Kanonada Narodowego Romantyzmu

wersja beta

Sawa Dragan: List do Husaka

listy

Sawa Dragan: List do Husaka

Udostępnij

Szanowny Pan

Dr Gustav Husak

Sekretarz Generalny KPCz

Praga

I. WSTĘP

Proszę mi wybaczyć, że w pierwszych słowach mego listu nie pytam Pana o zdrowie ani, że go Panu nie życzę. Nie robię tego z powodu mojego wyssanego z mlekiem matki antykomunizmu; po prostu wiem, że Pan już nie żyje. Mimo to, a może właśnie dlatego, postanowiłem napisać do Pana, skreślić – jak to się kiedyś mówiło – tych kilka słów. Ośmieliłem się, nie ukrywam, po lekturze Listu otwartego do Sekretarza Generalnego KPCz Vaclava Havla, który niedawno temu przeczytałem. Jak się Pan zapewne domyśla, niedawna 75. rocznica urodzin Havla i następująca krótko po tym śmierć Waszego prezydenta, skłoniła wielu ludzi na całym świecie do refleksji nad jego życiem i dziełem, w którym to Pan – może trochę jak Piłat w Credo – zajął poczesne miejsce. Wcześniejsze zapoznanie się z twórczością pana Havla było, przynajmniej dla przeciętnego obywatela Rzeczypospolitej Polskiej, nieco utrudnione, ponieważ poprzednia edycja Jego esejów miała miejsce, o ile się nie mylę, w 1984 roku i dopiero 75. urodziny Pana Prezydenta skłoniły polskiego wydawcę do oddania Jego talentowi stosownego hołdu. Od razu Panu powiem, że wydanie nie stroni od drobnych błędów edytorskich, ale my, którzyśmy wychowali się w realnym socjalizmie nie zwracamy uwagi na jakieś literówki czy inne niedoróbki, jak na przykład doprowadzenie życiorysu Bohatera tylko do roku 2003. Dla nas – sam Pan wie – liczy się, że książka jest i to w twardej oprawie. A na okładce zdobi ją piękny portret pana Havla: głowa zwieńczona niesfornymi kędziorami, oczy okolone zmarszczkami i patrzące z troską choć jednocześnie młode i figlarne. I ta dłoń – trzymająca czy też raczej muskająca ucho. Lewe ucho. Nie jest to gest osoby niedosłyszącej, która zwykle z dłoni stara się zrobić dodatkową powierzchnię małżowiny. Dziwny to gest i taki trochę nienaturalny. Ale widocznie wydawcy zależało na tym, aby przyozdobić książkę takim właśnie, a nie innym, obrazkiem. Mnie to przypomina raczej tak zwane „ucho od śledzia”. Jeśli oglądał Pan polską komedię kryminalną Vabank, to wie Pan, o co mi chodzi.

II. FENOMEN ZAANGAŻOWANIA W APATIĘ.

Tak więc pojawienie się w polskich księgarniach nowej edycji esejów pana Havla zwróciło moją uwagę na Pana osobę i ośmieliło do napisania tego listu. W tekście List otwarty do Sekretarza Generalnego KPCz z 8 kwietnia 1975 roku pan Havel analizuje stan społeczeństwa czechosłowackiego pod Pana rządami, czy może lepiej powiedzieć: zarządem.1 Patrząc na Wasze społeczeństwo po stłumieniu jego aktywności przez zbrojną interwencję wojsk Układu Warszawskiego postronny obserwator nie może nie dostrzegać istniejącej w nim jedności z organami władzy i jednomyślności z linią partii komunistycznej. Jednakże pan Havel zauważa istniejące pod tą zewnętrzną pokrywą sprawy stojące w sprzeczności z oficjalnym obrazem życia społecznego. Pan Havel wskazuje na drążący przeciętnego Czechosłowaka strach przed materialną presją jakiej został on poddany oraz karierowiczostwo a także obojętność dla spraw ogółu, która została zmyślnie przekształcona w aktywny czynnik społeczny. Mechanizm, jaki tu zadziałał, wygląda zdaniem pana Havla tak: apatia prowadzi do adaptacji a adaptacja prowadzi do działania zrutynizowanego, które aktywność społeczną czy polityczną tylko imituje. Z punktu widzenia władzy taki układ, przyzna Pan, jest, można powiedzieć, idealny, ponieważ społeczeństwo w żaden sposób jej nie zagraża. No tak, ale tu rodzi się pytanie o sprzeczność praktyki władzy z jej socjalistyczną – humanistyczną wręcz – ideologią, a właściwie – na co pan Havel zwraca uwagę – o trwanie pragmatycznej władzy przy górnolotnym, ideologicznym frazesie. Reżim animuje przy tym przeróżne rytuały życia politycznego czy społecznego, które, wobec ich nieprzystawalności do prawdziwego życia, są tylko grą pozorów a nie rozwiązywaniem rzeczywistych problemów. Pan Havel uważał, jak Pan pamięta, że władza w ten sposób uciska życie a uciskając je doprowadza do jego zaniku a więc, można powiedzieć podcina gałąź, na której siedzi – sama siebie uśmierca. Z jednej strony prawdziwe życie wdziera się w różne zakamarki i kuluary władzy a z drugiej strony ludzie, którzy zmuszani są do uczestnictwa w tej grze pozorów nie tracą świadomości, że posiadają ludzką godność, która w ten sposób jest poniżana przez władzę. Napawa to strachem przed bezsensownymi i długotrwałymi negatywnymi skutkami opierania władzy na systematycznym tłamszeniu ludzkiej godności i nierealizowaniu naturalnych życiowych potrzeb, przed rozwijaniem w ludziach egoizmu, hipokryzji, obojętności, tchórzostwa, strachu, rezygnacji itp.

Ten list pana Havla do Pana, zwłaszcza we wnioskach, którymi są obawy o kondycję moralną człowieka zmuszonego do życia w społecznej apatii, ma znaczenie bardziej uniwersalne. Proszę sobie wyobrazić, że niemal w tym samym czasie podobnymi kwestiami interesowano się w Polsce. Gdy Pańska kancelaria odsyłała panu Havlowi jego list, z niezbyt uprzejmymi uwagami na temat jego wrogości do ojczyzny, w moim kraju powstawała kolejna tajna inicjatywa polityczna mająca na celu, jak to inicjatywa polityczna, odzyskanie przez Polskę suwerenności, wprowadzenie w niej swobód obywatelskich oraz stworzenie ustroju opartego na wielopartyjnej demokracji itd. Jeden z członków, jak się później okazało, tej organizacji – niejaki Andrzej Kijowski (tak jak i pan Havel – pisarz i dramaturg…) – rozważał podobną kwestię. Bardziej jeszcze niż Vaclav Havel zwracał się on ku nieznanej przyszłości, w której Polacy, ale i wszyscy obywatele radzieckiej Europy odzyskają wolność. Bo trzeba Panu wiedzieć, że Wolność i prawo do niej jest jednym z podstawowych pojęć cywilizacji łacińskiej, do której w swoim programie odwoływało się środowisko polityczne Andrzeja Kijowskiego – Polskie Porozumienie Niepodległościowe, o którym tu mowa. Z zastosowania wolności do relacji pomiędzy władzą a jej poddanymi wynika pojęcie obywatelstwa, co my w Polsce wiemy już od średniowiecza z traktatu Pawła Włodkowica O władzy papieża i cesarza względem pogan. Może Pan o tym słyszał, ja zaś wspominam to, żeby Panu uzmysłowić, że rozważania na temat natury władzy, jej sprawności lub też konsekwencji jej sprawowania są w naszej cywilizacji czymś normalnym i każdy obywatel, ma się rozumieć, zgodnie ze swym doświadczeniem i stosownie do poziomu intelektualnego, takie rozważania może prowadzić. I jakkolwiek z większości takich rozważań nic konkretnego nie wynika, to chciałbym, aby Pan wiedział, że nie są one inspirowane przez wrogie agentury jeno z troski o to wszystko, co uważamy za nasze wspólne dobro.

Otóż inkryminowany Kijowski w artykule Rachunek naszych słabości z września 1977 roku, tak jak i pan Havel, zauważa tą presję ekonomiczną ciążącą na obywatelu socjalistycznej ojczyzny2. Zauważa też, że wynika ona z władzy ekonomicznej sprawowanej przez reżim komunistyczny nad nim, co nie tylko degraduje pracę jako wartość, ale jest filarem koncentracji władzy w rękach małej grupy. To zaś – koncentracja władzy w rękach małej grupy – powtarza się w naszej historii wewnętrznej nader często i regularnie tak jak w historii zewnętrznej powtarzają się nam sytuacje bez wyjścia. Kijowski zastanawia się nad powtarzalnością podobnych okoliczności w dziejach narodu ponieważ – jak twierdzi – to one, wymagając podobnych reakcji, kształtują charakter narodu. W swoich rozważaniach, nie przeznaczonych przecież dla reżimu, Andrzej Kijowski zmierza do postawienia kwestii: co przyjdzie po ewentualnym końcu władzy radzieckiej nad nami. Czy po latach życia w degenerującym nas moralnie systemie będziemy umieli tę władzę przejąć i sprawować jak przystało na suwerena.

To są niezwykle ważkie kwestie, leżące gdzieś pomiędzy teorią suwerenności a praktyką sprawowania władzy. Domyśla się Pan już moich zainteresowań: czy władza w praktyce jest tak samo suwerenna jak w teorii? Dalej postaram się jeszcze bardziej sprecyzować o co mi chodzi i dlaczego piszę do Pana a nie do Vaclava Havla, który, tak jak Pan, też już przecież nie żyje. Przede wszystkim, po przeczytaniu życiorysu i kilku esejów pana Havla doszedłem do wniosku, że po śmierci poszedł on prosto do Nieba, gdzie zajmuje się kontemplowaniem Boga i ziemskie sprawy z pewnością go nie obchodzą. Co do Pana, jak i pozostałych komunistów, mam przekonanie graniczące z pewnością, że jeszcze długo się tam nie znajdziecie i póki co, dla zabicia czasu w Czyśćcu (a tym bardziej w piekle, choć akurat tego bym panu nie życzył), pomoże mi Pan znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie kwestie.

Przyznam się Panu, że nigdy bym do Pana nie napisał, gdyby nie inny esej Andrzeja Kijowskiego, który jest dla mnie zwornikiem pomiędzy sprawami socjalistycznej Czechosłowacji (dziś już, tak jak Pan, nie żyjącej) a sytuacją współczesnej Polski. To krótki tekst napisany w dziesiątą rocznicę stłumienia Praskiej Wiosny – artykuł z jesieni 1978 roku pod tytułem Czechosłowacja3. Kijowski uważa, że Praska Wiosna obnażyła istotę systemu radzieckiego (będącego systemem rosyjskiej dominacji nad częścią świata) – jak go nazywa – „świętego systemu”. Jak do tego doszło? Do tej pory najważniejszą strażniczką tego systemu władzy (w tym i władzy namiestniczej) była cenzura stosowana zręcznie, inteligentnie ograniczana w chwilach politycznych „przełomów”. W Czechosłowacji pod rządami Nowotnego o tym zapomniano i nie dbano o „puszczanie pary w gwizdek” w stosownych momentach dziejów. Z kolei ograniczenie cenzury do minimum przez Dubczeka wyzwoliło prawdziwą wolność słowa, która przyniosła, co oczywiste, krytykę całego systemu komunistycznego. Ani radziecki suweren ani ościenni satrapowie nie mogli do tego dopuścić. Nawet Zachód nie był zainteresowany takim obrotem spraw. Czechosłowacy ujawnili błąd „świętego systemu”. A system ten jest bardzo giętki (nawet bardziej niż nam się wszystkim wydaje), ale jest bezalternatywny. Co więcej jest on filarem aktualnego do dziś systemu jałtańskiego więc jest naturalne, że również Zachód nie jest zainteresowany likwidacją radzieckiego systemu dominacji. Istotą systemu, warunkiem tego, żeby nie atakowany z zewnątrz ani od wewnątrz nie uległ implozji, żeby nie zawalił się sam z siebie, jest zaś utrzymanie względnej równowagi pomiędzy niszczycielskimi skutkami monopolu władzy a samoobronną zdolnością społeczeństwa (czego nie udało się utrzymać w Czechosłowacji w 1968 roku a co za cenę moralnego skarlenia społeczeństwa przywrócono po 1968…). Rozumie Pan więc, że, wobec tak sprecyzowanej istoty systemu, kluczowe musi być dla nas pytanie, czy ów system jest dla nas sytuacją bez wyjścia i czy przypadkiem nie bierzemy za jego krach objawów jego nadzwyczajnej giętkości. Bo też wyobraźmy sobie, co jest łatwiej powściągnąć: czy monopol władzy – tak niszczący w dziedzinie gospodarczej – czy samoobronne zdolności społeczeństwa? Zapewne można próbować i jedno i drugie (zwłaszcza gdy samoobrona społeczeństwa przekracza mocno granice prawa), ale przewagę werbalną, logiczną, prawną i psychologiczną system uzyskuje tylko dzięki cenzurze (propagandzie), czyli bez większych kosztów natomiast to pierwsze wiązałoby się z wprowadzeniem zasad ekonomii. Z wiadomym skutkiem dla wolności obywatela. Są to kwestie tym bardziej zajmujące, że, jak napisał Andrzej Kijowski: „Może to trwać jeszcze bardzo długo i powtórzyć się w każdym kraju tej strefy, albowiem w systemie bez alternatyw jest wiele stopni wiodących w dół”.4

Widzi Pan, zmiany jakie nastąpiły w mojej ojczyźnie po 1989 roku są, w swym rozmachu, porównywalne tylko do tego, co działo się w Czechosłowacji na wiosnę 1968 roku i może jeszcze na Węgrzech w roku 1956. Dlatego tak ważna jest dla moich rozważań ocena sytuacji dokonana przez świadków tamtych wydarzeń. Od Praskiej Wiosny do naszego Okrągłego Stołu minęło około dwudziestu lat. To akurat tyle ile trwała nasza międzywojenna niepodległość. Przez następne 20 lat zmieniło się w naszym kraju dosłownie wszystko: ustrój polityczny i gospodarczy, system sojuszy politycznych i wojskowych, kierunki polityki zagranicznej itp. Dokonaliśmy rozliczenia z komunistyczną przeszłością likwidując historyczne stronnictwa i tajne służby – filary poprzedniego systemu. W odróżnieniu od poprzedniego system mamy tak liberalny, że na poważnie zastanawiamy się nad legalizacją narkotyków (na razie miękkich), prostytucji czy nad zrównaniem homoseksualnego trybu życia z heteroseksualnym.

