Kanonada Narodowego Romantyzmu

wersja beta

Jerzy Brzeziński: Krasnoludki Pana Boga

Celle_di_camaldoli

Jerzy Brzeziński: Krasnoludki Pana Boga

Udostępnij

Szkocję żegnałem zmęczeniem ciała i obolałością duszy. Tata zawsze powtarzał, że w życiu warto być sprawnym. Jeszcze w dniu wyjazdu nader sprawnie pracowałem, by zakończyć wszystkie hydrauliczne zobowiązania zawodowe i szczerze się zdziwi­łem, że już na dwie godziny przed odlotem spłukiwałem pod prysznicem budowlane brudy. Był to wszak znaczący postęp w stosunku do poprzedniego wyjazdu, kiedy to rozklekotanym fordem Transitem przebijałem się przez zakorkowane Glasgow, jeszcze w robo­czych ciuchach, z cementem na dłoniach, by rzutem na taśmę wpaść do terminalu odlotów. Tra­dycji musiało się jednak stać zadość. O zgrozo, byłem już na lotnisku i nawet nie zauwa­żyłem, kiedy mój spory zapas czasu stopniał do niepokojąco szczupłych minut. Usiłując rozliczyć się ze Szkocją choćby w finansowym wymiarze, błyskawicznie zliczałem ko­lumny cyfr. Po chwili, bardzo sprawnie frunąłem już przez bramki, skany antyterrory­styczne, labirynt bezcłowych sklepów-pułapek i …

Nadal nie rozumiem, dlaczego ten samolot poleciał beze mnie.

Czyżbym za długo brał prysznic?

Zrobiło mi się autentycznie przykro.

Przed rokiem moja ułańska szarża miała jeszcze resztki uroku boksera weterana, który obijany bezlitośnie przez młodszego rywala wyprowadza w ostatniej rundzie nokautującą bombę. Tym razem czułem się bardziej jak spocony, zdyszany ślimak z pękniętą skorupką. A dodatkowe fundusze z pracy wciśniętej na siłę w przedwyjazdowy grafik akurat star­czyły na kolejny bilet lotniczy.

Ech… szkoda słów…

Lata obijania się po emigracyjnych budowach skorodowały mój subtelny, polonistyczny umysł do tego stopnia, że w coraz częściej nawiedzających mnie napadach frustracji bluzgałem słownym rynsztokiem bez opamiętania. Poniższe brutalizmy słowne przytaczam świadomie bez cenzury, nie z myślą o tandetnym epatowaniu czytelnika wulgaryzmami, ale jako ponury zapis autentycznego stanu świadomości:

– Kamedułów ci się k…. zachciało – huczało mi w głowie.

– Najpierw sobie latami rozp… duszę, a teraz chcesz się w trzy dni poskładać!? Dezintegracja pozytywna … chy­ba k… definitywna …

Przestałem bluźnić, kiedy samolot rozpoczął schodzenie do lądowania, a mnie eksplodował lewy półgłówek. Reakcja zapchanych zatok na zmianę ciśnienia. Na lotni­sku powitał mnie aromat polskiej nocy i stęsknione oczy Taty.

Uff … Od razu lepiej… uśmiechnąłem się do siebie.

Nie minęło czasu wiele, dzwon uderzył raz w kościele i już się otwiera brama, a w niej … broda brata Jana.

Jan Chryzostom okazał się człowiekiem obdarzonym niewymuszoną serdeczno­ścią, tym niemniej funkcja Strażnika Srebrnej Góry (jak go natychmiast w myślach nazwałem) dodawała jemu powagi, a nam respek­tu. Zwłaszcza, gdy na prośbę o pięć minut na wypakowanie się usłyszeliśmy zadumane:

