Strefy bezprawia
„Wrażliwe dzielnice” kumulują wszystkie problemy integracji. Wypływają one nawet po latach, często w drugim, a nawet trzecim pokoleniu imigrantów. Wpływają na bezpieczeństwo społeczne i powstawanie „stref bezprawia”, na zjawisko gettoizacji biednych osiedli złożonych z blokowisk, nadużycia systemu zasiłków socjalnych, wzrost wydatków na pomoc zdrowotną dla osób nieubezpieczonych, degradację infrastru-ktury, a przede wszystkim na umacnianie się islamu i wprowadzanie w takich miejscach zasad szariatu.
Władze z pewnego tchórzostwa, boją się pełnego opisu sytuacji, chociaż socjologowie mówią już wprost o „utraconych terytoriach republiki”. Tymczasem do niedawna, każdy, kto nazywał te zjawiska po imieniu, padał ofiarą oskarżeń o rasizm, czy tzw. islamofobię. Sprawy zaszły już tak daleko, że coś się w tej sprawie zmienia i obecnie tematy „zarezerwowane” niejako dla narodowej prawicy Marine Le Pen, nagle porusza nawet prezydent Emmanuel Macron.
Fałszowane statystyki
Zjawisko trzeba jednak najpierw zdia-gnozować. Tymczasem we Francji „poprawność polityczna” zakazuje nawet tworzenia etnicznych, czy religijnych statystyk. Podaje się pewne liczby ilości imigrantów, ale już bez „naturalizowanych” obywateli, którzy natychmiast ze statystyk migrantów „odpływają”. W ten sposób podając na ogół dane z roku na rok, przez wiele lat twierdzono, że liczba imigrantów we Francji właściwie nie rośnie.
Oficjalne liczby należy traktować z dużą tolerancją. Zgodnie z definicją Krajowego Instytutu Statystyki i Studiów Ekonomicznych (INSEE) we Francji mieszkałoby prawie 5,7 miliona imigrantów, co stanowi 9% populacji. Są to dane z roku… 2013 r., bo INSEE niezbyt lubi publikować takie statystyki. W 2000 roku było to 7,3%, więc uwzględniając tendencje globalne i europejskie, czy falę migracji z roku 2015, zapewne teraz jest migrantów znacznie więcej.
Statystyki nie uwzględniają dodatkowo imigrantów nielegalnych. Tutaj można mówić tylko o danych przybliżonych na podstawie ilości ich zatrzymań przez policję, udzielania państwowej pomocy medycznej, czy ilości odrzucanych wniosków azylowych. Obliczenia mediów mówiły o liczbach od 200 000 do 400 000 jeszcze w czasach ogłoszonej przez rząd Lionela Jospina w 1998 r., amnestii i później, kiedy taką amnestię ogłosił ponownie centroprawicowy rząd w 2005 r. Dzisiaj liczba „nielegalników” może być z pewnością znacznie większa, co zresztą niemal widać gołym okiem we wszystkich francuskich miastach.
INSEE badał także przypadki potomków imigracji. Chodziło tu wyłącznie o dzieci małżeństw dwójki imigrantów, które rodzą się już we Francji, a badania ograniczano wyłącznie do drugiej generacji. Wnuki imigrantów nie pojawiają się już w żadnych statystykach krajowych. Wiadomo więc, że bezpośredni potomkowie imigrantów stanowili w 2013 r. 6,8 miliona osób, czyli 10,4% ogółu ludności! Uwzględniając tylko legalnych imigrantów i ich dzieci mamy w roku 2013 r. liczbę 12,5 miliona osób, czyli już 19,3% populacji Francji.
Gdyby uwzględnić trzy pokolenia i do-dać jeszcze „nielegalników” to byłby to już naprawdę duży odsetek społeczeństwa. Jeszcze w 2011 roku demograf Michèle Tribalat szacowała, że licząc trzy pokolenia migrantów będzie to 30% wszystkich mieszkańców Francji poniżej 60. roku życia.