Zmiany polityczne ostatniego dwudziestolecia wykrzesały z Polaków niesamowity, muszę Panu powiedzieć, potencjał. Do tego stopnia, że, chociaż polikwidowaliśmy całe gałęzie przemysłu (jak na przykład stoczniowy), nadal utrzymujemy wzrost gospodarczy pomimo nasilającego się kryzysu. Co prawda nie używamy dziś takiego pojęcia jak „dyscyplina pracy”, ale myślę, że rozumie Pan o co mi chodzi5.

Ludzie, co do tego nie może być wątpliwości, wytwarzają nasz dochód narodowy w niespotykanym wręcz trudzie. Ci, którzy mają pracę, wykonują ją często na dwóch etatach. Olbrzymia jest też nasza emigracja zarobkowa – przyczyniamy się więc do pomnażania dochodu narodowego naszych sąsiadów z Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. A mimo to wielu zabiera także głos w sprawach publicznych; ludzie uczestniczą w wyborach parlamentarnych, a zwłaszcza prezydenckich, nawet poza granicami kraju. Konsulaty i ambasady przekraczają wielokrotnie normy wydajności w tych dniach obywatelskiej odpowiedzialności. Dzięki powszechnemu dostępowi do Internetu dziesiątki a może i setki tysięcy obywateli ma możność zabierania głosu w dyskusjach politycznych dotyczących najbardziej aktualnych zagadnień. Wszyscy, ale to absolutnie wszyscy, bez wahania potrafią skorzystać z dobrodziejstw demokracji. Można powiedzieć, że nasz dzień powszedni to jedno nieustające referendum na rzecz wolności, demokracji i praw człowieka6.

Nie wiem, czy interesował się Pan kiedykolwiek historią Polski, ale wygląda na to, że obecne dwudziestolecie bije na głowę nasze Dwudziestolecie międzywojenne pod względem konsolidacji społeczeństwa przy demokratycznym przywództwie kraju, ale i odwrotnie – konsolidacji władz po stronie społeczeństwa. Jeden z anglosaskich politologów obserwując demokratyczne przemiany w naszym kraju w końcu XX wieku pytał: „Polacy, jak to zrobiliście???”7 Vaclav Havel uznałby, jak Pan dobrze wie, że „odpowiedź zależy od tego, co rozumiemy pod pojęciem konsolidacji”8. Myślę, że dalsze rozważania tej kwestii można by prowadzić drogą wytyczoną przez pana Havla w „Liście otwartym” do Pana (na który ciągle się tu powołuję) i tak jak on stwierdzić, że „Główne pytanie, które trzeba tu sobie zadać, brzmi: dlaczego właściwie ludzie zachowują się tak, jak się zachowują; dlaczego robią to wszystko, co w sumie stwarza owo imponujące wrażenie społeczeństwa w pełni jednolitego, w pełni popierającego swój rząd?”9

III. RYTUAŁ GNIEWU

Młodość, to, jak może Pan pamięta, bunt. „Do dupy z młodzieżą, która nie jest rewolucyjna!” – wołał kiedyś któryś z wielu naszych zaangażowanych poetów. Ale z drugiej strony, gdy bodaj połowę miejsc pracy w naszym kraju oferują wielkie korporacje, to współczesny „bunt młodych” ma także drugą twarz – twarz potulnego i coraz bardziej sfrustrowanego wyrobnika, który ze swojej „śmieciowej umowy” nierzadko musi opłacać marne studia na coraz bardziej kretyńskich i oderwanych od życia fakultetach a do tego pokój wynajęty w metropolii. Presja psychiczna, która pojawia się w takich warunkach i nasila z wiekiem wymusza na tych młodych ludziach kontakt z używkami. Używki zaś, im mniej legalne tym lepsze (i droższe), bardzo często – tak jakoś mają – zmieniają konsumenta w dystrybutora/sprzedawcę, czyli przestępcę, ponieważ handel narkotykami jest i będzie nielegalny. To jest zaklęty krąg, z którego nie ma wyjścia ogromny procent młodego pokolenia. Czy media, czy współczesna kultura biją na alarm?

Wie Pan, wpadła mi ostatnio w ręce książka napisana przez jednego z naszych najwybitniejszych scenarzystów filmowych i teoretyka sztuki scenariuszowej. Wydano ją w 2005 roku, od co najmniej roku jest przeceniona i zapewne wkrótce trafi na przemiał. Jest to powieść z gatunku political fiction, której akcja dzieje się w 2015 roku w Polsce a ściślej mówiąc w IV RP, gdzie prezydentem jest Przewodniczący Wszechpomocy Polskiej Jędrzej Poller… Przypomina to do złudzenia Samoobronę RP i jej przywódcę Andrzeja Leppera. Mógł go Pan poznać osobiście, gdyż on też już nie żyje – powiesił się w zeszłym roku w swoim biurze. Być może przeczytał „Pisarza przemówień” – książkę, o której mówię… Tak się składa, że przedstawiona w tej powieści wizja nacjonalistycznego populizmu, choć niemożliwa w Polsce do urzeczywistnienia, jest osią przedziwnej kampanii propagandowej funkcjonującej w polskich mediach od 1989 roku aż po dziś dzień. Strach przed czyhającym za każdym węgłem (za węgłem każdego kościoła) nacjonalistycznym populistą stał się składnikiem mentalności najmłodszej warstwy naszego społeczeństwa.

Pan Havel także dostrzegał lęki kryjące się pod powierzchnią społeczeństwa czechosłowackiego; dostrzegał ich materialno-bytowe podłoże a także relatywnie duże znaczenie tego rodzaju nacisku dla poszczególnego człowieka. Co więcej, pan Havel, jeśli Pan pamięta, uważał, że jedynym sposobem samoobrony przed materialną presją stosowaną przez władze stało się w Czechosłowacji zewnętrzne dostosowywanie do niej – akceptacja. Uważa on także, że za tą formą nacisku na obywatela, jak i za drastyczniejszymi formami stosowanymi w poprzednich epokach socjalizmu stoi ten sam, że tak powiem, podmiot10.

Reakcje obronne będące odpowiedzią na strach, jakkolwiek różnie oceniane, są jak najbardziej naturalne. Należy też oddać władzy szacunek, że potrafi te reakcje kanalizować w odpowiednich dla siebie kierunkach. Przeciętny obserwator natury ludzkiej, a nieprzeciętny – jak Vaclav Havel – to już szczególnie na pewno zwróci uwagę na zabiegi ofensywne stosowane przez współobywateli. „Skoro zatem podstawową zasadą udziału w życiu społecznym uczyniono zasadę zewnętrznej akceptacji – to jakie postawy musi to w ludziach stymulować i jacy ludzie mogą wysuwać się na plan pierwszy?” – pytał Pana V. Havel w 1975 roku11. Pytanie jest aktualne dzisiaj i do tego w Polsce. Czy można u nas spotkać ludzi wierzących „szczerze” i „we wszystko”, co głosi oficjalna propaganda? Niech odpowiedzią będzie fragment tekstu prawicowego dziennikarza i satyryka Ryszarda Makowskiego (pewnie go Pan nie zna – on jeszcze żyje): „Powstała u nas kasta rządzących. Od lat tasują się ci sami. Rozpanoszyła się pseudodemokracja – wybieramy swoich przedstawicieli do Sejmu i Senatu, ale oczywiście wybieramy wyłącznie spośród tych, których wodzowie osobiście wstawili na listy wyborcze. Sejm i Senat sprawują ponoć kontrolę nad rządem. To jest dopiero ubaw po pachy. Rządzący, mając większość w parlamencie, kontrolują de facto sami siebie. Premier jest jednocześnie przewodniczącym partii, czyli w jego rękach jest los tych, którzy mają mu patrzeć na ręce. (…) Wielu osobom dolega powyborcza rozterka. Nie wiedzą, czy udając się do urny, są światłymi obywatelami spełniającymi swój obowiązek, czy zwykłymi frajerami wystrychniętymi na dudka.”12 W ten sposób, tak jak w Czechosłowacji za Pana rządów, co wytykał Panu Vaclav Havel, „do pewnego stopnia właściwie każdy obywatel zmuszony jest do hipokryzji”.13 A zatem, czy, mając świadomość, że system polityczny, a co za tym idzie i gospodarczy nie odzwierciedla rzeczywistych stosunków politycznych ani gospodarczych, zgadzając się z nim ze strachu przed utratą pracy, potępiając przy tym w czambuł wyimaginowanego wroga, z którym nasze państwo dzielnie walczy, nie odgrywamy jakiejś komedii? Kim są ci spośród nas, którzy biją się, aby w tej komedii odegrać bardziej znaczące role? Czy pamięta Pan, jak takich ludzi określił w liście do Pana pan Havel?14

Jaki sens może mieć dzisiaj uczestniczenie w politycznym rytuale, który jest – jak wykazał Ryszard Makowski – jakąś pseudodemokracją? Każdorazowe wybory są ważne zatem większość uprawnionych do głosowania bierze w nich udział a zatem musi sobie stawiać, jeśli w ogóle je stawia, inne pytanie: jaki sens ma nieuczestniczenie w wyborach? Ci, którzy w wyborach nie uczestniczą ewentualnie ci, którzy startują z list ugrupowań niszowych większą, jeśli nie jedyną, wagę przywiązują do moralnej strony tego aktu. To jasne i bez podpowiedzi pana Havla15. Media w III Rzeczypospolitej zarezerwowały dla nich miano „oszołomów” i w takim charakterze – ludzi oszołomionych, żeby nie powiedzieć zaczadzonych oparami jakiegoś kolejnego „opium dla mas” – ich przedstawiają. Kolejne stadia „oszołoma” to „faszysta” i „antysemita”. Z niektórymi z nich mógł się Pan ostatnio spotkać – Skórzyński i Ratajczak popełnili samobójstwa. Ale jeśli tak, jeśli nieuczestniczenie w pseudodemokratycznych procedurach ze względu na jakieś „zasady” może grozić śmiercią lub kalectwem a postawa przeciwna może i nie daje szczególnych profitów niemniej jednak pozwala nam przynależeć do jednego klubu razem z władzą, czyli mieć po prostu święty spokój. Vaclav Havel twierdził, że ten spokój wynika z braku konfrontacji obywatela z władzą.16 Andrzej Kijowski uważa, że ów spokój poddanych systemu totalitarnego jest przeciwieństwem niepokojów towarzyszących nieustannie życiu społeczeństwa otwartego – demokratycznego. Zastanawiające jest w tym kontekście porównanie owego spokoju do środka znieczulającego17. To, co obserwujemy jako przedziwne poparcie większości społeczeństwa dla, w najlepszym razie, nic nie znaczących rytuałów politycznych, było zdaniem Havla zrutynizowanym działaniem wynikającym bezpośrednio z adaptacji a pośrednio z apatii i beznadziejności18.