– ooo… pięć minut… hm… u Kamedułów czas biegnie inaczej…

Tę refleksję miałem jeszcze usłyszeć w przyszłości w zgoła odwrotnym kontek­ście, tym jednak razem odebrałem ją jako żartobliwe ponaglenie w duchu sentencji czas ucie­ka, wieczność czeka. Automatycznie sprężyłem się w sobie (tu mała przechwałka: w zgodnej opinii bliskich i znajomych jestem jedynym im znanym dorosłym przedstawicielem ga­tunku homo sapiens w cywilu, który na hasło „Jurku, zrób proszę …” bez zastanowienia się czy zbędnych dyskusji, choćby nieprzytomny w środku nocy, bezzwłocznie wstaje i wykonuje zadanie) tak aby sprostać żelaznej, jak się spodziewałem, regule klasztornej. Brat furtian wręcz emano­wał sprawnością, taką nie wyćwiczoną w korporacji czy innym pruskim drylu, ale ra­czej płynącą ze skupienia i ułożonego wnętrza – nie chciałem więc go zawieść. Poże­gnawszy Tatę, przekroczyłem granicę baśniowego królestwa. Zgrzyt klucza w zamyka­jącej się za mną bramie rozkosznie połechtał moją i tak już rozbudzoną wyobraźnię.

Ruszamy.

Brat Jan przodem, ja w ślad.

Staram się zarejestrować na dysku twardym szereg wskazówek udzielanych przez mojego przewodnika: gdzie wstęp wolny, gdzie wzbroniony, gdzie się modlą za­konnicy, gdzie zwykli śmiertelnicy, którędy do celi, którędy do lasu i tym podobne.

Nagle radość i zaskoczenie!

Wśród kilku braci pracowicie szlifujących drzwi (ora et labora) – dostrzegłem znajomą twarz – wszak to Michał Knut we własnej osobie! Może i nie znaliśmy się bli­sko, ale cóż za koincydencja! Obaj z Glasgow na Srebrną Górę w tym samym czasie? Bardziej prawdopodobne byłoby spotkanie na dworcu autobusowym w Kathmandu, tam przynajmniej można się dostać bez listu polecającego. Już już miałem gruchnąć rubasznym „czo­łem panie Michale!” jak to mam w zwyczaju, gdy w porę ugryzłem się w język i tylko omiotłem go spojrzeniem uśmiechając się bardziej w duchu niż na zewnątrz. Święte milczenie to święte milczenie, żartów nie ma.

Po drodze, zginając z pokorą plecy przy kolejnych niziutko sklepionych przej­ściach, minęliśmy czytelnię (a w niej, jak później ustaliłem, na poczesnym miejscu „Ku­rier Wnet” – prawa komora serca od razu zabiła żywiej) następnie karcer (sic!) i wresz­cie stanęliśmy przed drzwiami mojej celi opatrzonej jakże symboliczną cyfrą sześć. Niewtajemniczonym spieszę wyjaśnić, że w tradycji biblijnej szóstka może nie musi za­raz oznaczać szatańskiego przeciwieństwa boskiej siódemki, ale z pewnością nosi zna­mię pewnej ułomności czy niedoskonałości, trochę jakby przystojny, pobożny, obdarzo­ny dobrym sercem i pięknym głosem mężczyzna zagłosował na Janusza Palikota. Z dru­giej strony szóstka stoi w przedsionku pełni wyrażonej cyfrą siedem i jako taka daje nadzieję na spełnienie, napawa radością niczym widok nieznośnego sąsiada, napotka­nego przypadkiem w otchłani amazońskiej dżungli dwa miesiące po katastrofie samolo­tu.

Pożegnawszy brata Jana, rozpocząłem przegląd celi. Siłą nawyku starannie oba­dałem glazurę w łazience, uznając z westchnieniem podszytym zazdrością swoją niż­szość jako płytkarza-samouka. Co może trudne do uwierzenia, jakość rzemiosła budowlanego w Polsce często góruje nad standardami brytyjskimi. Ku mojej ogromnej radości, okno wychodziło na dolinę Wisły, mogłem więc paść oczy do woli widokiem porannych mgieł czy też gwiezdną zupą w nocy. W szafce biurka znalazłem trzy pojemniki: z cukrem, herbatą i kawą. Już niebawem miałem docenić urok tak prostych czynności jak parzenie kawy, gdy się jest odciętym od tysiąca innych podniet, do których nieświadomie przyzwyczajamy nasze łaknące przyjemności zmysły. O tak… bez trudu przywołuję niezrównany zapach czarnego płynu dolatujący z innej celi do moich nozdrzy, gdy po wieczornej modlitwie wychyliłem się przez wspomniane okno, by zaczerpnąć świeżego powietrza.