Główna zmiana zjawiska migracji w XXI wieku dotyczy pochodzenia imigrantów. Przede wszystkim wzrosła imi-gracja pozaeuropejska, szczególnie z kra-jów Afryki. Prymat wiodą tu kraje islamskie Maghrebu. Po dużej fali powojennej, od 1975 r. imigracja z państw Maghrebu stanowi od 25 do 30% całej imigracji. Na drugim miejscu są także na ogół państwa islamskie z Afryki Subsaharyjskiej. W 1975 r. było to 2% imigracji, a obecnie 14%.
Co ciekawe, chociaż statystyki rosną, to tzw. „bilans migracyjny” od trzydziestu lat niewiele się zmienia i oscyluje pomiędzy 50 a 100 tys. dodatkowych migrantów. Wynikałoby z tego, że duża część przybyszów opuszcza francuskie terytorium. Tak jednak nie jest. Po prostu przenoszą się oni do… innych rubryk statystycznych. Chodzi bowiem o ich na-turalizacje i dopisywanie do liczby osób z francuskim obywatelstwem. Zostają Francuzami, więc bilans imigrantów się nie zmienia.
Co roku około 100 000 imigrantów, którzy mieszkają we Francji co najmniej 6 lat, uzyskuje obywatelstwo francuskie. Do tego dochodzą też osobno liczone naturalizacje na podstawie zawarcia małżeństwa z obywatelem francuskim. Wśród osób naturalizowanych prym także wiodą osoby z krajów Afryki (66% wg danych z 2011 r.).
Ciekawie wyglądają też wskaźniki dzietności kobiet (też niestety na podstawie badań pochodzących z roku 2011). Ogólny wskaźnik dla imigrantek wynosił 1,9 dziecka i był nieco niższy niż dla ogółu kobiet we Francji, gdzie wtedy wynosił 2 dzieci. Jednak szczegółowe wskaźniki dzietności wykazywały już w przypadku kobiet urodzonych w Algierii – 3,5, Maroka i Tunezji – 3,3, pozostałej części Afryki i Turcji – 2,9. Nic dziwnego, że imigrację kojarzy się już od dawna przede wszystkim z islamem.
Rzeczywistość islamu we Francji
W związku z najnowszą dyskusją o islamie pewne dane dotyczące islamu zebrał i przedstawił niedawno tygodnik „Le Journal du Dimanche”. Wynika z nie-go, że islam jest religią praktykowaną przez 3 do 4 milionów obywateli (5,6 proc.), co znacznie odbiega od przyjmowanej często oficjalnie liczby 8 do 10% mieszkańców Francji. Pod względem praktykujących wiernych islam jednak przewyższałby liczbę praktykujących katolików. W dodatku islam ma być religią ludzi młodych, bo 84% jego wyznawców ma poniżej 50 lat (średnia wieku 35,8). W grupie mieszkańców Francji poniżej 25 lat muzułmanie stanowią, wg tego sondażu, 10%. Połowa muzułmanów urodziła się już we Francji, a 74% z nich posiada obywatelstwo tego kraju.
Ankieta tygodnika miała dostarczyć pewnego alibi dla pomysłów budowania tzw. islamu francuskiego. Dlatego do szczegółowych pytań warto podchodzić ostrożnie,; bo budzą one chyba przesadny optymizm. Poligamię ma odrzucać np. 75% badanych. 66% uważa religię za rzecz istotną i tyle samo uważa, że świeckość życia nie utrudnia praktykowania religii. 84% muzułmanów uważa, że religia jest sprawą prywatną. 55% wyznawców islamu żyje w związkach małżeńskich, z czego trzy czwarte (77%) ma za współmałżonka także muzułmankę lub muzułmanina. 59% nie widzi nic złego w aborcji. Ciekawostką jest, że 68% wyznawców islamu nie uznaje Francuskiej Rady Kultu Islamskiego (CFCM), utworzonego w czasach prezydentury Sarkozy’ego ciała, które miało być partnerem dla rządu w dialogu z tą religią.
Islam francuski – rozwiązanie czy pułapka?