IV. STRAŻNICY ŚWIĘTEGO SPOKOJU

Z całym szacunkiem dla Pana, jako bądź co bądź osoby zmarłej, muszę Panu powiedzieć, że ustrój polityczny, którego Pan był zwolennikiem, powszechnie uważaliśmy za nienormalny. Jeśli nie okazywaliśmy tego wprost to tylko dlatego, że groziły za to represje. Jednocześnie w wyobraźni tworzyliśmy sobie ideał normalnego państwa i normalnego ustroju. Tę normalność najczęściej utożsamialiśmy z zachodnim modelem życia. Zgodzę się z Panem, że nie bez udziału tamtejszych ośrodków „wrogiej” propagandy. Tak czynił na przykład, jak Pan zauważył, nasz myśliciel polityczny, na którego powołuję się tu od czasu do czasu, czyli Andrzej Kijowski. Vaclav Havel, jest w tym względzie zdecydowanie bardziej krytyczny, o czym może jeszcze będę miał okazję wspomnieć. Zatem normalność – to nasze wyśnione normalne państwo to takie, które gwarantowałoby nam normalne (znowu!) ekonomiczne podstawy bytu – z możliwością nieskrępowanego bogacenia się dla tych, których by to interesowało i z sensowną osłoną socjalną dla niezaradnych życiowo. Nawet jeśli jest to jakaś „szczątkowa” i niby-liberalna ideologia mająca przykryć pozorem idei zwyczajną ludzką chęć nieskrępowanego konsumowania, to nie można temu programowi odmówić spójności a jego wyznawcom dobrej woli. Wydaje się nam, że znalezienie stronnictw politycznych, chcących zająć się realizacją takiego programu nie powinno nastręczać jakichkolwiek trudności. Co więcej, nawet demokracja zakładająca zmienność realizowanych programów politycznych, wydaje się jakby ustrojem na wyrost, bo po co zmieniać program stałego powiększania dobrobytu kraju w całości i każdego obywatela z osobna? Oczywiście, można przyjąć, że na początku – w trakcie przebudowy ustrojowej kraju, gdy nie do końca wiadomo, jaką drogą należałoby tę modernizację prowadzić – wymienialność ekip politycznych a przez to i politycznych koncepcji byłaby wskazana. Z czasem jednak, gdy, metodą prób i błędów, właściwa droga zostanie wskazana przez właściwych polityków, dalsze poszukiwania stracą sens. Wydaje się, że po wielu latach błądzenia Polska jedzie już nie tylko właściwym torem, ale jest też kierowana przez odpowiednią drużynę. Większość społeczeństwa jest co do tego zgodna, czemu dała wyraz w ostatnich wyborach parlamentarnych powierzając ster władzy drugi raz z rzędu tej samej partii. Jej program tak zwolennicy jak i oponenci streszczają w haśle „Polska grilluje”. Bo też i dobrze charakteryzuje ono gremialny zwrot Polaków, a właściwie ich odwrót od spraw natury ogólniejszej, światopoglądowej – charakterystycznych zwłaszcza dla burzliwych lat 80. XX wieku – w kierunku życia prywatnego o horyzontach zakreślonych najczęściej balkonem własnego, choć kupionego na kredyt, mieszkania. Z roku na rok ugruntowuje się w naszym społeczeństwie podział na: „klasę polityczną” (tak lubią mówić o sobie członkowie partii zasiadających w parlamencie) i resztę, która wydziela z siebie klasę, że tak powiem, jak najmniej polityczną – ludzi nie będących zainteresowanymi żadną formą uczestnictwa w życiu politycznym własnego państwa. Mam wrażenie, że grupa ta się powiększa i że ten proces zupełnie nie interesuje przywódców mojego kraju. Zastanawiam się, czy nie chodzi tu o proces podobny do tego, na który zwracał Panu uwagę pan Havel19.

Dla osób, które pamiętają – proszę mi wybaczyć – siermięgę poprzedniego ustroju społeczno-politycznego musi być jasne, że dzisiejszych zdobyczy należy bronić za wszelką cenę. Oczywiście, otwarta pozostaje kwestia, czy modernizacja państw położonych tak jak nasze, najbliżej zachodniego centrum innowacji nie była nieunikniona. Rozumie Pan – jeśli kapitaliści (trawestując powiedzenie Lenina) sprzedawali Wam sznurek, na którym zamierzaliście ich powiesić, to czy innych przedmiotów (nie służących do wieszania), ale na przykład przestarzałych technologicznie nie oddawaliby Wam prawie darmo? Ale mniejsza o to. Nasz współczesny system społeczno-polityczny – tak się akurat składa – odpowiada naszym marzeniom wyrosłym w latach siermiężnego komunizmu. Jedną z jego wymarzonych cech jest bezpośredniość i, co w takiej sytuacji niezbędne, łagodność wobec obywatela. Symbolem, który przez przyszłe dziesięciolecia, będzie kojarzył się właśnie z łagodnością i bezpośredniością władzy wobec obywatela są tak zwane orliki – cały ogromny program budowy boisk piłkarskich pilotowany przez nasz rząd od fazy projektu aż do, można powiedzieć, eksploatacji ponieważ premier wizytujący od czasu do czasu poszczególne części kraju nie zapomina zajrzeć na takie boisko. Wiem, że w Czechosłowacji, gdzie sport masowy stał zawsze na wysokim poziomie i gdzie bodaj w każdej gminie był basen, takie zaangażowanie rządu w budowę boisk dla dzieci nie może być traktowane jako jakiś szczególny wyczyn z dziedziny zarządzania. Ma Pan rację, dlatego powtarzam, że te boiska ilustrują coś innego – zmianę nastawienia władzy do własnych obywateli, co w porównaniu z czołgami i patrolami wojska na ulicach z minionych lat jest zmianą o 180 stopni. I o utrzymanie za wszelką cenę takiej tendencji nam chodzi. Oczywiście wszędzie są malkontenci. Choć historycznie jesteśmy społeczeństwem wiejskim to jednak przez lata zdołaliśmy już nabrać cech mieszczańskich czy wręcz drobnomieszczańskich zarówno tych dobrych jak i tych złych. Demokracja, parlamentaryzm, kultura tak zwanej debaty publicznej i upowszechnienie tej debaty na łamach wysokonakładowej i opiniotwórczej prasy zamiast stanu wojennego, internowania opozycji, procesów politycznych i szkalowania oskarżonych w reżimowych dziennikach to są ogromne zdobycze naszego społeczeństwa. Co więcej, wydają się już ugruntowane do tego stopnia, że gdy kiedyś prezydentowi Warszawy wymsknęło się pod adresem jakiegoś namolnego interesanta „Spieprzaj dziadu!”, to opinia publiczna do dziś traktuje te słowa jako osobistą obrazę i jeśli nie wypomina już tych słów ich autorowi, to tylko dlatego, że on też już nie żyje. Opinia publiczna, której wyrazicielem jest prasa, potrafi stanowczo reagować na wszelkie przejawy odstępstw od reguł naszego wymarzonego ustroju łagodności i spokoju. Dziwić może jedynie upór z jakim niektórych, przeciwnych naszemu ustrojowi frustratów, prasa określa mianem „faszystów” a redaktorzy naczelni gazet stawiają sobie za punkt honoru anihilację tych nieszczęśników. Może opowiadał Panu jeden Polak, który popełnił samobójstwo w 2008 roku, jak to redaktor pewnej gazety krzyczał do niego: „Ty Skórzyński nie istniejesz!”? Inny wróg tej samej gazety, którego nazywała „kłamcą oświęcimskim” i cieszyła się, że nie ma on już siły dłużej żyć, po utracie pracy skończył z sobą mniej więcej w tym samym czasie. Jest to ta sama gazeta, której śmiałe wizje polityczne legły u podstaw naszego dzisiejszego ustroju. To ona, to znaczy środowisko dawnej opozycji demokratycznej, które do dziś ją redaguje wraz z młodymi adeptami sztuki dziennikarskiej, stoi za kulisami zasadniczych przemian ustrojowych w naszym kraju i nie może dziwić, że broni ich na różne sposoby. No ale jeśli wykreowała system politycznej łagodności to nie może być zdziwiona, że w takich kategoriach również jej działalność będzie oceniana. I niestety wygląda na to, że skala ocen w naszej rzeczywistości jest znacznie wyższa niż w poprzednim ustroju społeczno-politycznym i takie działania, podejmowane choćby i w słusznych sprawach, jawią się jako małe, podłe, zawistne a przy tym układające się w system jakiejś manipulacyjnej presji wywieranej przynajmniej na ten margines społeczeństwa20.

V. PONADCZASOWA POCHYŁOŚĆ RÓWNI

A propos – manipulacja, ale już bez presji, według odczuć coraz większej liczby obywateli, stała się nieodzowną metodą zdobywania poparcia wyborców. Nagrodą zaś dla najzręczniejszych manipulatorów są naturalnie posady w rządzie, parlamencie czy na jakichkolwiek innych obieralnych urzędach społecznych, to jest opłacanych z budżetu. Wspominany już przeze mnie polski dziennikarz, którego jeszcze nie miał Pan okazji poznać osobiście, określił to tak: „Posada jest nagrodą dla każdego działacza, który harował na nią, plotąc publicznie takie banialuki, że często ledwie wytrzymywał, żeby nie wybuchnąć spontanicznie nieskrępowanym śmiechem, słysząc siebie samego.”21 Są to wprawdzie słowa dziennikarza opozycyjnego, którego zadaniem jest krytyka władzy sprawowanej przez przeciwny mu obóz polityczny, ale muszę Panu powiedzieć, że opinia ta staje się coraz bardziej powszechna; być może takie rozumienie demokracji sprawia, że około połowy uprawnionych do głosowania nie bierze w nim udziału. Reszta ludzi też ma tego świadomość, ale, czując się zapewne jak Churchill, uważają, że wprawdzie demokracja jest zła to i tak nic lepszego od niej nie wymyślono. Niemniej jednak ta sprzeczność pomiędzy demokratyczną, republikańską i liberalną retoryką polityczną a patologiczną i kryminalną praktyką politycznego działania jest rażąca. Razi a wręcz poraża. Zastanawia to trwanie partyjnego knajactwa przy niezwykle, jak na praktyczne warunki, górnolotnym frazesie. Jak Pan myśli, czy chodzi tylko o zwyczajne aspiracje uzurpatorów do legitymizacji swojej politycznej (i życiowej) zdobyczy? Czy obywatel rozumiejący, co się dzieje, ma jakieś wyjście z tej sytuacji? Pytam Pana, bo podobne kwestie sygnalizował Panu pan Havel.22

Jeśli jedyną propozycją jaką system ma wobec obywatela jest dwulicowość reprezentantów systemu, to jasne jest, że obywatel szybko przyswoi sobie tę metodę do kontaktów z systemem. Rzecz jednak w tym, że o ile człowiek może być dwulicowy na zewnątrz – w kontaktach ze światem – o tyle wobec siebie nie może być bezgranicznie nieszczery. Chcąc nie chcąc będzie człowiek naczyniem przechowującym tak zwane zasady. Pan Havel zwracał przy tym uwagę, że kompromis z władzą jest osiągany za cenę duchowego i moralnego kryzysu społeczeństwa. Napisał on w liście do Pana – w tym „Liście otwartym”, który staram się analizować – słowa, które, przyznam to teraz, skłoniły mnie do korespondencji z Panem, słowa prorocze, będące jak gdyby furtką przez którą przechodzi się z lat 70. XX wieku wprost do naszych czasów. Kiedy pokazałem ten fragment listu Havla do Pana mojemu przyjacielowi, był on przekonany, że słowa te napisano niedawno, z pewnością w naszej epoce a nie w realnym „husakowskim” czechosłowackim socjalizmie. „Najgorsze jednak w tym kryzysie jest to, że się pogłębia: wystarcza tylko trochę wznieść się ponad ograniczoną perspektywę codzienności, żeby ze zgrozą uzmysłowić sobie, jak szybko opuszczamy wszyscy pozycje, z których jeszcze wczoraj nie mieliśmy zamiaru się wycofać: co jeszcze wczoraj świadomość społeczeństwa uważała za nieprzyzwoite, dziś na ogół usprawiedliwia, by jutro uznać chyba za naturalne, a pojutrze może nawet za wzór przyzwoitości. O czym jeszcze wczoraj oświadczaliśmy, że nigdy temu nie przyklaśniemy lub co po prostu uważaliśmy za niemożliwe, dziś bez zdziwienia przyjmujemy jako rzeczywistość. Co zaś, przeciwnie, jeszcze niedawno było dla nas oczywiste, dziś uważamy za wyjątkowe, a wkrótce – kto wie – może będziemy uważać za niedościgły ideał.”23

Do tej części, za Pana pozwoleniem, jeszcze powrócę ponieważ, może trochę inaczej niż w wywodzie pana Havla, stanowi ona oś moich rozważań i dociekań, w których chciałbym, aby mi Pan pomógł.