Tymczasem uprzytomniłem sobie brak ładowarki od telefonu, służącego mi za zegarek i budzik. Wszak by wstać o trzeciej rano (tak, tak) na poranne modlitwy potrzebuję cze­goś więcej niż bicie klasztornego dzwonu! Nie wiedziałem jeszcze wówczas, iż rzeczony dzwon postawiłby na baczność nieboszczyka. Lecę zatem z powrotem na furtę. Ku mojemu zaskoczeniu brat Jan nie tylko wyciągnął z kłębu kabli ten właściwy, ale uraczył mnie też opowieścią o wężu, którego rano spostrzegł na dziedzińcu między murem a klasztorem. Po czym skonstatował – jest wąż, Adam i jabłko też się znajdzie, brakuje tylko Ewy!

Cóż… klasztorny dystans do płci pięknej w pełni rozumiem. Co innego, gdyby to nie Srebrna Góra była, ale dajmy na to Silberberg gdzieś w Schwarzwaldzie – nie byłoby takiej potrzeby. Ale w Polsce … Trzy dni później żegnałem się z Bielanami mijając space­rujące wzdłuż drogi krakowianki. Aż mną zatrzęsło. Myślę, że gdyby takie niewiasty krążyły po klasztorze, nie byłbym w stanie skupić się na żadnej modlitwie ani poboż­nej lekturze, no może z wyjątkiem Pieśni nad Pieśniami. A kysz! Tu muszę zauważyć, że zawsze z lekkim rozbawieniem i szczyptą podziwu zmieszanego z niedowierzaniem obserwowałem łatwość, z jaką kobieta potrafi wywrócić do góry nogami wypracowany w pocie czoła przez mężczyznę ład (chyba że to ja jestem owym mężczyzną) co akurat najczęściej wychodzi płci brzydkiej na dobre – na tym między innymi polega uroda tego świata. Ładu kamedulskiego rewolucjonizować jednak nie ma potrzeby i na tym po­przestańmy.

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy spojrzałem na zakonny rozkład dnia, wyda­wał mi się niesłychanie poszatkowany. Życie przyzwyczaja większość z nas do działa­nia wielogodzinnymi etapami – szkoła, praca, nawet wypoczynek czy spotkania towa­rzyskie – wszystkie te czynności z reguły zajmują nam w ciągu dnia szereg godzin z rzędu. U Kamedułów dzień wygląda natomiast jak tort przekładaniec: modlitwa, czytanie, mo­dlitwa, posiłek, praca, modlitwa, posiłek, modlitwa, praca, posiłek, modlitwa, czytanie, modlitwa – trzynaście etapów upchniętych w szesnaście godzin, czyli wychodzi średnio niewiele ponad godzinę na czynność! A jednak to działa. Zmiana odświeża umysł, czyni go bardziej wydajnym, to samo być może tyczy się ducha, którego trwanie nuży a system interwałowy ożywia.

Mój umysł był na tyle pobudzony nowością wszystkiego, co się dookoła działo, że pierwsze modlitwy upłynęły mi nie tyle na rozmowie z Panem Bogiem, co obserwa­cji o charakterze, nazwijmy to niezgrabnie, estetyczno-teatralnej. Ostatecznie oprawa naszych modlitw robiła wrażenie: wielowiekowe mury, ciemności, w których jaśnieją drobne światełka i białe habity mnichów, miarowo wypowiadane teksty modlitw… nie trzeba być szczególnie uduchowioną osobą, żeby odczuć, że jest się w przedsionku za­światów. Poza tym, od samego początku nurtowało mnie jedno pytanie, na ile właści­wie Kameduli są święci? Co innego, gdyby byli zwykłymi duchownymi zanurzonymi po uszy w zgiełku doczesności. Wówczas przykłada się trochę inną miarę, bo siłą rzeczy łatwiej jest zagubić się w wirze ludzkich spraw. Taki wszak był los wielu szczerze zaan­gażowanych duszpasterzy – w pewnym momencie świat ich zagarnął. Ci, którzy wyszli z pułapek doczesności obronną ręką, dziś bardziej świadomie pielęgnują przyjaźń z Bogiem, bo już zrozumieli, jak łatwo jest przykleić etykietkę „woli Bożej” do ułomnych ludzkich myśli i pragnień. W przypadku Kamedułów miara musi być bardziej surowa, bo po to właśnie odcięli się od świata, by poświęcić się całkowicie mistycznej więzi ze Stwórcą. Jedyna ich misja, to pogłębianie tej świętej przyjaźni, z której następnie mają wypływać rozmaite łaski dla świata, o czym mówił Jan Paweł II, kiedy nazwał Srebrną Górę „piorunochronem Krakowa”.