Wejście islamu na terytoria historycznie kojarzone od wieków z cywilizacją chrześcijańską wywołało jednak zu-pełnie nowe problemy. Pojawienie się tej religii w państwach, które bądź to odrzuciły swoje cywilizacyjne korzenie i weszły na śliską ścieżkę zideologizowanego laicyzmu, bądź jeszcze trwają przy mocno okrojonej i „zwietrzałej” formie chrześcijaństwa, pokazują określony z góry skutek takiego starcia. Wypchnięte z przestrzeni publicznej chrześcijaństwo i sprowadzone do roli jakiejś organizacji pozarządowej o charakterze charytatywnym traci siłę misyjną. W to miejsce wchodzi… islam, który bywa dla niektórych alternatywą dla laickiego, masońskiego i pogrążonego w permisywizmie moralnym państwa.
Rozmaite problemy islamu usiłowano rozwiązać od lat. Islam wrzynał się w ciało republiki jednak coraz mocniej. Teraz dzwonkiem alarmowym okazało się pojawienie reprezentacji islamskiej w polityce, a właściwie skala tego zjawiska. W wyborach lokalnych, których I tura miała miejsce w marcu 2020 roku pojawiły się dość liczne listy kandydatów islamskich, co wywołało dyskusję o tzw. „komunotaryzmie” w polityce. Przypomniano nawet wizje Houellebecqa z książki Uległość. Zwrócono też uwagę na zjawisko tzw. klientelizmu politycznego i islamo-lewicy. W niektórych miastach bez wyborców islamskich po prostu wygrać się nie da. Partie lewicowe, często komuniści, wchodzą więc w układy ze stowarzyszeniami islamskimi i w zamian za ich poparcie, czynią daleko idące koncesje na rzecz tej wspólnoty. Pojawiają się dotacje, tereny pod budowę nowego meczetu, dostosowywanie się do potrzeb islamskiej społeczności.
Receptą na problemy z islamem, który niesie z sobą terroryzm, szariat, wymusza nowe zachowania społeczne, czy zaczyna podbijać samorządy, ma być zamiana islamu we Francji w islam francuski, czyli wciągnięcie tej religii w nasz krąg kulturowy, nawet za cenę amputowania części własnej kultury. Wielokulturowość ma pomóc także w tworzeniu czegoś, co można nazwać islamem francuskim, oswojonym, przystosowanym do zasad republikańskich. Ma być finansowany z francuskich pieniędzy i szkolić imamów nad Sekwaną. Czy jednak pomysł wtłoczenia islamu w ramy laickiej z zasady Republiki ma szansę? Islam to nie tylko dogmaty religijne, ale cały sy-stem społeczny z prawami szariatu, które nijak do laickości nie pasują. Wydaje się, że albo sami muzułmanie uznają taki islam za nieautentyczny albo też religia ta szybko skonfliktuje się z niektórym zasadami świeckości państwa. Eksperyment warto jednak obserwować.
Nigdy nie zrealizowane recepty
Próbował tego jeszcze prezydent Nicolas Sarkozy, ale poza stworzeniem fasadowej Francuskiej Rady ds. Kultu Muzułmańskiego (CFCM) udało mu się niewiele. Teraz dziennik „Le Monde” niedawno doniósł, że Mohammed Moussaoui, prezes CFCM i Hakim El Karoui, prezes Muzułmańskiego Stowarzyszenia Islamu we Francji (Amif) „postanowili zjednoczyć siły”. Rada, jak pisaliśmy, to twór dość sztuczny i mało reprezentatywny dla całego islamu we Francji. Amif utworzono rok temu w celu lepszego uregulowania zasad finansowych dotyczących pielgrzymek do Mekki, czy biznesu halal. Ramy wspólnego działania tych organizacji wyznaczyło przemówienie Emmanuela Macrona w Miluzie 18 lutego, gdzie przedstawił swój plan walki z „islamistycznym separatyzmem”. Prezydent stwierdził, że chce ograniczyć „obce wpływy” na islam we Francji i po-prosił muzułmanów o „plan działania”. Obydwie organizacje mają teraz utworzyć „jednolite stowarzyszenie na rzecz przejrzystego finansowania kultu muzułmańskiego”.
