzieją aprobaty i wstydzi się cokolwiek powiedzieć. Lewica natomiast, skwapliwie z tego korzysta, narzucając swoją narrację właściwie bez żadnego oporu, nie licząc okazjonalnych pomruków niezadowolenia z prawicowej strony.

„Komunizm jak i kapitalizm były dla Ottona Strassera systemami przesiąkniętymi egoizmem.” – wywiad z dr. Tomaszem Kosińskim, autorem pierwszej polskiej monografii o założycielu “Czarnego Frontu”.

Związek Sowiecki przed II wojną światową jak i po tej wojnie był traktowany przez Ottona Strassera jako zagrożenie dla Niemiec jak i Europy. Stąd promował ideę budowy zjednoczonej Europy jako przeciwwagi dla ZSRS przed drugą wojną światową oraz jako trzeciej siły między USA a ZSRS po zakończeniu tego konfliktu.

David Engels

Przeciw agonii Europy – rozmowa z prof. Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności i pracownikiem Instytutu Zachodniego w Poznaniu

Walka między dobrem a złem toczy się wiecznie i nie zostanie rozstrzygnięta aż do dnia ostatecznego. Dlatego musimy uważać, by nie obarczać naszej walki o zachodnią cywilizację nadmiernymi eschatologicznymi nadziejami. Uważam, że rzeczywiście będzie możliwe doprowadzenie naszej cywilizacji do ostatecznej syntezy, która opiera się na racjonalnym powrocie do tradycji, ale ta synteza będzie jednocześnie punktem końcowym naszego rozwoju kulturalnego – po niej mogą powstać inne kultury, a walka w sercu każdego człowieka będzie trwała dalej, jednak „wielki organizm” Zachodu zostanie „zamknięty”.