Kanonada Narodowego Romantyzmu

wersja beta

Jan Przybylski: Stańczyk

MP 433; Matejko, Jan (1838-1893) (malarz); Stańczyk; 1862; olej; płótno; 88 x 120 [106 x 135 x 9]

Jan Przybylski: Stańczyk

Udostępnij

Metallica skończyła się póki co na „Hardwired…To Self-Destruct”, „Stańczyk” natomiast — na „Postkonserwatywnej manifeście”. Od 2004 okazało się parę rzeczy. Po pierwsze — rozwiały się nadzieje pokładane w witalności młodej formacji katolickiej. Wystarczy porównać status marki „Fronda” wtedy i obecnie, czy to w przaśnej wersji portalowej, czy  „hipsterprawicowej”. Po drugie — przerobienie historii romańskiego konserwatyzmu integralnego od de Maistre’a po ideologów karlizmu z jednej, a Maurrasa z drugiej strony, okazało się wartościowe i w wielu aspektach fascynujące, jednak w coraz starszym XXI wieku ciężko być nawarskim chłopem. Po trzecie — dzielnemu baronowi Evoli nie udało się jednak zrodzić tańczącej gwiazdy. To, co u niego nieomal wydawało się pląsać na nieboskłonie, u wielómownych epigonów, zapośredniczonych przez Aleksandra Dugina, dość uparcie leży, stanowiąc w korzystniejszej interpretacji ciągi twierdzeń ciekawych, acz niedostatecznie uzasadnionych  konkretem, w mniej korzystnej — pospolite wodolejstwo, bazujące na zaklęciach, chciejstwie i czystych konstruktach myślowych.  Last but not least, niektórych sumiennych czytelników, a nawet młodszych publicystów „Stańczyka” fale dziejów zaniosły aż ku sympatyzowaniu z partią „Razem” — i nie mamy tu bynajmniej na myśli bawiącego gościnnie w kultowym piśmie redaktora Okraski. Pomińmy to, co lęgnie się w Internecie, może za jakiś czas ktoś wyciągnie wtyczkę i jeżeli potworów nie utrwali się na papierze, znikną po prostu bez śladu. Ogólnie rzecz biorąc widać, że ktoś, kto nie chce się identyfikować z lewicą, liberalizmem czy libertarianizmem, zbyt lekko nie ma. Ponieważ pytanie brzmi „co chciałbyś przeczytać w „Stańczyku”, gdyby jeszcze się ukazywał”, nie sposób taktownie nie powiązać obrazu ohydy spustoszenia z niedostatkami Pism Formacyjnych.

„Postkonserwatywna manifesta” słusznie konstatowała, że czas klasycznie rozumianego konserwatyzmu jako projektu ideowopolitycznego, Wielkiej Narracji, skończył się już dawno, tylko jakoś umknęło to uwadze zainteresowanych. Czy jednak coś z niego zostało? Jak najbardziej: strona negatywna. Sceptycyzm antropologiczny niegdyś był instynktem, dzisiaj to nauka. Tak samo rzecz ma się z pesymizmem historycznym, z tą różnicą, że ktoś ukradł Paruzję. Również sceptycyzm poznawczy ma się dobrze, podobnie jak nie jest trudno być hierarchistą (choć niekoniecznie z afirmacją systemu kastowego czy 25-go już z kolei Prawowitego Króla, jakimś zrządzeniem losu zasiadającego we własnym fotelu, nie na tronie). Ten apofatyczny postkonserwatyzm, negujący ideę postępu oraz jej konsekwencje społeczno-polityczne z siłą nie mniejszą, niż jego historyczny przodek (choć bez jego złudzeń historycznych oraz przekonań pozytywnych, wynikających przede wszystkim z konkretnej wiary religijnej) wydaje się całkiem nieźle konweniować ze zdobyczami nowoczesnej antropologii fizycznej, w szczególności psychologii ewolucyjnej i kognitywistyki. Oczywiście nie jest to żadne odkrycie — od historyków Nowej Prawicy wiemy, że w jej kręgach wysoko cenieni byli Konrad Lorenz, Robert Ardrey czy Edward Osborne Wilson. Ten ostatni został wręcz mianowany faszystowskim arcywrogiem przez pełną millenarystycznych marzeń kontrkulturę lat 60./70., a termin „socjobiologia” stał się niepopularny. Dziś na przykład korzystający z dorobku psychologii ewolucyjnej i eksperymentalnej Jonathan Haidt wskazuje, że poczucia świętości, autorytetu i lojalności należą do fundamentów funkcjonowania ludzkiego umysłu oraz społeczeństw. Najnowsze prace naukowe takie, jak zbiorowa „The phylogenetic roots of human lethal violence”, opublikowana w 2016 w „Nature”, potwierdzają, wbrew modnemu melioryzmowi Stevena Pinkera, stawiane przez Ardreya tezy o nieusuwalności z ludzkiej historii konfliktu z uwagi na głęboko zakorzenione instynkty terytorialne i tożsamościowe. Badania socjologiczne uwzględniające aspekt biologiczny stanowią poważne wyzwanie dla postulatów zwiększania różnorodności społeczeństw drogą indukowania i wspierania masowych migracji (vide m.in. prace Tatu Vahanena). Podobnie rzecz ma się z naukami, określanymi przedrostkiem „neuro”. Ich wyraźna niekompatybilność z ideologią płci kulturowej (nie mylić z nauką w tym zakresie) jest znana dość dobrze. Można jednak iść też dalej w las. Materialistycznie monistyczne i deterministyczne ujęcia ludzkiego umysłu, podsumowane przez Daniela Dennetta bon motem o „wilgotnym robocie”, jeżeli są dobrze uzasadnione, stanowią oczywiście skrajne wyzwanie wobec religijnie pojmowanego dualizmu ducha i ciała. Czy nie są jednak w najwyższy sposób rujnujące dla postulatów równościowych i wolnościowych w sensie lewicowym, opartych na odziedziczonym po tradycji religijnej pojęciu ważności i godności każdej Osoby oraz Wolnego Wyboru? Ponadto chyba nie do końca uświadamianą konsekwencją ewolucjonistycznego materializmu w odniesieniu do umysłu jest zasadnicze wsparcie sceptycyzmu poznawczego. Skoro umysł jest tworem ewolucji, miał zapewnić przetrwanie, nie poznawanie jakiejś ostatecznej prawdy, a wszelkie twierdzenia nauk (w tym i ścisłych) są uwarunkowane deterministycznie. Konserwatysta klasyczny na to wszystko by się oburzył, bo przecież Platon i św. Tomasz, postkonserwatysta jednak raczej uśmiechnie się szelmowsko, widząc możliwość odparcia rozmaitych uroszczeń, rozsiadających się ciężko w świecie myśli i przypisujących sobie charakter niemalże absolutny.