VI. KULTURA BANAŁU

Pan Havel, jako młody – jeszcze przed czterdziestką – dramaturg (mający też za sobą okres pracy fizycznej w browarze), stwierdził, że w swojej dziedzinie twórczości odnalazł dowód na to, że dwulicowość reżymu nie jest bynajmniej dziełem przypadku, wynikiem tego, że obecnie tworzą go ludzie nieuczciwi. Dowodem na to jest polityka kulturalna państwa czechosłowackiego po 1968 roku. Polityka kulturalna a więc dotycząca tej sfery, która jest narzędziem służącym społeczeństwu do odkrywania prawdy i, co za tym idzie, pogłębiania wolności. Polityka promująca banał w estetyce, moralności, filozofii itd.24 Nie pisałbym o tym, gdybym nie miał wrażenia, że dziś w Polsce, pomimo ogromnych przemian ustrojowych, polityka kulturalna promuje myślowy i estetyczny banał, który przy wsparciu państwa z ledwością osiąga poziom pornografii. Nasze cywilizacyjne wartości pozostawiane są na pastwę gry wolnorynkowej, która chyba tylko dlatego została zachowana w gospodarce zakazów, zezwoleń, koncesji. Wartości te przetrwają, ponieważ taki jest ich sens, niemniej wolność słowa umożliwiająca rozprzestrzenianie się wartości w społeczeństwie jest ostatnio mocno ograniczana przez państwo. Ciosem w wolność słowa nie są posunięcia sądowo-administracyjne lecz decyzje ekonomiczne władz takie jak podniesienie stawki podatku VAT na książki czy prasę, albo – to z ostatniej chwili – regulacje dotyczące Internetu. Może nie stoją za tym brutalne interesy polityczne, jak w Czechosłowacji pod Pana rządami, ale potrzeby ekonomiczne. Trudno jednak nie zgodzić się z ponadczasowością konkluzji pana Havla, że negatywne skutki społeczne, jakie ze sobą przyniosą, mogą w dalszej perspektywie przerosnąć doraźne korzyści polityczne.25

VII. DZIEJE BEZ DZIEJÓW

Ograniczanie wolności słowa i innych swobód obywatelskich, nie ukrywajmy, nie stoi w sprzeczności z pragmatyką władzy. Władza zawsze, gdy tylko może poszerza bazę rządzenia. Pan Havel, próbuje nawet znaleźć dla tego procesu jakąś materialistyczną formułę, która była by do przyjęcia przez Pana marksistowski umysł. Kluczem jest tu pojęcie entropii.26 Liberalizm tak gospodarczy jak intelektualny czy moralny (?) są również zjawiskami bardziej ze świata materii niż ducha, toteż entropia nienajgorzej nadaje się jako klucz do opisu współczesnej rzeczywistości politycznej. Obecna władza swój sukces zawdzięcza poparciu wymuszonemu. Mało kto w Polsce głosuje dziś na partię czy jej program. W Polsce praktycznie od zarania naszej demokracji, od wyborów czerwcowych z 1989 roku głosuje się przeciw. O ile jednak na samym początku głosowano przeciw komunistycznej siermiężnej jednostajności, która zasklepiona w okopach stanu wojennego bała się z nich wychynąć w stronę społeczeństwa o tyle dziś, głosując przeciw wyimaginowanemu w mediach populistycznemu wrogowi, pozwalamy nowej władzy wzmacniać nową uniformizację, jednakowość i bezruch tyle, że pod europejskim szyldem. W tym działaniu zamykamy się na to wszystko czym życie jest w swej istocie – na nieskrępowaną twórczość. U nas krytyka tego stanu rzeczy ma raczej odcień satyryczny i prawdopodobnie dlatego nie dostrzegamy, lub nie traktujemy poważnie, tego, co zauważył pan Havel – że władza, która obrała kurs na entropię po prostu śmierdzi trupem27.

Być może w obawie o to, że pojęcie entropii może być dla Pana za mało przekonywujące, pan Havel sięgnął jeszcze po argument, którego Pan – niewątpliwie wyznawca materializmu historycznego – nie powinien zbagatelizować. To wprawdzie nie zostało powiedziane expresis verbis, ale rozumie się samo przez się. Kluczem do tej części dialogu z Panem stały się dzieje a raczej ich obiektywizm i kwestia czy subiektywne potrzeby obozu sprawującego władzę nie wchodzą w kolizję z obiektywizmem procesu dziejowego. To dość istotny motyw w moich rozważaniach ponieważ wszystkie najwyższe urzędy w moim kraju sprawują, już nie marksiści, ale historycy. Przed katastrofą smoleńską prezydentem był co prawda prawnik – Lech Kaczyński, ale już premier (Donald Tusk), marszałek sejmu (Bronisław Komorowski) i marszałek senatu (Bogdan Borusewicz) to są historycy. Później godność Prezydenta RP objął Komorowski a na stanowisku marszałka zastąpił go również historyk Grzegorz Schetyna. Wszyscy oni kończyli studia w epoce komunizmu, ale taż wszyscy wywodzą się z antykomunistycznej opozycji więc materializm historyczny nie zrobiłby raczej na nich wrażenia. Muszą mieć jednak świadomość tego, że jest inaczej – że kulisy władzy są zupełnie inne niż się to ich wyborcom wydaje. Że w ogóle są jakiekolwiek kulisy! Wobec nich wszystko co dzieje się na politycznej scenie jest tylko spektaklem dla wiernej, choć systematycznie malejącej widowni. Historia, którą tworzą od wyborów do wyborów, od kadencji do kadencji, ma się nijak do prawdziwych dziejów polityki a ta coraz mniej przystaje do historii rządzonego społeczeństwa. W zasadzie istnieją dwa zbieżne z nim punkty: śmierć i podatki. Śmierć, naturalnie w opisanym powyżej havlowskim rozumieniu, jako totalny spokój wynikający z bezruchu ubezwłasnowolnionego społeczeństwa. Wie Pan, to niesamowite, ale gdy patrzy się wstecz, na przeszłość, naszej opozycji demokratycznej, to, paradoksalnie jej początki są o wiele bogatsze w wydarzenia godne miana historycznych niż dzisiejsza epoka, gdy są u władzy.28

Dziś chyba te wszystkie myślowe zakrętasy stosowane przez pana Havla, żeby uzmysłowić Panu, na gruncie wyznawanej przez Pana ideologii, całą grozę położenia narodów Czeskiego i Słowackiego pod Pana zarządem nie byłyby potrzebne. Może nasza ekonomia nie jest przysłowiowym wzorcem (ekonomii) spod Paryża (inna sprawa, czy akurat wzorce gospodarcze należy importować stamtąd…) niemniej kwestia podatków jest u nas o wiele bardziej konkretna niż w socjalizmie. Dlatego wydaje mi się, że przykład z tej dziedziny byłby dziś o wiele bardziej trafny. Zamiast zastanawiać się nad entropijnością władzy lepiej zadać prostsze pytanie: czy podatnik może odprowadzać do kasy państwa 100% zarobków w ramach podatku i przeżyć. I dalej, jeśli podatnicy wymrą, kto będzie utrzymywał przy życiu władzę? Zatem niszcząc obywatela władza uśmierca siebie samą. Stwierdzenia takie same w sobie są truizmami, ale być może stanowią też klucz do zrozumienia rzeczywistości społeczno-politycznej. W końcówce swojego listu do Pana pan Havel, zwraca Panu uwagę, że o ile życie nie jest zależne od władzy (w czym być może trochę się myli) o tyle władza zależna jest od życia. Nie wiem, co pan Havel wiedział o Panu, gdy pisał ten list, czy na przykład lubił Pan amerykańskie filmy science fiction, ale następne zdanie jest właśnie jakby rodem z jednego z nich. „.Jedyną siłą, która naprawdę może zniszczyć życie na naszej planecie, jest siła nieznająca kompromisu: mianowicie globalne, kosmiczne działanie drugiego prawa termodynamiki.”29 Dla Vaclava Havla jest to argument za niemożliwością całkowitego opanowania życia przez reżym i jednoczesnego przetrwania tego reżymu. Gdyby jednak chodziło o reżym globalny a „pobieranie ciepła tylko z jednego źródła i zamiana go na pracę” odpowiednio rozciągnięte w czasie?… Historia najnowsza zna takie przypadki. Getta i obozy koncentracyjne oraz gułagi są tego przykładem. Co zatem byłoby fundamentalną kwestią ustrojową takiego reżymu entropijnego?

Zanim poproszę Pana o odpowiedź na to pytanie, jeszcze jedna kwestia: Havel nakreślił Panu scenariusz rozpadu reżymu, który musi się skruszyć pod naporem prawdziwego życia, realnych problemów. Środki stosowane przez reżym do sfingowania własnego życia okazują się niewystarczające do tego, by odgrywać rolę władzy przez dłuższy czas. Apeluje on do Pana, żeby Pan wyciągał wnioski z nauki wplecionej w deklarowany przez Pana system wartości. Ja na miejscu pana Havla postąpiłbym inaczej – czekałbym na koniec Pańskiego reżymu a potem z satysfakcją oglądałbym mordęgę głupszych od Pana, którzy dali się wrobić w reanimowanie systemu. Ale ja nie mam tej klasy co pan Havel, a poza tym jestem troszkę starszy niż on w czasach, gdy pisał do Pana zwój list otwarty. Myślę też, że nie chodziło mu o los Pana czy też Panu podobnych, ale o tych, których system wykorzystał do cna i, po swoim upadku, osieroci. Tu też zgadza się on z naszym myślicielem Andrzejem Kijowskim, który też zdaje się dostrzegać, że moment upadku reżymu może pociągnąć za sobą krwawe rozliczenia.30 Ale głowę Polaka zaprzątał problem o wiele poważniejszy niż rozliczenie upadłej władzy. Był nim stopień demoralizacji społeczeństwa polskiego – to, czy będzie ono w stanie przejąć władzę z rąk upadającego reżymu, czy też odda ją w ręce nowej obcej siły, by móc tak jak to robiło za poprzedniej władzy oszukiwać ją i szydzić z niej.31

VIII. ALTERNATYWA

  1. BREŻNIEW ADRESATEM

Czytam w przedmowie do tego zbioru esejów, napisanej przez Adama Michnika, że Pańska kancelaria odesłała Havlovi jego list z takim nieuprzejmym komentarzem, że „udostępnił go wrogim agenturom”. Nie mam powodu, aby nie ufać Michnikowi w to co pisze, muszę więc przyznać, że Pana reakcja wydaje mi się niewspółmierna do wagi, jaką ten list miał dla Pana. Bo i cóż z tego, że pan Havel przekazał ów list obcym „agenturom”? Pan przecież zrobiłby to samo tylko może nie bezpośrednio, przekazując go zaprzyjaźnionym agenturom a one wymieniłyby go na inne, ważne dla siebie informacje, z obcymi agenturami. To przecież agentur chleb powszedni. Oceniając zaś Pana reakcję z punktu widzenia dzisiejszej, ale chyba i ponadczasowej, pragmatyki biurokratycznej, Pana złość brała się stąd, że wysyłając do Pana list otwarty, pan Havel informował o nim Pana przełożonych w moskiewskiej centrali, czym znacznie Panu ograniczał pole manewru, ale de facto Moskwę czynił właściwym adresatem swojego memoriału. Havel, jak sądzę, posłużył się Pańską kancelarią, aby napisać do Breżniewa. Uważam tak na podstawie ostatnich fragmentów tekstu, w których najpierw Havel odmawia „oryginalności” władzy sprawowanej przez Pana ekipę i wątpi w jej zaplecze społeczne, później jednak apeluje do panów jak do sprawujących władzę realną. Myślę, że swoje przestrogi Havel przekazał w ten sposób Breżniewowi, ale był tak uprzejmy, że poinformował o tym Pana. Przyzna Pan, że nie było lepszej metody. Dlaczego to zrobił? Dlaczego chciał, żeby Pan wiedział, że Moskwa wie, że on wie?