A tu psikus, poprzedni przeor zakosił z klasztornej kasy sto tysięcy złotych i przekazał znajomej lekarce, która następnie kupiła sobie „wypasioną brykę”, jak to dzisiaj wdzięcznie okre­śliłaby młodzież. Po czym opowiadał w sądzie dyrdymały, idąc w przysłowiowe zaparte. Chciałoby się westchnąć i rzec – historia jakich wiele – i może okrasić ją zwyczajowym – duchowni to także ludzie, ze wszystkimi ich słabościami … Mówimy wszak o kimś, kto żyje w odcię­ciu od świata, ciszy i spokoju, mając w ciągu dnia wiele okazji do modlitwy i badania swojego serca, którego powołaniem nie jest tak naprawdę jakakolwiek ziemska aktyw­ność, a jedynie pielęgnowanie wspomnianej świętości, czyli „chodzenia w Duchu” dwa­dzieścia cztery godziny na dobę. Stąd też z pewną dozą podejrzliwości przyglądałem się poczynaniom braci zakonnych, podświadomie szukając gdzieś rys na ich wizerunku …

Godzina trzecia trzydzieści. Czarna noc. W ciemnym klasztorze, rozświetlonym tylko nieznacznie wokół tabernakulum, zajmuję swoją stallę. O tej porze umysł zwykłe­go śmiertelnika znajduje się w dość nietypowym stanie. Jest już w miarę wyspany i zre­generowany (zakładając oczywiście wczesny spoczynek) a dokoła zamiast rażącego światła i porannego zgiełku jest ciemność i cisza. Zdziwiona głowa nie dostając z rana heroinowego koktajlu bodźców w postaci radia, ulicznych hałasów, informacji z sieci i tak dalej, pracuje „na głodzie”, łapczywie zasysając co się tylko da: na przykład szczegóły anatomii oraz garderoby osób siedzących obok, wszystkie poruszenia, chrząknięcia i tym podobne istotności. Jednym z moich ulubionych zajęć była na przykład obserwacja postawy wspomnianego już wyżej kolegi, Michała Knuta, który w pierwszej stalli trwał nieporuszony niczym posąg. Już miałem dojść do wniosku, że Michał musi najwyraźniej wchodzić w stan jakiegoś mistycznego odrętwienia, gdy ku mojej uldze ziewnął i podrapał się po nosie. Uff … jednak śmiertelnik.