Pieniądze na budowę francuskiego islamu mogą pochodzić ze sporego rynku certyfikowania towarów halal, z darowizn, ale też od państwa. Państwo nie może przekazywać pieniędzy budżetowych na cele religijne, ale jest od dawna wykorzystywana furtka. Przy meczetach buduje się „centra kultury”, a na te państwo, regiony, czy departamenty mogą już dotacje przekazywać. Zachodzi tylko obawa, że pieniądze wezmą, ale nie… pokwitują.
Pomysłami „francuskiego islamu Zaj-mował się także np. wspierający Macrona Instytut Montaigne’a. Jego raport podzielił muzułmanów na trzy grupy. Pierwsza to „zeświecczeni”, nie odrzucający jednak islamu (46 proc), którzy przynależność religijną demonstrują przede wszystkim w czasie ramadanu (post i nocne jedzenie posiłków halal). Druga grupa to osoby dumne ze swojej religii (25 proc.) i widzące jej rolę w życiu społecznym (jednak bez potrzeby noszenia burek czy popierania poligamii). Trzecia grupa – „radykalna” – ma składać się w większości ze słabo wykształconych, młodych mężczyzn (prawie połowa z nich nie ukończyła 25 lat) z przedmieść. Autorzy raportu twierdzą jednak, że sam islam utrzymuje tę grupę na marginesie. Trudno się z tym zgodzić, bo socjologowie niezależni od dawna stwierdzają, że właśnie ta ostatnia, najbardziej dynamiczna grupa nadaje ton islamowi we Francji, wymusza na pozostałych „integralną” religijność (powroty do islamu nawet w trzecim pokoleniu), poszerza swoje wpływy i wypycha republikę z wielu miejscowości. Opracowanie Instytutu Montaigne’a należy więc traktować z pewną ostrożnością. Widać tu np. wyraźnie naciąganie do grupy „zeświecczonej” dodatkowych pro-centów, bo np. przestrzeganie postów trudno nazwać praktyką laicką…
Propozycje Monteskiusza
Institut Montaigne swoje opracowanie uzupełnił 10-punktową listą propozycji, które mają ukonstytuować „francuski islam”. Są to:
- rozszerzenie konkordatu obowiązującego w Alzacji na islam, co ma umożliwić finansowanie szkolenia imamów przez państwo; 2. zasilenie Fundacji Dzieł Islamu podatkami z produktów ha-lal; 3. utworzenie centralnego systemu szkolenia kapelanów dla wszystkich re-ligii; 4. egzaminy na imamów i kapelanów; 5. zaangażowanie krajowych i lo-kalnych instytucji w tworzenie islamu francuskiego; 6. wprowadzenie języka arabskiego do szkół, aby zmniejszyć atrakcyjność kursów tego języka przy meczetach; 7. nadzór nad sytuacją przez wprowadzenie statystyk dotyczących religii; 8. opracowanie wspólnej narracji historycznej dla Francji i jej sąsiadów z drugiej strony morza śródziemnego – krajów Maghrebu; 9. utworzenie osobnego ministerstwa ds. laicyzmu i religii (obecnie część MSW); 10. reorientacja polityki zagranicznej Francji w celu ogra-niczenia wpływów wahabickich rządów (Katar czy Arabia Saudyjska, które od lat inwestują nad Sekwaną). Pozostaje pytanie: czy te propozycje rzeczywiście stworzą francuską wersję islamu i czy jest to akurat lekarstwo, którego ten kraj potrzebuje najbardziej?
Etapowanie Francuzów
Oswajanie Francuzów z islamem zaczyna się w szkole. Nie chodzi tu tylko o klasy, w których muzułmanie stanowią większość i gdzie nie porusza się już dla świętego spokoju nauczycieli pewnych tematów (rekonkwista, czy wyprawy krzyżowe). Recepcja islamu trafiła do programów nauczania, jako cześć „etapowania” Francuzów na drodze do stworzenie wielokulturowego społeczeństwa, które ma zastąpić tradycyjny naród.