List nosi datę 8 kwietnia 1975 roku i powstał kilka miesięcy po zakończeniu przez pana Havla pracy w browarze w Trutnovie. Jak wiadomo zaowocowała ona również jednoaktówką „Audiencja”, której premiera odbyła się w Wiedniu 9.10.1976 roku. Może to oznaczać, że praca nad memoriałem dla Breżniewa, pardon, listem do Pana i nad „Audiencją” przebiegały równocześnie. W sztuce bohater Ferdynand Waniek – zesłany do pracy w browarze – trafia na „audiencję” do Browarnika. Rozmowa niezbyt się klei z winy inteligentniejszego Wańka, który przez większą jej część trzyma się własnych przekonań i własnego języka. Widząc jednak, że skazany jest na dialog z pijanym przełożonym, łamie się i dla świętego spokoju kolejną turę rozmów rozpoczyna już językiem szefa: „Wszystko jest do dupy”. „Wszystko jest do dupy” jest nowym początkiem, ponownym przystąpieniem opozycji do dialogu z władzą, gdyśmy się trochę więcej o tej władzy dowiedzieli… Trudno oprzeć się wrażeniu, że to samo chciał zawrzeć w swoim „Liście otwartym” imitując, z właściwą sobie galanterią, kilka pojęć materializmu historycznego czy też może dialektycznego, którym się, nota bene, brzydził bez względu na stojący przy nim przymiotnik. Jest to tylko pierwsze wrażenie. Przełożony a podwładny: to przełożony Havla i on, to także, szarzej, rodzimi komuniści i społeczeństwo w akcie wymuszania czy wręcz wymęczania porozumienia. A może to także moskiewscy komuniści i komuniści rodzimi. Czy nie sądzi Pan, że Havla musiało bawić wyobrażanie sobie Pana na audiencji w Moskwie. Wyobrażanie sobie was wszystkich – miejscowych komunistów – na odprawach w centrali. Aktywny uczestnik Praskiej Wiosny, a takim przecież był pan Havel, musiał wyciągnąć wnioski z lekcji udzielonej Wam przez system. Jednym z tych wniosków jest niedemokratyczność systemu demokracji ludowej. Z polskiej perspektywy widać było dokładnie to samo. Andrzej Kijowski konstatował: Jest to (…) system pozbawiony na wszystkich swoich szczeblach form odpowiedzialności „w dół”, tzn. przed podwładnymi, przed wyborcami, przed opinią. Każdy urzędnik, robotnik, sprzedawca sklepowy, pracownik naukowy, każdy działacz społeczny, każdy poseł na sejm czy radny, odpowiada tylko przed tymi, którym zawdzięcza swoją nominację.32 Dlatego błędem, jaki popełniono u was w 1968 roku, było ustalanie najważniejszych kwestii oddolnie i przekazywanie tych ustaleń Moskwie. Byliście jak bohater „Audiencji”, który próbował o czymś powiedzieć przełożonemu, ale ten go nie słuchał. Zatem wniosek jaki należało z tego wyciągnąć jest następujący: aby uzyskać poprawę sytuacji w Pradze (Warszawie, Berlinie czy Sofii) należy wpływać bezpośrednio na Moskwę. Jeśli Moskwa sama nie wpadnie na jakieś rozwiązania to, choćby nawet były słuszne i przynosiły jej największe korzyści, nie zostaną wdrożone. No bo jak, skoro system decyzyjny – ten naczelny komputer – nie otrzyma danych? Będzie on realizował (i wymuszał realizację!) takiego programu jakim dysponuje. To właśnie dlatego uważam, że list do Pana w istocie skierowany był do Breżniewa.

  1. HAVEL JAKO ANTYBREŻNIEW

Mamy tedy adresata. Teoretycznie znany jest i nadawca, czyli Vaclav Havel. Jak Pan myśli, za kogo on się uważał, pisząc list do Breżniewa? Źle postawiłem pytanie, przepraszam, wiadomo, że uważał się z jakichś powodów za partnera równorzędnego Breżniewowi. Oczywiście w jakichś kategoriach demokratyzmu czy humanizmu, że wszyscy ludzie są sobie równi, to tak, ale – jak już wspomniałem – upadek Praskiej Wiosny musiał wyleczyć każdego z podobnych złudzeń. Zatem co? Czy Havel uważał się za przedstawiciela jakiejś grupy – alternatywnej elity – czy też może za wyznawcę innej, lepszej idei? A może jedno i drugie? Z tekstu „Siła bezsilnych” opublikowanego dwa i pół roku po liście do Pana Havel jawi się jako członek, skupionej wokół Jana Patocki, grupy krytyków pozostającej w kryzysie cywilizacji technicznej. Upraszczając nieco można by powiedzieć, że Havel należał do tych ludzi, którzy wywodząc się z cywilizacji łacińskiej nie popadł w rozpacz, gdy ostatecznie przegrała ona z cywilizacjami materializmu, ale podjął trud wskazania materializmowi jego właściwego miejsca w szeregu tak, aby nie powodował on niepotrzebnych kolizji w biegu dziejów. Havel, choć nie odwołuje się do niego zbyt często i zbyt jasno w swoich pismach jest zdeklarowanym chrześcijaninem i jako taki właśnie przesłał komunistom swoje upomnienie. Nie wiem, czy Havel kiedykolwiek w życiu określił się jasno jako katolik lub husyta. Nie napotkałem nigdzie, choć przyznać muszę, że nie szukałem tego z jakimś szczególnym nabożeństwem, wzmianki o tym kiedy został ochrzczony i w jakim obrządku, jeśli w ogóle go ochrzczono. Katolicki pogrzeb świadczyłby o katolickim chrzcie, ale czy tak było nie wiem. Wspominam o tym, bo mam wrażenie iż właśnie jego list otwarty do Pana jest jakby głosem Kościoła powszechnego do wszechświatowego komunizmu – jego prośbą o opamiętanie. Albo, ujmując rzecz bardziej filozoficznie, jest to głos realizmu politycznego, jego apel do politycznego idealizmu. Potwierdzałyby to uwagi Havla o metodach działania „ruchu dysydenckiego” z eseju Siła bezsilnych. Pierwszą zasadą ich działania powinien być, pomimo rozpanoszonej samowoli władz, legalizm33. Oprócz niezwykle przenikliwej kalkulacji, w której Havel wykazał wyższość legalistycznych form działania nad stanowczym oporem (tak czynnym jak i biernym) oraz nad jego idealistyczną podstawą, gdzie „przywiązanie do własnej koncepcji teoretycznej przeważa (…) nad poszanowaniem dla konkretnego ludzkiego życia (…).”34 Natomiast zdaniem pana Havla „ruchy dysydenckie” powinien charakteryzować odwrotny pogląd, że „zmianę systemu uważają one tylko za coś zewnętrznego, wtórnego, co samo w sobie niczego nie gwarantuje”.35 Dlatego „zwrotowi od abstrakcyjnej wizji przyszłości do konkretnego człowieka i skutecznej obrony jego praw tu i teraz towarzyszy silna niechęć do stosowania wszelkiej przemocy w imię lepszej przyszłości i niewiara, że przyszłość osiągnięta w ten sposób byłaby naprawdę lepsza, że nie odcisnęłyby na niej piętna środki, jakimi została uzyskana. Nie jest to konserwatyzm ani tzw. umiarkowanie: ruchy dysydenckie nie opowiadają się za ideą dokonania przewrotu politycznego przemocą nie dlatego, że takie rozwiązanie byłoby dla nich zbyt radykalne, lecz przeciwnie – dlatego że jest radykalne za mało. Omawiany problem uważają bowiem za głębszy, niemożliwy do rozwiązania przez samą zmianę rządu albo techniki funkcjonowania systemu.”36 O jak głęboką zmianę chodzi panu Havlovi, ujawnia on dalej w cytacie z Heideggera: „Już tylko jakiś Bóg może nas uratować.”37

Zmierzając już do meritum: wydaje się, że pan Havel składał wam wszystkim propozycję pozostania przy władzy, czerpania zysków z jej sprawowania, splendoru panowania lecz nie rządzenia – jeśli nie potraficie rządzić. Pan Havel, mówiąc językiem Andrzeja Kijowskiego, wskazywał wam alternatywę czy raczej alternatywność waszego systemu. I stąd też moje pytanie do Pana, czy system rzeczywiście skorzystał z tej podpowiedzi? Andrzej Kijowski nie doczekał Okrągłego Stołu w Polsce – zmarł 3 lata przed rozpoczęciem jego obrad. Nie możemy przeto skorzystać z jego umysłu do analizowania współczesnej sytuacji. Ale Havlovi udało się – zastąpił Pana na stanowisku prezydenta Republiki. Wygląda na to, że jeden człowiek obalił komunizm wysyłając jeden jedyny list i czekając na listonosza z odpowiedzią.

  1. ŚWIĘTY SYSTEM

Wierzy Pan w to? Pytam Pana jako człowieka, który odsiedział też swoje w stalinowskich więzieniach na przełomie kat 40. i 50. XX wieku. Dlaczego nie wpadł Pan na tak prosty sposób walki o urzeczywistnienie swoich idei? Jak mógłby zareagować system na memoriał Havla?

Żeby może ułatwić Panu odpowiedź na to pytanie zrekapitulujmy, co system wiedział o sobie. Co my wiemy, że on wiedział? Co on wiedział, że my wiemy?

Po pierwsze reżym to werbalna, logiczna, prawna i psychologiczna przewaga rządzących przedstawicieli systemu nad rządzonymi, opierająca się na cenzurze; po drugie system jest giętki, ale bezalternatywny i, jako taki, jest częścią powojennego systemu światowego pokoju; po trzecie złudzenie alternatywności systemu pochodzi ze względnej równowagi pomiędzy niszczycielskimi skutkami monopolu władzy a samoobronną zdolnością społeczeństwa..38 Niszczycielstwo monopolu władzy przejawia się m.in. w degradacji pracy, której owoce albo przejada reżymowa biurokracja albo wykorzystuje suweren do wspierania swej ekspansywnej polityki. „Ileż to już było haseł, zaklęć, próśb i gróźb! A to „wyścig pracy”, a „system bodźców”, a to „normy techniczne”, a nawet obietnice płacy w dolarach. Wywoływano cele odległe i bliskie, globalne i narodowe, zaklinano na międzynarodową solidarność proletariatu, na dumę narodową, na wizję dobrobytu, na widmo bankructwa.”39 Giętkość reżymu na polu gospodarczym, jaką obserwował Andrzej Kijowski do połowy lat 80. XX wieku, ta giętkość w dostosowywaniu życia do siebie, nie wyczerpała, jak widać wszystkich swoich możliwości. Vaclav Havel zapewne dodałby do tego opisu jeszcze polityczne tło sytuacji, w której „życie wdziera się przynajmniej tam, gdzie wedrzeć się może: w tajemne kuluary władzy, w których wymusza ukrytą dyskusję, a następnie ukrytą rywalizację o władzę. Władza wszakże nie jest na to przygotowana – jakikolwiek rzetelny dialog z życiem przerasta jej zdolności – toteż wpada w panikę; życie wzbudza w jej gabinetach zamęt przybierający postać konfliktów personalnych, intryg, zasadzek i pojedynków, a nawet – jeśli tak można powiedzieć – przenika bezpośrednio do poszczególnych jej reprezentantów: Trupia maska bezosobowości pozwalająca funkcjonariuszom identyfikować się z monolityczną władzą nagle spada a zza niej ukazują się żywi ludzie, całkiem „po ludzku” rywalizujący o władze i walczący – jeden przeciw drugiemu – żeby się uratować.”40

IX. ZAKOŃCZENIE

1 listopada 1975 roku w teatrze amatorskim pod Pragą miała swoją premierę jeszcze inna sztuka Vaclav Havla Opera żebracza. Opowiada ona o losach kilku bohaterów, z których najgłówniejsi to: William Peachum – herszt bandy złodziei oraz współpracujący z nim komendant policji Bill Lockit a także „Kapitan” Macheath szef konkurencyjnej bandy. Ważnymi postaciami dalszego planu są: wolny kieszonkowiec Harry Filch oraz Jenny jedna z „pracownic damskiego salonu”. Akcja tego dziełka rozgrywa się wokół unieszkodliwienia, to jest zmuszenia do współpracy z policją wolnego bandyty Macheatha. Zasadę, jaką kieruje się on w swoim bandyckim życiu, opisała Peachumowi właścicielka „damskiego salonu” – Diana: „Co robić, żyjemy w drugiej połowie osiemnastego wieku. Dawniej panowie zdobywali sławę i szacunek prostego ludu bohaterskimi wyczynami na polach bitew, a dziś robią to w salonach i damskich buduarach! I prawdę mówiąc, wcale im się nie dziwię: to zdecydowanie przyjemniejsze. (…) Niech pan popatrzy choćby na kapitana Macheatha! Jak pan sądzi, dlaczego robi taką zawrotną karierę, a jego organizacja nabiera tak wielkiego znaczenia? Ponieważ dzięki swym skandalom miłosnym potrafi sobie zdobyć powszechny szacunek!” Tylko nieliczni, jak kieszonkowiec Harry Filch pozostali w fachu trzymając się dawnych zasad („Jedna z nich jest bowiem taka, że nigdy nie wsypię kolegi, choćbym nawet miał wobec niego nie wiem ile zastrzeżeń”). Zmuszony jednak sytuacją („Kooperacja, integracja… Wielkie gangi podzieliły między sobą całe miasto. Drobna przedsiębiorczość traci dziś grunt pod nogami.”) uginają się i proszą o pomoc tuzy świata przestępczego takie jak William Peachum. Filozofia życia tego ostatniego została wyklarowana w rozmowie obu panów: „Na małą skalę kradnie pan dobrze, ale proszę wybaczyć: nie ma pan zielonego pojęcia o zasadach prowadzenia dużego biznesu. W przeciwnym razie musiałby pan wiedzieć, że bez takiego czy innego kontaktu z policją dziś już żaden szef większej firmy po prostu się nie obejdzie. Bardzo by się pan zdziwił, widząc, kto z naszych kręgów jest u pana Lockita codziennym gościem! (…) Czy pan sądzi, że moja organizacja funkcjonowałaby tak wspaniale, gdybym nie był kryty współpracą z policją? Niechże pan nie będzie naiwny! A już nawet nie wspominam, ile ważnych informacji zdobyłem w ten sposób, ilu ludziom pomogłem, ile udało się uratować przypadków, wydawałoby się, zupełnie beznadziejnych!” Filch ostatecznie unosi się honorem i nie przystępuje do złodziejsko policyjnej korporacji („Może mnie pan uzna za dziwaka, panie Paechum, ale zamiast kraść pod ochroną policji, to już wolę zabrać się za uczciwą pracę!”), co kończy się dla niego aresztowaniem i wyrokiem śmierci. Macheath, chociaż po całej serii zdrad, jakich doświadczył, deklarował: „Nie chcę żyć! Nie pasuję do tego świata!” przyjął w końcu argumenty komendanta policji i wyszedł na wolność. Co było warunkiem swobody i gwarancją bezpieczeństwa? Wyjaśnił mu to Lockit: zrealizować fuzję z bandą Peachuma „a potem – jako jego zastępca – trochę rozglądać się wokoło i czasem poinformować mnie, co nowego w firmie, jak sobie radzi szef i czy istotnie odprowadza mi do miejskiej kasy cały utarg.”

