Metallica skończyła się póki co na „Hardwired…To Self-Destruct”, „Stańczyk” natomiast — na „Postkonserwatywnej manifeście”. Od 2004 okazało się parę rzeczy. Po pierwsze — rozwiały się nadzieje pokładane w witalności młodej formacji katolickiej. Wystarczy porównać status marki „Fronda” wtedy i obecnie, czy to w przaśnej wersji portalowej, czy „hipsterprawicowej”. Po drugie — przerobienie historii romańskiego konserwatyzmu integralnego od de Maistre’a po ideologów karlizmu z jednej, a Maurrasa z drugiej strony, okazało się wartościowe i w wielu aspektach fascynujące, jednak w coraz starszym XXI wieku ciężko być nawarskim chłopem. Po trzecie — dzielnemu baronowi Evoli nie udało się jednak zrodzić tańczącej gwiazdy. To, co u niego nieomal wydawało się pląsać na nieboskłonie, u wielómownych epigonów, zapośredniczonych przez Aleksandra Dugina, dość uparcie leży, stanowiąc w korzystniejszej interpretacji ciągi twierdzeń ciekawych, acz niedostatecznie uzasadnionych konkretem, w mniej korzystnej — pospolite wodolejstwo, bazujące na zaklęciach, chciejstwie i czystych konstruktach myślowych. Last but not least, niektórych sumiennych czytelników, a nawet młodszych publicystów „Stańczyka” fale dziejów zaniosły aż ku sympatyzowaniu z partią „Razem” — i nie mamy tu bynajmniej na myśli bawiącego gościnnie w kultowym piśmie redaktora Okraski. Pomińmy to, co lęgnie się w Internecie, może za jakiś czas ktoś wyciągnie wtyczkę i jeżeli potworów nie utrwali się na papierze, znikną po prostu bez śladu. Ogólnie rzecz biorąc widać, że ktoś, kto nie chce się identyfikować z lewicą, liberalizmem czy libertarianizmem, zbyt lekko nie ma. Ponieważ pytanie brzmi „co chciałbyś przeczytać w „Stańczyku”, gdyby jeszcze się ukazywał”, nie sposób taktownie nie powiązać obrazu ohydy spustoszenia z niedostatkami Pism Formacyjnych.
„Postkonserwatywna manifesta” słusznie konstatowała, że czas klasycznie rozumianego konserwatyzmu jako projektu ideowopolitycznego, Wielkiej Narracji, skończył się już dawno, tylko jakoś umknęło to uwadze zainteresowanych. Czy jednak coś z niego zostało? Jak najbardziej: strona negatywna. Sceptycyzm antropologiczny niegdyś był instynktem, dzisiaj to nauka. Tak samo rzecz ma się z pesymizmem historycznym, z tą różnicą, że ktoś ukradł Paruzję. Również sceptycyzm poznawczy ma się dobrze, podobnie jak nie jest trudno być hierarchistą (choć niekoniecznie z afirmacją systemu kastowego czy 25-go już z kolei Prawowitego Króla, jakimś zrządzeniem losu zasiadającego we własnym fotelu, nie na tronie). Ten apofatyczny postkonserwatyzm, negujący ideę postępu oraz jej konsekwencje społeczno-polityczne z siłą nie mniejszą, niż jego historyczny przodek (choć bez jego złudzeń historycznych oraz przekonań pozytywnych, wynikających przede wszystkim z konkretnej wiary religijnej) wydaje się całkiem nieźle konweniować ze zdobyczami nowoczesnej antropologii fizycznej, w szczególności psychologii ewolucyjnej i kognitywistyki. Oczywiście nie jest to żadne odkrycie — od historyków Nowej Prawicy wiemy, że w jej kręgach wysoko cenieni byli Konrad Lorenz, Robert Ardrey czy Edward Osborne Wilson. Ten ostatni został wręcz mianowany faszystowskim arcywrogiem przez pełną millenarystycznych marzeń kontrkulturę lat 60./70., a termin „socjobiologia” stał się niepopularny. Dziś na przykład korzystający z dorobku psychologii ewolucyjnej i eksperymentalnej Jonathan Haidt wskazuje, że poczucia świętości, autorytetu i lojalności należą do fundamentów funkcjonowania ludzkiego umysłu oraz społeczeństw. Najnowsze prace naukowe takie, jak zbiorowa „The phylogenetic roots of human lethal violence”, opublikowana w 2016 w „Nature”, potwierdzają, wbrew modnemu melioryzmowi Stevena Pinkera, stawiane przez Ardreya tezy o nieusuwalności z ludzkiej historii konfliktu z uwagi na głęboko zakorzenione instynkty terytorialne i tożsamościowe. Badania socjologiczne uwzględniające aspekt biologiczny stanowią poważne wyzwanie dla postulatów zwiększania różnorodności społeczeństw drogą indukowania i wspierania masowych migracji (vide m.in. prace Tatu Vahanena). Podobnie rzecz ma się z naukami, określanymi przedrostkiem „neuro”. Ich wyraźna niekompatybilność z ideologią płci kulturowej (nie mylić z nauką w tym zakresie) jest znana dość dobrze. Można jednak iść też dalej w las. Materialistycznie monistyczne i deterministyczne ujęcia ludzkiego umysłu, podsumowane przez Daniela Dennetta bon motem o „wilgotnym robocie”, jeżeli są dobrze uzasadnione, stanowią oczywiście skrajne wyzwanie wobec religijnie pojmowanego dualizmu ducha i ciała. Czy nie są jednak w najwyższy sposób rujnujące dla postulatów równościowych i wolnościowych w sensie lewicowym, opartych na odziedziczonym po tradycji religijnej pojęciu ważności i godności każdej Osoby oraz Wolnego Wyboru? Ponadto chyba nie do końca uświadamianą konsekwencją ewolucjonistycznego materializmu w odniesieniu do umysłu jest zasadnicze wsparcie sceptycyzmu poznawczego. Skoro umysł jest tworem ewolucji, miał zapewnić przetrwanie, nie poznawanie jakiejś ostatecznej prawdy, a wszelkie twierdzenia nauk (w tym i ścisłych) są uwarunkowane deterministycznie. Konserwatysta klasyczny na to wszystko by się oburzył, bo przecież Platon i św. Tomasz, postkonserwatysta jednak raczej uśmiechnie się szelmowsko, widząc możliwość odparcia rozmaitych uroszczeń, rozsiadających się ciężko w świecie myśli i przypisujących sobie charakter niemalże absolutny.
Ciekawym zagadnieniem wydaje się być łączenie różnych interesujących wniosków, dostarczanych przez wspomniane dziedziny, z politycznością. Niekoniecznie radzą sobie z tym nawet autorzy mający dobre chęci i ambicje — problemem jest ich znikoma znajomość głębszych ujęć tematu, wywodzą się wszak przeważnie z amerykańskich uniwersytetów i spektrum poglądów, z którymi obcują w swoim świecie nie wykracza poza trójkąt tworzony przez liberalizm w tamtejszym rozumieniu, neokonserwatyzm i libertarianizm. Inne opcje umykają. Dla Jonathana Haidta odkryciem była filozofia polityczna Edmunda Burke’a… Stąd wydaje się otwierać szeroka przestrzeń dla tworzenia własnych interpretacji, co mogłoby znajdować swoje miejsce w „Stańczyku”. Wszak polityczne implikacje socjobiologii przybliżał u nas w swoim czasie, co prawda w innym miejscu, nieoceniony Jarosław Zadencki…
Jan Przybylski