W roku 2010 niemiecki Instytut Georga Eckerta zajął się wizerunkiem islamu w podręcznikach szkolnych kilku krajów Unii Europejskiej. Raport z badania jednoznacznie stwierdził, iż treść przeanalizowanych dwudziestu siedmiu podręczników do nauki historii niesie stereotypy na temat islamu i przyczynia się do powstawania „rasizmu kulturowego”. Religię Mahometa kojarzy się bowiem z autorytaryzmem, patriarchatem, brakiem ewolucji i modernizacji swoich zasad, wreszcie ma ona być wyznaniem prymitywnych chłopów i pasterzy. Ma to tworzyć klimat islamofobicznego populizmu, który z kolei przekłada się na negatywne postrzeganie muzułmańskich imigrantów. Raport za-lecał poprawienie podręczników. Jednym z krajów, które to zrobiły była Francja, gdzie jednocześnie usuwa się z podręczników odniesienia do wielkiej chrześcijańskiej historii tego kraju.
Zasady te wprowadziła w roku 2016 w nowym programie szkolnym rządząca lewica. Przyznające się do radykalnej wersji laicyzmu państwo okazało się w ostatnich latach dość bezradne wobec coraz prężniej manifestującego się islamu. Można przypomnieć, że laicka Francja była krajem, który najmocniej sprzeciwiał się jakimkolwiek zapisom o chrześcijańskich korzeniach Europy w preambule tak zwanej konstytucji unijnej. Pozbawiona coraz bardziej historycznej tożsamości republika już wtedy szukała odpowiedzi na nowe wyzwania w próbie cywilizowania islamu.
Rządzący wtedy premie Manuel Valls stwierdził, że islam to… korzenie Francji. Nic dziwnego w przypadku polityka, który urodził się jako Hiszpan, później pobył Francuzem i znowu został Hiszpanem, by ubiegać się (bezskutecznie) o fotel mera Barcelony. Wtedy Valls był jeszcze premierem i odwiedzał podparyskie Evry, gdzie powołano lokalną
radę do spraw laicyzmu. Przemówienie premiera wywołało dużą konsternację. Valls stwierdził między innymi, że islam jest „nieodłączną częścią naszej kultury i korzeni”. Z kolei laickość – zdaniem Vallsa – stanowi „specyfikę Francji, dodatek do duszy tego kraju”. Laickość nie jest jednak ukierunkowana na walkę z islamem, lecz na jego ochronę. Laicyzm opiekuje się islamem w obliczu oskarżeń populistów, którzy chcą z niego uczynić kozła ofiarnego wszystkich problemów. Premier dodał, że nie można obarczać za sytuację muzułmanów, którzy praktykują swoją wiarę w poszanowaniu wartości republikańskich. Francuski islam bez twarzy radykalnego salafizmu, podobnie jak wszystkie religie ma tu swoje miejsce. Valls powiedział również, że islam jest częścią historii naszej emigracji, która pozostaje wielką szansą dla kraju.
Za słowami premiera poszły działania. Nowy program nauczania historii we francuskich szkołach miał zmienić „stereotypy nauczania o islamie” i dowartościować jego wyznawców. Dodatkowo otworzyć drogę do stworzenia francuskiej, „cywilizowanej” wersji tej religii. Suchej nitki na tych zmianach nie pozostawiła prof. profesor Barbara Lefebvre. Zwłaszcza za manipulowanie i dostosowanie nauczania historii do bie- żących problemów społecznych i politycznych. Znać w tym zwłaszcza zamiar oswojenia uczniów z islamem i narzucenia nowej wizji tej religii oraz popychania społeczeństwa w kierunku wielokulturowości. Odbywa się to zwłaszcza kosztem historycznej wizji chrześcijaństwa.
Krytyka islamofilii w nauczaniu historii
Barbara Lefebvre jest profesorem historii, między innymi współautorką wy-danej w roku 2002 książki Stracone tery-toria republiki. Przedstawiona przez nią analiza współczesnych podręczników szokuje. Tym bardziej, że nie chodzi tu o opracowania i dyskusje akademickie, które różnicują źródła i bywają dopiero przedmiotem dyskusji, ale o książki szkolne – podające młodzieży pewne prawdy jako niemal aksjomaty. Zdaniem profesor Lefebvre, zmiany nauczania o islamie pogłębiają francuski kryzys tożsamości i zjawisko dekulturyzacji spo-łeczeństwa.