Kiedy zaspokoiłem pierwszy głód zmysłów rozmaitymi szczegółami nowego środowiska, zacząłem się modlić. Każdy kto próbował wejść w głębszą modlitwę ot tak, z marszu, wie jak trudne to zadanie. Co innego złączyć rączki i odmówić pacierz (swoją drogą zabawne słowo, męskie pater po słowiańsku zmiękczone, jakby połączenie pa­ter z macierz) a wytrwać godzinę na modlitwie tak zwanymi „własnymi słowami”. Jest to trudne przedsięwzięcie. W głowie niczym rój wściekłych os brzęczą nam myśli, obrazy, emocje, którymi żyjemy na co dzień. Rzecz znana i opisana w literaturze tak chrześcijańskiej jak i filozofiach wschodnich. Oczywiście najprostszym rozwiązaniem, jest trzymanie się tekstu modlitwy odmawianej przez zakonników. Ale konia z rzędem temu, kto połapie się w brewiarzu zakonnym. Gdy zwróciłem się do brata Jana z prośbą o pomoc, ów udzielił mi jej doraźnie (czyli wskazał bieżące modlitwy) natomiast jak sam stwierdził, system załapał po trzech miesiącach. Stąd wniosek, jak się mówiło za peerelu, „racjonalizatorski” – do otrzymanego na furcie programu dnia należałoby dołą­czyć instrukcję obsługi brewiarza. Choć, jak zaznaczyłem wyżej, trzymanie się słów modlitwy liturgicznej jest pewnego rodzaju ułatwieniem i może się stać formą ucieczki od osobistej rozmowy z Bogiem. Jak wiadomo, najlepiej wyciszyć umysł, otworzyć ser­ce i pozwolić Duchowi Świętemu modlić się za nas. Chciałoby się powiedzieć – dobry żart. Przeciętnego śmiertelnika tak męczą jego rozmaite nieuporządkowania, upadki, grzechy i inne strapienia, że nie jest w stanie pięciu minut ze sobą wytrzymać sam na sam w ciszy i szczerości, a co dopiero z drugą osobą, zwłaszcza jeśli pisze się ją przez duże „O”. Szybko zacząłem rozumieć, dlaczego niektórzy dawali dyla po pierwszym dniu pobytu. Tutaj po prostu nie ma ucieczki przed samym sobą i Bogiem. Nie ma dokąd zwiać ani czym się znieczulić.

Sfrustrowany własną niemocą modlitewną, brakiem skupienia, tysiącem ataku­jących mnie myśli, a gdzieś podskórnie własnym nieudacznictwem życiowym, poczu­ciem zmarnowanych lat, straconych szans, wyschniętego i spłyconego serca, poskręca­ny powrozami mniejszych lub większych uzależnień zacząłem się najzwyczajniej mo­dlić o pomoc w sensownym przeżyciu następnych dwóch godzin (jedna z zalet „poszat­kowanego” dnia).

Dobry Bóg musiał się wzruszyć szczerością moich łkań, bo już za chwilę zapro­wadził mnie do czytelni i wskazał na półce Wprowadzenie do modlitwy mistycznej au­torstwa anonimowego Eremity.

Połknąłem ją jak pigułkę.

I zaraz mi zeszła gorączka.

Tu ośmielę się wystąpić do Strażnika Srebrnej Góry z kolejnym wnioskiem racjonalizator­skim – książka ta powinna być wręczana już na furcie każdemu duchowemu ku­racjuszowi. Jestem pewien, że ułatwiłaby wielu osobom odnalezienie się pośród dłu­gich godzin spędzanych sam na sam z całym śmietnikiem, który mamy w głowach. Jej siłą jest jasna, niezwykle przekonująco wyłożona prawda – nasze słabości są podsta­wowym budulcem więzi ze Stwórcą. Niby nic nowego pod słońcem, ale ileż jest takich ogólnie znanych mądrości nigdy konsekwentnie nie wprowadzonych w życie … Jak to wiemy ze znanej ewangelii, sęk w tym, by ziarno padło na przygotowaną glebę i to jeszcze w sprzyjającym środowisku!

Już wkrótce, z otuchą wlaną na nowo w serce, oddawałem Bogu wszystkie moje bolączki, a sam milcząco trwałem w Jego obecności ciesząc się wspólnie spędzanym czasem. Skrzydeł dodał mi także pierwszy kontakt z bratem Michałem, który nastąpił podczas przekazania znaku pokoju – uścisnęliśmy sobie dłoń bardzo serdecznie i z uśmiechem spojrzeli w oczy. Strasznie zabawne uczucie. W epoce Wielkiego Gadania, w rzadkiej zupie zżartych inflacją słów, miło jest doświadczyć ciszy, w której jeden gest tyle znaczy.

Podbudowany pewnym rozwojem sytuacji (ileż się może dziać w miejscu pozor­nie pozbawionym akcji) wyprostowałem nieco plecy i … poczułem powracającą har­dość spojrzenia. Niesamowite, jak szybko przechodzi pokora, kiedy tylko trochę czło­wiek się wzmocni. Jeszcze wczoraj kajał się i tarzał w prochu własnego nieszczęścia, a dziś już paraduje w wykrochmalonym mundurze i błyszczących butach, oficerskim okiem spoglądając w dół na świat. Nie do wiary. Na szczęście w porę się zorientowałem i szybciutko popukałem w czoło, po czym pospieszyłem do czytelni, by zatopić się w lekturze. Tu czekała mnie kolejna lekcja.