Recenzent polskiego wydania napisał, że gdy władze komunistycznej Czechosłowacji zorientowały się, że ta sztuka mówi o rzeczywistości, w której jedyną obowiązującą zasadą jest to, że nie ma żadnych zasad, natychmiast zakazały jej wystawiania.

Można wiedzieć, czego Pan się tak przestraszył? Kim Pan był w tym świecie, że usiłował Pan to zataić wszelkimi możliwymi sposobami? A może raczej, kim pan w nim nie był?

Z wyrazami szacunku

Sawa Dragan

Towarzysz

Sawa Dragan

Warszawa

Polska

Drogi Młody Przyjacielu,

Pozwoli Towarzysz, że z uwagi na palące okoliczności od razu przejdę do rzeczy. Dziękuję wam za internacjonalistyczne zainteresowanie naszą czechosłowacką problematyką. Wasze socjalistyczne zaangażowanie w walkę o lepsze jutro, jakkolwiek słuszne, musi być, moim zdaniem studzone niezbędną dawką bolszewickiego pragmatyzmu. A czego uczy nas ów pragmatyzm? Najłatwiej będzie to wykazać na konkretnym przykładzie i to najlepiej na takim przykładzie, który Was tam w bratniej Polsce zainteresował. Na imię mu Vaclav Havel.

Kto to jest, to znaczy był, Vaclav Havel? Rodzina zarówno od strony ojca jak i matki burżuazyjna! Dziadek – minister obszarniczego rządu, który za plecami Narodu Czechosłowackiego prowadził negocjacje z Hitlerem w 1938 roku. Nic zatem dziwnego, że jego ojcu doskonale powodziło się za okupacji, do jego lokali uczęszczali hitlerowscy oficjele o czym świadczy, tak, tak zdjęcie sześcioletniego Vaclava siedzącego na kolanach Reinharda Heydricha. Ojciec, Vaclav M. Havel, to niby obrotny przedsiębiorca budowlany, ale tak naprawdę mason – członek Loży 28 Października. Stryj natomiast tego pańskiego „bohatera” to jeszcze lepsze ziółko. Wyobraź sobie drogi kolego, też potentat – tyle, że w branży filmowej, no i również mason i pederasta.

Teraz trochę o samym pańskim bohaterze. Prezydentem jak wiadomo został wybrany, ponieważ był jednym z niewielu czechosłowackich intelektualistów znanych na Zachodzie jak i w kraju, nieobciążonych komunistyczną przeszłością a wręcz przeciwnie posiadających opozycyjną, nomen omen, kartę. Karierę polityczną zaczął robić jeszcze przed sławetnym rokiem 68. Jeżdżąc po kraju i podburzając przeciwko władzy prowincjonalne środowiska pisarzy. A całe to wiecowanie odbywało się, towarzyszu, nie bez wspomagania farmakologicznego środkami pobudzającymi.

W tym czasie pański bohater był już niezależnym finansowo, choć młodym, dramaturgiem. Jak do tego doszło? Niech towarzysz sobie wyobrazi, że sukces finansowy, a co za tym idzie, niezależność, w owym czasie Vaclav Havel zawdzięczał jednej sztuce teatralnej Garden Party napisanej pod kierownictwem (a więc niesamodzielnie) Jana Grossmana a opartej na pomyśle Ivana Vyskocila. Nie będę się tu rozwodził nad wątpliwymi walorami tego sztuczydła, gdyż ważne jest tu co innego. Otóż swoje usługi, jako agenta literackiego, zaproponował młodemu Havlovi, Klaus Juncker, redaktor niemieckiego wydawnictwa Rowohlt. Dzięki współpracy z nim sztuka pańskiego bohatera miała dziesiątki inscenizacji, głównie w teatrach niemieckojęzycznych, ale nie tylko. Dzięki temu ten sygnatariusz Karty 77 zarabiał 15 razy tyle, co przeciętny Czechosłowak. Rozumiesz więc młody przyjacielu, dlaczego nasz przyszły prezydent tak bardzo bał się „entropijności”!? I to jest właśnie sedno jego burżuazyjnej ideologii podszytej zabobonnymi rojeniami jakiejś Anny Pammrovej czy innymi teozofiami.

Moja rada, młody człowieku, jest następująca: porzuć te krypto burżuazyjne rojenia i z Kapitałem Marksa w dłoni walcz o lepsze jutro!

Z proletariackim pozdrowieniem

Gustav Husak

1 V. Havel, List otwarty do Sekretarza Generalnego KPCz [w:] Siła bezsilnych i inne eseje, Warszawa 2011, s. 56-86.

2 A. Kijowski, Rachunek naszych słabości [w:] Rachunek naszych słabości, Warszawa 1994, s. 24-35.

3 A. Kijowski, Czechosłowacja [w:] Rachunek naszych słabości, Warszawa 1994, s. 71-76.

4 Ibidem, s. 76.

5 „W naszych fabrykach i urzędach święci triumfy dyscyplina pracy, trud obywateli przynosi zauważalne rezultaty w postaci powolnego, ale stałego wzrostu stopy życiowej, ludzie budują sobie domy, kupują samochody, płodzą dzieci, bawią się, żyją.” –V. Havel, Siła bezsilnych i inne eseje, Warszawa 2011, s. 56.

6 „Jednakże ludzie bynajmniej nie ograniczają się do tego, że chodzą do pracy, robią zakupy i żyją własnym życiem. Robią więcej: podejmują liczne zobowiązania produkcyjne, które wykonują i przekraczają; jak jeden mąż uczestniczą w wyborach i jednomyślnie głosują na zaproponowanych kandydatów; aktywnie działają w rozmaitych organizacjach politycznych; biorą udział w zebraniach i manifestacjach; wyrażają poparcie dla wszystkiego, dla czego powinni; nigdzie nie można dostrzec ni cienia dezaprobaty dla jakichkolwiek poczynań rządu.” .” –V. Havel, Siła bezsilnych…, s. 56-57.

7 „Nad tymi zaś faktami nie można już tak lekko przejść do porządku; tu już trzeba zadać poważne pytanie: czy wszystko to nie stanowi potwierdzenia, że udało się Panu pomyślnie zrealizować program, który wytyczyło sobie Pańskie kierownictwo – mianowicie zdobyć poparcie ludności i skonsolidować sytuację w kraju?.” –V. Havel, Siła bezsilnych…, s. 57.

8 Ibidem.

9 Ibidem, s. 58.

10 „Strachu, o którym mówię, nie należy wszakże wyobrażać sobie jako strachu w potocznym rozumieniu psychologicznym, tj. po prostu jako pewnej konkretnej emocji: wokół siebie nie widujemy przeważnie ludzi trzęsących się ze strachu niczym osiki, otaczają nas raczej obywatele sprawiający wrażenie całkiem zadowolonych i pewnych siebie. Chodzi tutaj o strach w sensie głębszym, rzekłbym – etycznym: mianowicie o mniej lub bardziej świadomą partycypację w zbiorowej świadomości trwałego i wszechobecnego zagrożenia; o troskę o to, co jest lub mogłoby być zagrożone; o powolne przyzwyczajanie się do tego zagrożenia jako do substancjalnego składnika naturalnego świata; o coraz szersze, coraz bardziej uważane za oczywistość i coraz zręczniejsze opanowywanie różnych form zewnętrznego dostosowywania się jako jedynego skutecznego sposobu samoobrony.

(…) Pojawia się wszakże pytanie: czego się ci ludzie właściwie boją? Procesów? Tortur? Utraty majątku? Deportacji? Katowskiego topora? Oczywiście nie (…). Nacisk dzisiejszy występuje w formach delikatniejszych i elegantszych – i choć procesy polityczne odbywają się również dzisiaj (przy czym każdemu wiadomo, że są manipulowane przez władzę), stanowią przecież już tylko groźbę skrajną, podczas gdy punkt ciężkości został przesunięty w sferę presji materialnej. Nie zmienia to zresztą wiele, jeżeli chodzi o istotę sprawy: wiadomo, że absolutna skala zagrożenia nigdy nie miała takiego znaczenia jak skala względna: ważniejsze od tego, co człowiek traci obiektywnie, jest to, jakie znaczenie subiektywne – zależne od horyzontów jego świata, od jego hierarchii wartości – ma owa strata dla niego osobiście.

(…) Ten system presji materialno-bytowej, szczelnie spowijający całe społeczeństwo i każdego obywatela, czy to jako konkretna, codzienna groźba, czy jako ogólna możliwość, nie mógłby jednak pomyślnie funkcjonować, gdyby nie miał – całkiem tak samo jak owe odrzucone już i brutalniejsze formy nacisku – naturalnego zaplecza w postaci siły zapewniające mu uniwersalność i moc: w postaci wszechobecnej i wszechwładnej policji politycznej.” – Ibidem, s. 59-60.

11 Ibidem, s. 62.

12 R. Makowski, Nabici w urnę wyborczą, Uważam Rze z dn. 21-27.11.2011.

13 V. Havel, op.cit., s. 61.

14 „Myśl sobie, co chcesz, byłeś tylko na zewnątrz zgadzał się, byłeś nie stawiał przeszkód, byłeś przestał dążyć do prawdy i zdławił swe sumienie – a wszystkie drzwi staną przed tobą otworem.” – V. Havel, op.cit., s. 62.

15 „Kto zaś usiłuje jeszcze opierać się i wątpiąc w wartość samorealizacji okupionej wyobcowaniem się, odmawia na przykład zgody na przyjęcie zasady dwulicowości jako głównej zasady życiowej, przez coraz bardziej zobojętniałe otoczenie uważany jest za oryginała, wariata, donkiszota – a w końcu nieuchronnie spotyka się też z pewną dozą niechęci, jak każdy, kto zachowuje się inaczej niż inni; zwłaszcza że na dobitkę swym zachowaniem może zmusić swoje otoczenie do przejrzenia się w zwierciadle krytyki. Albo – druga możliwość – zobojętniały ogół na pozór wyklucza takie indywiduum ze swego grona albo unika go, jak tego odeń żądano, po kryjomu jednakże lub prywatnie sympatyzuje z nim, wierząc, że taką potajemną sympatią do kogoś, kto zachowuje się tak, jak większość powinna by, lecz nie może, czyni zadość wymaganiom swego sumienia.” – Ibidem., s. 63.

16 „Uczestnictwo we wszystkich rytuałach politycznych, w które się nie wierzy, nie ma co prawda sensu, lecz zapewnia przynajmniej spokój – a jaki sens miałoby właściwie nieuczestniczenie w nich? Niczego by się nie osiągnęło, a w dodatku człowiek utraciłby również ten spokój. Większość ludzi nie lubi znajdować się w trwałym konflikcie z władzą, tym bardziej, że taki konflikt nie może skończyć się inaczej niż klęską izolowanej jednostki. Dlaczego więc właściwie człowiek nie miałby robić tego, czego od niego żądają? Nic go to przecież nie kosztuje – i z czasem przestaje w ogóle się nad tym zastanawiać: nie warto mu nawet zaprzątać sobie głowy takimi sprawami.” – Ibidem.