Islam w nauczaniu szkolnym okazuje się religią gloryfikowaną sztucznie. Cel jest dość partykularny, bo chodzi tu o rozwiązywanie współczesnych problemów społecznych dotyczących obecności tejże religii w codziennym życiu Francji. Stąd pokazywanie jej przez pryzmat niemal wyłącznie pozytywnych działań, jako oświeconej cywilizacji i kul-tury. Minimalizuje się niewygodne fakty i utrzymuje „równowagę” historycznej prezentacji islamu i chrześcijaństwa. Tak więc, na przykład, relatywizuje się niezwykle ważną bitwę pod Poitiers i jej skutki, opierając nawet niektóre tezy na niepotwierdzonych historycznie faktach. Z drugiej strony pokazuje się „szacunek dla kobiet” w islamie, wykorzystując jeszcze mniej wiarygodne epizody z okresu rządów dynastii ajjubidzkiej. Podręczniki w wielu elementach starają się pokazywać „pokojowe współistnienie” odmiennych kultur. Idealizuje się na przykład „przyjaźń” Karola Młota z arabskimi namiestnikami z Hiszpanii przed wybuchem wojny, choć w istocie była to „przyjaźń” czysto strategiczna.
Mamy kompletnie wyidealizowany obraz Mahometa (bez roli militarnej) i wręcz „magiczną” ekspansję tej religii. Znajdują się tu stwierdzenia typu: „w roku 630 Mahomet odebrał Mekkę”. Problem w tym, że Mekka wcześniej nie należała do niego, nie mógł więc jej odebrać, a jedynie podbić. Podręczniki omijają same podboje, bo pokazują islam „nawracający” ludy i terytoria – islam, którego celem jest „oświecanie” ludzkości. Ani słowa o tym, że z islamskimi podbojami łączyły się masakry, grabieże i kolonizacja. W podręczniku wydawnictwa Hachette można za to przeczytać taki oto passus: „muzułmańscy kalifowie przejmują kontrolę nad rozległymi terytoriami zamieszkałymi przez koczowników. Kontrolują je, budują miasta, w których umieszczają emirów”. Jednym słowem idylla. Tymczasem nie byli to wyłącznie koczownicy, ale spadkobiercy imperiów greckiego i perskiego, chrześcijanie i żydzi, a nie jacyś bliżej nieokreśleni „nomadzi”. Na podbitych przez islam terenach istniały już od wieków takie wysoko rozwinięte miasta, jak Aleksandria, Kair, Jerozolima, Damaszek czy Mosul. Jednak wiadomo, że jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów.
Z podręczników zniknęły wyprawy krzyżowe. Są dość niewygodne, ale i nie-bezpieczne dla nauczycieli, którzy mają w swoich klasach muzułmanów. W podręczniku wydawnictwa Hatier o krucjatach mówi tylko rozdział zatytułowany Przemoc świętych wojen. Czołowe miejsce zajmuje tu IV wyprawa i, rzecz jasna, złupienie Konstantynopola w roku 1204. Przemoc jest zresztą zarezerwowana tylko dla chrześcijan. Dżihad, który legł u podstaw ekspansji islamu, historycznie nie istnieje. Francuskie podręczniki szkolne zawierają natomiast dużo materiału na temat „pokojowej koegzystencji” obydwu kultur, z mocnym przechyłem w stronę dowartościowywania kul-tury muzułmanów. Uczeń dowiaduje się dużo na temat średniowiecznej Andaluzji, która ma być przykładem islamu otwartego, tolerancyjnego i oświeconego. Tezy opiera się wyłącznie na źródłach arabskich, z których wynika, że żydzi i chrześcijanie żyli sobie spokojnie na terytoriach islamskich. Zajęcie Jerozolimy przedstawia się jako wyzwolenie spod opresji Bizancjum. I tak dalej, i temu podobnie… Milczy się na temat losu chrześcijan i żydów. Nie pokazuje się prawdziwego oblicza islamizacji zdobywanych terenów: odbierania własności, niszczenia kultury i prześladowań. Całkowicie odwrotnie jednak rzecz dzieje się choćby w narracji o rekonkwiście.