Ciekawym zagadnieniem wydaje się być łączenie różnych interesujących wniosków, dostarczanych przez wspomniane dziedziny, z politycznością. Niekoniecznie radzą sobie z tym nawet autorzy mający dobre chęci i ambicje — problemem jest ich znikoma znajomość głębszych ujęć tematu, wywodzą się wszak przeważnie z amerykańskich uniwersytetów i spektrum poglądów, z którymi obcują w swoim świecie nie wykracza poza trójkąt tworzony przez liberalizm w tamtejszym rozumieniu, neokonserwatyzm i libertarianizm. Inne opcje umykają. Dla Jonathana Haidta odkryciem była filozofia polityczna Edmunda Burke’a… Stąd wydaje się otwierać szeroka przestrzeń dla tworzenia własnych interpretacji, co mogłoby znajdować swoje miejsce w „Stańczyku”. Wszak polityczne implikacje socjobiologii przybliżał u nas w swoim czasie, co prawda w innym miejscu, nieoceniony Jarosław Zadencki…

Jan Przybylski

 

Udostępnij
Kategoria
Czytaj także

Paweł Bielawski: Seks, seksualność i rodzina oczami archeofuturysty. Perspektywa Guillaume’a Faye’a

Nie ulega wątpliwości, że lewica narzuciła swój język w sferze seksualności i obyczajowości z nią związanej, np. „heteronormatywny”, „cis” itd. Prawica natomiast, pełna pruderii, wydaje się być w tej sytuacji zupełnie poza swoją strefą komfortu. Prawica lubi wypowiadać się o Kościele, religii, ale jak dochodzi do tematu seksu i seksualności, to wydaje się, że pełna zażenowania spogląda na księdza z nadzieją aprobaty i wstydzi się cokolwiek powiedzieć. Lewica natomiast, skwapliwie z tego korzysta, narzucając swoją narrację właściwie bez żadnego oporu, nie licząc okazjonalnych pomruków niezadowolenia z prawicowej strony.

„Komunizm jak i kapitalizm były dla Ottona Strassera systemami przesiąkniętymi egoizmem.” – wywiad z dr. Tomaszem Kosińskim, autorem pierwszej polskiej monografii o założycielu “Czarnego Frontu”.

Związek Sowiecki przed II wojną światową jak i po tej wojnie był traktowany przez Ottona Strassera jako zagrożenie dla Niemiec jak i Europy. Stąd promował ideę budowy zjednoczonej Europy jako przeciwwagi dla ZSRS przed drugą wojną światową oraz jako trzeciej siły między USA a ZSRS po zakończeniu tego konfliktu.

David Engels

Przeciw agonii Europy – rozmowa z prof. Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności i pracownikiem Instytutu Zachodniego w Poznaniu

Walka między dobrem a złem toczy się wiecznie i nie zostanie rozstrzygnięta aż do dnia ostatecznego. Dlatego musimy uważać, by nie obarczać naszej walki o zachodnią cywilizację nadmiernymi eschatologicznymi nadziejami. Uważam, że rzeczywiście będzie możliwe doprowadzenie naszej cywilizacji do ostatecznej syntezy, która opiera się na racjonalnym powrocie do tradycji, ale ta synteza będzie jednocześnie punktem końcowym naszego rozwoju kulturalnego – po niej mogą powstać inne kultury, a walka w sercu każdego człowieka będzie trwała dalej, jednak „wielki organizm” Zachodu zostanie „zamknięty”.