17 „Spokój jest podstawowym hasłem reżimu. (…) W społeczeństwie otwartym, które znajduje się w nieustannym ruchu, w którym spierają się wciąż sprzeczne interesy, opinie, ambicje, spokój taki jest po prostu niemożliwy i przybyszowi stamtąd wydaje się koszmarem, ale kto go raz zaznał, jak my, pod rządami hierarchicznej biurokracji, przyzwyczaja się do niego i pragnie go, jak chory co raz zakosztował dobrodziejstw środka znieczulającego.” – A. Kijowski, op.cit., s. 28.

18 V. Havel, op.cit., s. 63-64.

19 „Im głębsza jest rezygnacja człowieka z możliwości ogólnej poprawy sytuacji i w ogóle ze wszystkich wartości i celów ponadosobowych, a więc z możliwości oddziaływania w kierunku „na zewnątrz”, tym bardziej jego energia zwraca się tam, gdzie napotyka stosunkowo najmniejsze przeszkody: „do wewnątrz”. Ludzie znacznie więcej myślą o sobie, o swym najbliższym otoczeniu, o swej rodzinie, o swoim domu; tam znajdują spokój, tam mogą zapomnieć o całym idiotyzmie świata, tam mogą swobodnie rozwijać swoje siły twórcze. Starają się coraz lepiej wyposażyć swe domy, kupują ładne rzeczy, chcą podnieść standard swego mieszkania, uprzyjemniają sobie życie, budują sobie domki letniskowe, dbają o swoje samochody, poświęcają więcej uwagi jedzeniu, ubraniu, komfortowi – krótko mówiąc, troszczą się przede wszystkim o materialne wyznaczniki swojego życia prywatnego.

(…) Władza patrzy życzliwie na ten przepływ energii do sfery „prywatności” i popiera go. Lecz dlaczego? (…) dlatego, że widzi w nim to, czym jest on w swojej czystej postaci, u źródeł psychologicznych – ucieczkę ze sfery „spraw publicznych”. Słusznie przeczuwając, że gdyby zaangażowane tak siły zwracały się „na zewnątrz”, prędzej czy później musiałyby skierować się przeciw niej (bądź też przeciw tej jej postaci, z której nie zamierza zrezygnować), nie waha się jako życia godnego człowieka przedstawiać tego, co de facto jest tylko smętną jego namiastką. Tak więc uwagę społeczeństwa – po to, by łatwiej nad nim panować – świadomie odciąga się od niego samego, tj. od spraw społecznych: przytwierdzenie całej uwagi człowieka do podłogi zainteresowań czysto konsumpcyjnych ma uniemożliwić mu dostrzeżenie, jak rośnie skala gwałtu zadawanego mu na płaszczyźnie duchowej, politycznej i moralnej; zredukowanie go do jednowymiarowego wyznawcy ideałów wczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego ma go przekształcić w materiał podatny na kompleksową manipulację; niebezpieczeństwo, że mógłby zatęsknić do którejś z niezliczonych i niedających się przewidzieć możliwości, które ma jako człowiek, powinno być zdławione w zarodku przez uwięzienie go w ubożuchnym horyzoncie możliwości, które ma jako konsument w ograniczonych warunkach centralnie sterowanego rynku.

Wszystko świadczy o tym, że władza zachowuje się w tym wypadku w sposób właściwy prymitywnemu organizmowi, którego jedynym celem jest samo utrzymanie się przy życiu. Idąc po linii najmniejszego oporu, zupełnie nie zwraca uwagi na to, czym należy za to zapłacić; bezlitosnym atakiem na ludzką integralność, brutalnym okrojeniem człowieka jako człowieka.

Przy tym ta sama władza z obsesyjną wprost wytrwałością stale legitymuje się swą rewolucyjną ideologią – w której centralne miejsce zajmuje ideał wszechstronnego wyzwolenia człowieka! (…) Miast swobodnego współdecydowania o sprawach gospodarczych, swobodnego udziału w życiu politycznym i swobodnego rozwoju duchowego człowiek otrzymał w końcu możliwość swobodnego wyboru, który model lodówki czy też pralki ma sobie kupić. {s. 65} Czyli: z przodu imponująca fasada wielkich humanistycznych ideałów, a za nią skromny jednorodzinny domek socjalistycznego mieszczucha! Z jednej strony bombastyczne hasła o niebywałym rozwoju wszystkich swobód i niebywałym strukturalnym bogactwie życia – a z drugiej niebywała szarzyzna i pustka życia zredukowanego do krzątaniny.” – Ibidem., s. 64-66.

20 „Gdzieś na szczycie hierarchii presji manipulacyjnych robiących z człowieka posłusznego członka konsumpcyjnego stada stoi – jak już wspomniałem –ukryta i wszechwładna siła: policja polityczna. (…) każdego, kto miał smutną okazję poznać na własnej skórze „scenopis” działania tej instytucji, misi śmieszyć przedstawiane nam oficjalne uzasadnienie jej celu i wyjaśnianie istoty: bo czy można uwierzyć, że te plugawe knowania tysięcy małych donosicieli, zawodowych szpicli, zakompleksionych, podstępnych, zawistnych i złośliwych drobnomieszczuchów i biurokratów, to cuchnące kłębowisko zdrad, asekuranctwa, oszustw, plotek i intryg jest scenopisem robotnika strzegącego władzy ludowej i jej rewolucyjnych zdobyczy przed zakusami jej wrogów?

Myślę, że całą tę groteskową sprzeczność między teorią a praktyką trudno wyjaśnić inaczej niż jako naturalną konsekwencję rzeczywistego posłannictwa dzisiejszej policji politycznej, którym nie jest ochrona swobodnego rozwoju człowieka przed jego gwałcicielami, lecz przeciwnie – ochrona gwałciciela przed zagrożeniem, jakie stanowiłaby dla niego każda podjęta przez człowieka próba rzeczywiście swobodnego rozwoju.” – Ibidem, s. 66.

21 R. Makowski, Cykory na wybory, Uważam Rze z dn. 26.09.-2.10.2011.

22 „Sprzeczność między rewolucyjną nauką o nowym człowieku i nowej moralności a przyziemną koncepcją życia jako szczęśliwości konsumpcyjnej nasuwa pytanie, dlaczego właściwie władza trzyma się tak kurczowo swojej ideologii. Chyba tylko dlatego, że ideologia – jako skonwencjonalizowany system rytualnego komunikowania się –zapewnia jej złudzenie legitymizmu, ciągłości i konsystencji oraz służy jej jako prestiżowa maska osłaniająca pragmatyczną praktykę. Zarazem rzeczywiste, konkretne interesy tej praktyki na każdym kroku nieuniknienie przesiąkają wszakże do oficjalnej ideologii: z głębin niebosiężnej sterty ideologicznych frazesów, którymi władza usiłuje nieustannie oddziaływać na człowieka, a których człowiek wobec ich zerowej wartości treściowej niemal nie zauważa, dobiega do niego –jako jedyny wreszcie naprawdę konkretny i sensowny głos – realistyczna rada: polityką w miarę możliwości się nie zajmuj – to nasza sprawa, a ty rób tylko to, co ci powiemy, po próżnicy nie filozofuj i nie wtykaj nosa w sprawy, które cię nie powinny obchodzić, siedź cicho, wykonuj swoją pracę i troszcz się o siebie, a będziesz szczęśliwy. I człowiek stosuje się do tej rady: konieczność troszczenia się o swój byt jest koniec końców jedyną rzeczą, co do której może bez trudu zgodzić się ze swym rządem. Czemu więc nie miałby z tego skorzystać? Zwłaszcza gdy i tak nic innego robić nie można!” –V. Havel, op.cit., s. 66-67.

23 Ibidem., s. 68.

24 ”Społeczeństwo rozwija się wewnętrznie, wzbogaca się duchowo i doskonali przede wszystkim na skutek tego, że coraz głębiej, szerzej i w sposób coraz bardziej zróżnicowany uświadamia sobie samo siebie. Podstawowym instrumentem tego samouświadomienia społeczeństwa jest jego kultura.

(…) Tam, gdzie totalne opanowanie społeczeństwa totalnie uniemożliwiło mu wewnętrzne zróżnicowane doskonalenie się, można zaobserwować prawidłowość, że w pierwszej kolejności zdławiona zostaje kultura: nie tylko „automatycznie”, jako coś, co całą swoją istotą ontologiczną stanowi przeciwieństwo „ducha” wszelkiej manipulacji społecznej, lecz również „programowo”: w wyniku uzasadnionej obawy, że przede wszystkim właśnie dzięki kulturze – jako instrumentowi swego samouświadomienia – społeczeństwo uprzytomni sobie, jak bardzo jest gwałcone. Za pośrednictwem kultury społeczeństwo pogłębia swoją wolność i odkrywa prawdę – a jakże może zależeć na niej władzy, której istotą jest właśnie deptanie tych wartości? Taka władza uznaje przecież jedyną tylko „prawdę”: tę, której akurat potrzebuje. I jedyną „swobodę”: głoszenie takiej „prawdy”.

Świat takiej „prawdy”, która nie czerpie z dialektycznego klimatu rzeczywistego poznania, lecz jedynie z klimatu interesów władzy, jest światem sterylności myślowej, skostniałych dogmatów, sztywnej i niezmiennej doktryny oraz będącej naturalną jej konsekwencją pragmatycznej samowoli.

Jest to świat zakazów, ograniczeń, zarządzeń. Świat, w którym przez politykę kulturalną rozumie się przede wszystkim działalność policyjną w sferze kultury.

Wiele już powiedziano i napisano o kuriozalnym stopniu dewastacji naszej współczesnej kultury: o setkach zakazanych książek oraz dziesiątkach zlikwidowanych czasopism (…); o rozpędzeniu wszystkich dotychczasowych związków twórczych oraz licznych placówek naukowych i zastąpieniu ich swoistymi atrapami, administrowanymi przez garstkę agresywnych sekciarzy, znanych karierowiczów, niepoprawnych tchórzy i ludzi bez talentu, a zżeranych przez ambicję, którzy w powszechnej próżni dostrzegli swą wielką szansę.

Przede wszystkim: bez względu na to, jak zła jest sytuacja dzisiejsza, nie oznacza to, że kultura zupełnie nie istnieje. (…) Lecz ta jawna, legalna kultura, jako całość ma jedną wspólną cechę: powszechne uzewnętrznienie spowodowane rozległym wyobcowaniem z jej najgłębszej istoty; dokonanym w postaci wykastrowania kultury właśnie jako instrumentu samouświadomienia człowieka, a zatem również społeczeństwa.

(…) Interesuje mnie kwestia, jak to uzewnętrznienie przejawia się w dziedzinach dysponujących środkami, które pozwalają znacznie bardziej bezpośrednio ukazać doświadczenie człowieka w świecie, a więc znacznie wyraźniej pełniących funkcję środka samouświadomienia społeczeństwa.

(…) Mówiąc zwięźle: imitując realny świat, taki utwór w istocie realny świat fałszuje. Co się więc tyczy konkretnej postaci owego uzewnętrznienia, wcale nie jest przypadkiem, że najczęściej czerpie się tu ze stągwi, która jest u nas tradycyjnie – dzięki gwarantowanej nieszkodliwości tego, co zawiera – mile widziana przez władzę, obojętne, burżuazyjną czy proletariacką. Mówię o estetyce banału, mieszczącej się w granicach zacnej moralności drobnomieszczańskiej; o sentymentalnej filozofii humanizmu w stosunkach między sąsiadami; o jowialności kucharek; o prowincjonalnej koncepcji świata opartej na wierze, iż w gruncie rzeczy jest on poczciwy; mówię o tej estetyce, której rdzeniem pacierzowym jest kult roztropnej przeciętności oparty na fundamencie zatęchłego samozadowolenia narodu, kierujący się zasadą sproszkowania, rozdrobnienia i przygładzenia, a wreszcie przerastający w załgany optymizm najprymitywniejszej interpretacji hasła „Prawda zwycięży”.

(…) Rzeczywistym interesom dzisiejszej władzy nieporównanie bardziej odpowiada to, co nazwałem estetyką banału. Ta bowiem mija się z prawdą w sposób znacznie mniej rzucający się w oczy (…); świadomość konwencjonalna przyjmuje ją oczywiście znacznie łatwiej, może więc znacznie lepiej wywiązywać się z zadania, które konsumpcyjna koncepcja życia wyznacza kulturze: nie podniecać prawdą, lecz uspokajać kłamstwem.

Rozumie Pan z pewnością, że w tej chwili nie mówię już o wielostronicowych indeksach twórców częściowo lub całkowicie zakazanych, lecz o indeksie znacznie gorszym: o „indeksie in blanco”, na którym znajduje się a priori wszystko, co mogłoby zabłysnąć bardziej oryginalną myślą, trafniejszym poznaniem, wyższym stopniem szczerości, oryginalniejszym pomysłem, sugestywniejszą formą – mówię o prewencyjnym liście gończym nakazującym ścigać wszystko, co jest wewnętrznie wolne, a więc – w najgłębszym tego słowa znaczeniu – kulturalne.” – Ibidem., s. 68-72.