Kolejny element podręcznikowych przekłamań stanowi temat niewolnictwa. Młodzi Francuzi dowiadują się przede wszystkim o „grzechach” Zachodu i eksporcie „atlantyckim” niewolników do kolonii amerykańskich. Liczni potomkowie wywiezionych Afrykanów, którzy żyją na kontynentach amerykańskich, świadczą wszak o tym do dziś. Warto się jednak zastanowić, czemu takich potomków niewolników prawie nie widać w społecznościach arabskich? A przecież proceder ten był tam znany. Liczbę niewolników schwytanych w Afryce przez Arabów szacuje się nawet na siedemnaście milionów. Odpowiedź jest zaskakująca. Siedmiu na dziesięciu niewolników po prostu… kastrowano. Bezpotomnych zaś eunuchów zastępowano „świeżym towarem”. Historia milczy o tym procederze, podobnie jak o masowym wykorzystywaniu seksualnym czarnych niewolnic. W historii islamu trudno też znaleźć jakiekolwiek ślady obecności abolicjonistów. Tymczasem proceder niewolnictwa kwitł tam od początku istnienia tej religii do roku 1856.
Obraz „światłego islamu” i „barbarzyńskiego” Zachodu jest jednak, zdaniem Barbary Lefebvre, mocno naiwny i dyskusyjny. W podręcznikach można przeczytać, że Zachód odkrył swoje dziedzictwo przez Arabów. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana. Tłumaczeń bowiem dokonywał na przykład żyd Mojżesz Majmonides czy chrześcijanie z Syrii. Awicenna był Persem, algebra nie do końca była wynalazkiem arabskim, bo przecież znali ją Grecy, Babilończycy i Hindusi. Rozwój medycyny arabskiej to między innymi zasługa żyjącego w IX wieku Ibn Masawaiha – chrześcijanina (nestorianina) z Bagdadu. Wiedza astronomiczna Arabów pochodziła od Chaldejczyków i Gre-ków. Awerroes – modelowy przykład oświeconego i otwartego islamu „złotego wieku” – był autochtonem z Hiszpanii, a dodatkowo jego wizja spotkała się ze sprzeciwem innych uczonych muzułmańskich (Al‑Ghazdi), w wyniku czego jego dzieła trafiły na… stos. Kolejny przykład, że „otwartość” islamu ma swoje granice, i to raczej dość wąskie.
Francuskie bezdroża
Przykład szkolnych podręczników to tylko jeden aspekt niezbyt odpowiedzialnego podejścia do tego tematu przez Republikę. Rzeczywistość to zislamizowane przedmieścia, alternatywna nauka w szkołach koranicznych, powszechny handel halalowy, który pokazuje, że niegdyś „słodka Francja” staje coraz bardziej przyprawiona ostrą harissą, słabnący autorytet państwa i rosnący imamów, także terroryzm i więzienia, które są wyższą szkoła dżihadu.
Temat oświaty jest tu o tyle ważny, że to szkoła przez wszystkie lata brała na siebie główny ciężar integracji i przerabiała migrantów i ich dzieci na „Francuzów”. Kryzys integracji dał o sobie znać jeszcze pod koniec ub. wieku. Teraz pojawiły się całe obszary swoistych gett etniczno-religijnych, które upominają się już o prawa polityczne. Sytuacja się zmieniła i stąd wzięły się nowe pomysły tworzenia „francuskiego islamu”.
W przypadku szkolnictwa można się jednak pokusić o tezę, że ta „uległość” programowa i oswajanie islamu to pośrednie zwycięstwo różnej maści terrorystów i radykałów muzułmańskich. W dodatku kosztem prawdy historycznej, która odpowiednio podrasowana ma tu zmieniać świadomość tubylców w pożądanym przez lewicę kierunku wielokulturowości. Lewicowe pomysły odbiją się jednak czkawką następnym pokoleniom Francuzów, o ile ci nie staną się wcześniej jakąś syntezą Mahometa i na przykład… Robespierre’a.
Bogdan Dobosz