Wspominałem o obowiązującej w klasztorze regule milczenia. W praktyce, oznacza ona nie wypowiadanie słów niekoniecznych. Jest to oczywiście kwestia względna, ostatecznie brat Jan nie musiał wcale dzielić się ze mną różnymi opowieściami, ale można potraktować ją jako zasadę pielęgnowania ciszy, w której, zgódźmy się, lepiej słychać szept, niż gdy „muzyczka skądsiś gra”, by zacytować Witkacego. W tym miejscu pozwolę sobie na drobną dygresję, otóż przypomniałem sobie, jak przed laty walczyłem zażarcie z siostrami, by nie słuchały radiostacji nadających muzykę pop. Nie mogłem wprost zrozumieć, jak można wytrzymać takie lawiny dźwiękowego bełkotu i zżymałem się – przecież człowiek nie jest w stanie usłyszeć jednej swojej myśli, no przecież nie róbcie sobie z głowy beczki z siekaną kapustą i tak dalej. Najwyraźniej już wtedy uczulony byłem na kwestię wewnętrznej ciszy, czym wpędzałem biedne siostrzyczki w poczucie winy, bo niestety na zrozumieniu nastoletniej psychiki mi nie zbywało. Wracając do wizyty w czytelni, po ukończonej lekturze wybrałem sobie następ­ną pozycję z zamiarem pożyczenia jej do celi. Nie mając jednak pewności co do regula­minu, zwróciłem się do siedzącego naprzeciw mnie brata – przepraszam, chciałem za­pytać… W tym momencie zaczepiony przeze mnie tak znienacka brat szarpnął się do góry jak dźgnięty nożem i po sekundzie, osuwając się z powrotem na krzesło, z szeroko otwartymi oczami wyszeptał – można… jeśli jedną… Wymamrotałem szybko jakieś przeprosiny i plując sobie w brodę wycofałem się z miej­sca przestępstwa. Przypomniałem sobie wówczas wyczytane gdzieś ostrzeżenie przed nagłym wybudzeniem lunatyków, wszak tkwią oni głęboko pogrążeni w innej rzeczy­wistości i nagła teleportacja może wywołać w nich wstrząs psychiczny. Mówię to oczy­wiście pół żartem, ale od tamtej pory trzy razy zastanowiłem się, nim uznałem, że muszę jakiegoś brata wytrącić z wewnętrznego skupienia. Chyba że był to Jan Chryzo­stom, tu opory miałem nieco mniejsze, ponieważ wydawało mi się, że opanował on w większym stopniu niż inni współbracia sztukę łączenia luźnej gadki z duchowym wyci­szeniem.

Skoro jesteśmy przy ciszy, widzę siebie opartego o parapet w celi, jest piąta rano, za chwilę dzwon na Jutrznię (nie mylić z modlitwą poranną półtorej godziny temu). Patrzę na świat. Dolina Wisły skąpana w mlecznej mgle, z której wystają koro­ny drzew niczym zielone wysepki. Brakuje tylko odgłosów tropikalnego lasu, by pomyśleć, że to gdzieś w Kongo. Myślałem sobie wtedy, że tyle się mówi dziś o uzależnieniach, wiadomo dokładnie jaka jest ich dynamika i blokujące rozwój działanie. Wiadomo już, że uzależnić się można dosłownie od wszystkiego. A jednak wciąż nie mówi się powszechnie o jednym z najgorszych, najbardziej kaleczących – uzależnieniu od bodźców i działania w ogóle – czyli innymi słowy – od jakiejkolwiek treści lub aktywności szczelnie niczym pianka poliuretanowa wypełniających przestrzeń, w której dopiero mogą narodzić się pewne pytania i myśli. Wiele razy słyszałem już od ludzi tę samą wypowiedź – nie umiem odnaleźć się w ciszy albo, jak wyraziłby się Norwid, bez-czynieniu. Ogromna większość z nas, to niezdiagnozowani narkomani słowa, bodźców zmysłowych czy też działania. Ktoś powie, że przesadzam, że to funkcje należące wszak do definicji człowieka. O nie… Język, zmysły i działanie to tylko narzędzia, które jak każda inna substancja, mogą stać się więzieniem umysłu, gdy tylko zanadto się w nas rozpanoszą. U niektórych (najczęściej dorosłych osobników) lęk przed brakiem zajęcia i ciszą to już istny horror vacui – byle tylko coś grało, byle coś robić. Gdzieś zasłyszałem następujące zdanie – dla białego człowieka minuta ciszy jest równie krępująca, jak dla Indianina minuta rozmowy. Proste. Naturalnym jest to, do czego przywykliśmy. Warto zadbać o wyrobienie zdrowych nawyków. Po raptem paru dobach spędzonych u Kamedułów już wiedziałem, że gdziekolwiek nie poniosą mnie w życiu nogi, zadbam o obfitość ciszy i zdrowego (nie mylić z lenistwem) bez-czynienia. Tylko wtedy mam szansę uniknąć losu anegdotycznego rowerzysty, do którego krzyczą „halo panie! Błotnik się panu telepie!” Ale on nie słyszy, bo… no właśnie.