25 „Obawiam się, że zgubne konsekwencje społeczne w tej dziedzinie o wiele lat przeżyją konkretne interesy polityczne, które je spowodowały. Tym większa będzie zatem historyczna wina tych, którzy w imię utrzymania się dziś u władzy wystawili na szwank przyszłość duchową narodu.” – Ibidem., s. 75.

26 Entropia, miara nieokreśloności, chaotyczności; w termodynamice –wielkość równa sumie ilorazów porcji ciepła pobranych przez układ w procesie odwracalnym, przez odpowiednie temperatury; wszystkie zjawiska zachodzą w przyrodzie w takim kierunku, że e. układu wzrasta – Leksykon PWN, Warszawa 1972.

27 „O ile podstawowym prawem kosmosu jest wzrost entropii, o tyle podstawowym prawem życia jest – przeciwnie – rozbudowywanie struktury i walka z entropią; życie sprzeciwia się wszelkiemu uniformizmowi i ujednoliceniu: jego perspektywą nie jest „jednakowość”, ale zróżnicowanie; jest niepokojem transcendencji, przygodą z tym, co nowe, ruchem oporu przeciwko status quo; egzystencjalnym wymiarem jego rozwoju jest stale aktualizująca się tajemniczość.

U podstaw władzy, której cele ograniczają się do ochrony własnej niezmienności przez wymuszanie siłą jedności i permanentnej aprobaty, legły natomiast egzystencjalna nieufność do wszelkiej różnorodności, niepowtarzalności i transcendencji, egzystencjalny wstręt do wszystkiego, co nieznane, niepojęte i w chwili obecnej jeszcze tajemnicze; egzystencjalne dążenie do uniformizacji, jednakowości i bezruchu; gorąca miłość do status quo. Duch mechanicyzmu góruje w niej nad duchem życia. (…) Obrawszy kurs na entropię, taka władza idzie pod prąd życia.

Gdzieś u samych podstaw władzy, która obrała kurs na entropię (…) obecna jest zasada śmierci. I trupi zapach emanuje też z reprezentowanych przez władzę poglądów na „porządek” – poglądów, w myśl których każdy przejaw prawdziwego życia (charakterystyczny czyn, indywidualny wyraz, niepowtarzalna myśl, nieprzewidywalne pragnienie, albo pomysł) nieuchronnie jest jedynie sygnałem „zamętu”, „chaosu” i „anarchii”.

Owszem, mamy porządek: biurokratyczny porządek szarego uniformizmu zabijający jednostkowość; porządek typowej dla maszyn mechaniczności dławiącej niepowtarzalność; porządek zatęchłego bezruchu wykluczający transcendencję. Jest to porządek bez życia.

Owszem, w naszym kraju panuje spokój: czy nie jest to jednak spokój kostnicy albo grobu?” – V. Havel, op.cit., s. 75-76.

28 „Im bogatsze jest zatem życie społeczeństwa, tym lepiej uzmysławia sobie ono wymiar społecznego czasu, wymiar dziejowości. Innymi słowy: tam gdzie istnieje obszar dla działań społeczeństwa, otwiera się też obszar dla społecznej pamięci. Społeczeństwo, które żyje, ma swoje dzieje.

Skoro jednak pierwiastek ciągłości i przyczynowości w historii wiąże się tak egzystencjalnie z pierwiastkiem niepowtarzalności i nieprzewidywalności, pojawia się pytanie, jak prawdziwe dzieje – to niewyczerpane źródło „chaosu”, stały zdrój niepokoju i zuchwały policzek wymierzony porządkowi – mogą istnieć w świecie opanowanym przez reżim „entropijny”.

Odpowiedź jest jasna: istnieć w nim nie mogą. I – przynajmniej na zewnątrz – w nim nie istnieją: uśmiercając życie jako takie, zatrzymano w nim bieg społecznego czasu, toteż dzieje znikają z jego horyzontu.

Kryzys poczucia chronologii na płaszczyźnie społecznej prowadzi przy tym nieuchronnie również do jego kryzysu w życiu prywatnym: tracąc zaplecze historii społeczeństwa, a tym samym także historii położenia jednostki w tym społeczeństwie, życie prywatne zostaje sprowadzone do poziomu przedhistorycznego, na którym rytm czasu wyznaczają już tylko takie wydarzenia jak narodziny, ślub albo śmierć.

Kryzys poczucia czasu społecznego zdaje się w ogóle cofać społeczeństwo w epokę przedhistoryczną, kiedy to ludzkość przez długie tysiąclecia w swej świadomości upływu czasu społecznego nie wykraczała poza granice kosmiczno-meteorologicznego stereotypu powtarzających się w nieskończoność pór roku i związanych z nimi rytuałów religijnych.

Luka, jaką pozostawił po sobie niepokojący wymiar dziejowości, musi być jednak wypełniona – toteż nieporządek dziejów rzeczywistych został zastąpiony porządkiem pseudodziejów, których autorem wszakże nie jest życie społeczeństwa, ale urzędowy planista; zamiast wydarzeń podsuwa się nam pseudowydarzenia (…).

A więc znów: doskonały porządek – okupiony jednak nawrotem do prehistorii. A i to jeszcze z zastrzeżeniem: o ile dla naszych przodków powtarzające się rytuały zawsze miały głęboki sens życiowy, o tyle dla nas stały się już tylko zrutynizowaną sztuka dla sztuki: rząd kultywuje je, by utrzymać złudzenie wydarzeń dziejowych; obywatel uczestniczy w nich, ażeby się go nie czepiano.” – Ibidem., s. 77-78.

29 Ibidem, s. 79.

30 „Takie wstrząsy niemal zawsze budzą jakieś nadzieje albo jakieś obawy; niemal zawsze otwierają – bądź rzeczywiście, bądź na pozór – obszar dla nowej realizacji różnych sił i intencji życia; niemal zawsze przyśpieszają rozmaite ruchy w społeczeństwie.

Zarazem jednak wszystko to niemal zawsze kryje w sobie – właśnie z powodu tak bardzo nienaturalnej struktury takich sposobów konfrontacji z życiem, jakimi są te nagłe trzęsienia władzy – również liczne, wielkie i niemożliwe do wcześniejszego przewidzenia ryzyka.

Jeden rodzaj takiego ryzyka spróbuję naświetlić bardziej szczegółowo.

Jeżeli człowiek co dzień w milczeniu słucha nieudolnego przełożonego, jeśli co dzień z poważną miną uczestniczy w rytuałach, które w rzeczywistości go śmieszą, jeżeli bez żenady pisze w ankiecie coś, co stanowi zaprzeczenie jego prawdziwych poglądów, i gotów jest publicznie zaprzeć się samego siebie, jeśli bez trudu udaje sympatię lub nawet miłość tam, gdzie naprawdę jest obojętny lub czuje obrzydzenie – wszystko to nie oznacza jeszcze, że całkowicie wygasło w nim jedno z podstawowych ludzkich uczuć: mianowicie poczucie poniżenia.

Przeciwnie: ludzie – choć nikt o tym nie mówi – świetnie wyczuwają, czym płacą za swój zewnętrzny spokój: ciągłym poniżaniem własnej godności. (…) Tak więc w rzeczywistości nic nie idzie w zapomnienie: cały przeżyty strach, cała narzucona dwulicowość, cała ta żenująca i niegodna błazenada – i może najbardziej ze wszystkiego poczucie ujawnionego tchórzostwa – wszystko to osadza się gdzieś na dnie świadomości społecznej, magazynuje się tam, prowadzi krecią robotę.

Władza dzisiejsza różni się znacznie od tej, która istniała przed tym niedawnym wybuchem. Nie tylko dlatego, że jeśli tamta była, że tak powiem, „oryginałem”, to ta jest tylko sformalizowaną owego oryginału imitacją, niezdolną ocenić stopień, w jakim zdarto tymczasem z „oryginału” mistyfikujące osłony – lecz przede wszystkim dlatego, że o ile dawna władza opierała się na realnym i niebagatelnym zapleczu społecznym w postaci ufnego (nawet jeśli stopniowo malejącego) poparcia ze strony części ludności oraz na realnej i niebagatelnej (nawet jeśli stopniowo wietrzejącej) sugestywności obiecywanych początkowo perspektyw socjalnych, o tyle dzisiejsza opiera się już wyłącznie w instynkcie samozachowawczym panującej mniejszości i na strachu podporządkowanej jej większości.

W takich okolicznościach trudno przedstawić wszystkie możliwe do przewidzenia warianty przebiegu ewentualnej przyszłej „chwili prawdy”” – Ibidem., s. 82-84.

31 „Dlatego Polak zgadza się na władzę „innych” nad sobą w nadziei, że go uchronią od ciosów z zewnątrz i wstrząsów wewnętrznych. Dziś oddaje ją tym, którzy mają zaufanie Moskwy, umieją rozmawiać z Moskwą i mają na tyle miedziane czoła, aby znieść moskiewskie upokorzenia. Wyrzeka się swych praw w zamian za bezpieczeństwo. Wynagradza sobie to wyrzeczenie nienawiścią i pogardą, jakie żywi dla owej władzy, i wyraża je szyderstwem, w którym celuje oraz w utajonym oszustwie, które doprowadził do perfekcji, a z którego moraliści w miarę potrzeb chwili i punktu widzenia robią bądź wadę, bądź to cnotę narodową. Ta postawa i złączone z nią umiejętności pozwoliły Polakom doskonale przetrwać rozbiory i okupacje; pomogły im też wyprowadzić w pole aparatczyków, oprzeć się indoktrynacji, stworzyć sobie znośne warunki życia w skali prywatnej, wbrew kulejącemu systemowi, a nawet wywierać skuteczny nacisk na reżim. Są to więc cechy wspomagające społeczeństwo w jego stałej konfrontacji z narzuconą władzą, a zatem źle wróżące na moment, w którym Polacy uzyskaliby pełnię politycznych praw.” – A. Kijowski, op.cit., s. 32.

32 A. Kijowski, op.cit., s. 27.

33 V. Havel, op.cit, s. 132.

34 Ibidem., s. 133.

35 Ibidem., s. 133-134.

36 Ibidem., s. 134.

37 Ibidem, s. 152.

38 A. Kijowski, op.cit., s. 71-75.

39 Ibidem, s. 34.

40 V. Havel, op.cit., s. 80.

Udostępnij
Kategoria
Czytaj także

Paweł Bielawski: Seks, seksualność i rodzina oczami archeofuturysty. Perspektywa Guillaume’a Faye’a

Nie ulega wątpliwości, że lewica narzuciła swój język w sferze seksualności i obyczajowości z nią związanej, np. „heteronormatywny”, „cis” itd. Prawica natomiast, pełna pruderii, wydaje się być w tej sytuacji zupełnie poza swoją strefą komfortu. Prawica lubi wypowiadać się o Kościele, religii, ale jak dochodzi do tematu seksu i seksualności, to wydaje się, że pełna zażenowania spogląda na księdza z nadzieją aprobaty i wstydzi się cokolwiek powiedzieć. Lewica natomiast, skwapliwie z tego korzysta, narzucając swoją narrację właściwie bez żadnego oporu, nie licząc okazjonalnych pomruków niezadowolenia z prawicowej strony.

„Komunizm jak i kapitalizm były dla Ottona Strassera systemami przesiąkniętymi egoizmem.” – wywiad z dr. Tomaszem Kosińskim, autorem pierwszej polskiej monografii o założycielu “Czarnego Frontu”.

Związek Sowiecki przed II wojną światową jak i po tej wojnie był traktowany przez Ottona Strassera jako zagrożenie dla Niemiec jak i Europy. Stąd promował ideę budowy zjednoczonej Europy jako przeciwwagi dla ZSRS przed drugą wojną światową oraz jako trzeciej siły między USA a ZSRS po zakończeniu tego konfliktu.

David Engels

Przeciw agonii Europy – rozmowa z prof. Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności i pracownikiem Instytutu Zachodniego w Poznaniu

Walka między dobrem a złem toczy się wiecznie i nie zostanie rozstrzygnięta aż do dnia ostatecznego. Dlatego musimy uważać, by nie obarczać naszej walki o zachodnią cywilizację nadmiernymi eschatologicznymi nadziejami. Uważam, że rzeczywiście będzie możliwe doprowadzenie naszej cywilizacji do ostatecznej syntezy, która opiera się na racjonalnym powrocie do tradycji, ale ta synteza będzie jednocześnie punktem końcowym naszego rozwoju kulturalnego – po niej mogą powstać inne kultury, a walka w sercu każdego człowieka będzie trwała dalej, jednak „wielki organizm” Zachodu zostanie „zamknięty”.