Skoro już jesteśmy przy mądrościach płynących z dowcipów, nie zliczę chyba kursów wykonanych na pełnych obrotach z pustymi taczkami, „bo nie było czasu załadować Towarzyszu Sekretarzu” (swoją drogą co za humorysta wymyślił, żeby szefa państwa nazwać sekretarzem, przecież to komiczne, brzmi jak jakaś gangsterska ksywa – Słowik, Masa i Sekretarz). Mój Boże… Jestem pewien, że krzyczałeś do mnie dziesiątki razy „halo panie Jerzy!”, a kiedy nie odpowiadałem, zacząłeś rzucać mi pod koła kamienie, żeby mnie zatrzymać w pędzie. Ale cóż … ja byłem zdrowym byczkiem, pełnym sił i energii, więc skakałem po tych kamieniach, pchałem moje taczki z całych sił … Całe szczęście, że finalnie koło nie wytrzymało szaleńczej jazdy i odpadło, bo znając siebie, dalej bym tak parł do przodu. Co najśmieszniejsze, choć to taki trochę śmiech przez łzy, w pierwszym odruchu oczywiście rzuciłem się naprawiać koło – później dopiero usłyszałem w sercu podszept – zajrzyj do taczek synu …

Niedzielne nabożeństwa poranne stanowiły prawdziwą próbę świętości. Ciągną­ce się w nieskończoność monotonne modlitwy wyjątkowo dały mi w kość. Wśród napa­dów rozdrażnienia na przemian z uczuciem niedotlenienia zmagałem się w myślach z całą ideą monastycznego kastrowania się z emocji. Do tej pory zresztą nie rozumiem, dlaczego teksty psalmu, w których wprost mówi się o chwaleniu Stwórcy radosnymi ustami, wypowiada się z grobową intonacją. No ale może po dziesięciu latach spędzo­nych w zakonie zmieniłbym zdanie. Na szczęście do złożenia ślubów wieczystych pro­wadzi tak długa droga, że Michał Knut będzie miał tysiąc okazji, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rezygnacja z radości pływania w rozgwieżdżonym nocą oceanie, powie­wu wiatru na górskim szczycie albo kobiecej miłości, by wymienić kilka spośród niezliczonych pereł tego świata, jest jego życiowym wyborem. Na tak zwany chłopski rozum to albo tę wyrwę zastąpi niezwykła, wszystko nagradzająca więź z Bogiem, albo duch uschnie, niczym odcięty od gleby, słońca i wody krzew. Tertium non datur.

Wśród takich niewesołych dla odmiany myśli, po zakończonej modlitwie skiero­wałem się ku swojej celi. Za chwilę słyszę pukanie do drzwi. To cudowny brat Albert z jakimś bajkowo-dziecięcym zaśpiewem i lekko zdziwionymi oczami odzywa się do mnie w te słowa: – ale my mamy przecież wystawienie Najświętszego Sakramentuuu … I dodaje, kwi­tując moje wyjaśnienia zamiatającym gestem – no to jużżż…

Momentalnie uaktywniła się moja mania kojarzenia wszystkiego ze wszystkim. Uprzytomniłem sobie, że oto stoi przede mną najprawdziwszy krasnoludek! Z przepiękną brodą, wesołymi oczami i kapturem… Podczas następnego nabożeństwa z radością śle­dziłem poczynania braci przemieszczających się z lekkim szelestem w półmroku. Jak to krasnoludki, każdy miał zajęcie, jeden długim gasidłem gasił świece, inny otwierał Księgę, a nad wszystkim czuwał Oj­ciec Przeor z nieco innej bajki – tolkienowski król krasnoludów – Fundin, Durin albo Balin. Gimli niekoniecznie, bo może zbyt rubaszny.

Z takim to bagażem myśli rozmaitych, ani szczególnie mądrych ani nazbyt głu­pich, przewietrzoną głową i odświeżonym spojrzeniem na pojęcie „życiowej sprawności” – żegnałem się powoli ze Srebrną Górą. Brat furtian, który teraz jawił mi się oczywiście jako Ko­szałek Opałek, z dobrotliwym uśmiechem przypomniał, abym koniecznie uzupełnił braki w doku­mentacji. Pozwoliłem sobie bowiem wprosić się do klasztoru bez listu polecającego, uznawszy może nieco pospiesznie, że byłaby to tak zwana „lipa”, zważywszy mój mało chrześcijański tryb życia w ostatnim czasie. Król Balin był jednak innego zdania, w związku z czym zobowiązałem się glejt dostarczyć. Zapytałem jeszcze tylko, ile mam na to czasu.

Na co usłyszałem – byle w tym półwieczu… u Kamedułów czas płynie inaczej…

Jerzy Brzeziński

Udostępnij
Kategoria
Czytaj także

Paweł Bielawski: Seks, seksualność i rodzina oczami archeofuturysty. Perspektywa Guillaume’a Faye’a

Nie ulega wątpliwości, że lewica narzuciła swój język w sferze seksualności i obyczajowości z nią związanej, np. „heteronormatywny”, „cis” itd. Prawica natomiast, pełna pruderii, wydaje się być w tej sytuacji zupełnie poza swoją strefą komfortu. Prawica lubi wypowiadać się o Kościele, religii, ale jak dochodzi do tematu seksu i seksualności, to wydaje się, że pełna zażenowania spogląda na księdza z nadzieją aprobaty i wstydzi się cokolwiek powiedzieć. Lewica natomiast, skwapliwie z tego korzysta, narzucając swoją narrację właściwie bez żadnego oporu, nie licząc okazjonalnych pomruków niezadowolenia z prawicowej strony.

„Komunizm jak i kapitalizm były dla Ottona Strassera systemami przesiąkniętymi egoizmem.” – wywiad z dr. Tomaszem Kosińskim, autorem pierwszej polskiej monografii o założycielu “Czarnego Frontu”.

Związek Sowiecki przed II wojną światową jak i po tej wojnie był traktowany przez Ottona Strassera jako zagrożenie dla Niemiec jak i Europy. Stąd promował ideę budowy zjednoczonej Europy jako przeciwwagi dla ZSRS przed drugą wojną światową oraz jako trzeciej siły między USA a ZSRS po zakończeniu tego konfliktu.

David Engels

Przeciw agonii Europy – rozmowa z prof. Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności i pracownikiem Instytutu Zachodniego w Poznaniu

Walka między dobrem a złem toczy się wiecznie i nie zostanie rozstrzygnięta aż do dnia ostatecznego. Dlatego musimy uważać, by nie obarczać naszej walki o zachodnią cywilizację nadmiernymi eschatologicznymi nadziejami. Uważam, że rzeczywiście będzie możliwe doprowadzenie naszej cywilizacji do ostatecznej syntezy, która opiera się na racjonalnym powrocie do tradycji, ale ta synteza będzie jednocześnie punktem końcowym naszego rozwoju kulturalnego – po niej mogą powstać inne kultury, a walka w sercu każdego człowieka będzie trwała dalej, jednak „wielki organizm” Zachodu zostanie „zamknięty”.