Kanonada Narodowego Romantyzmu

wersja beta

Ryszard Mozgol: Pęknięcia – wspomnienie śmierci w 120-tą rocznicę urodzin Henry’ego de Montherlant

Montherlant_par_J-Emile_Blanche_1922

Ryszard Mozgol: Pęknięcia – wspomnienie śmierci w 120-tą rocznicę urodzin Henry’ego de Montherlant

Udostępnij

I.

Jeden z francuskich pisarzy Robert Vallery-Radot, a zarazem surowy chrześcijański krytyk Montherlanta, zwrócił uwagę na fakt, że cała jego twórczość jest wyrazem estetycznego arystokratyzmu. Pierre-Georges Castex i Paul Surer podkreślają zdecydowany indywidualizm, charakteryzujący się poszukiwaniem wyestetyzowanych postaw skrajnych, od cynicznego kultu rozkoszy po apologię cnoty poświęcenia. Elementem łączącym te bieguny zawsze i nieodmiennie jest dumny ideał pełni osobowości, pełny pogardy dla pospolitej moralności, przeciętności tłumu, burżuazyjnej powierzchowności i jej ostentacji. Louis Dumont, autor hermetycznej pracy „Homo hierarchicus” zwraca uwagę na fakt z pozoru banalny – nie ma w dzisiejszych czasach arystokracji, pozostała co najwyżej i wyłącznie „mentalność arystokratyczna”, przejawiająca się w różnorodnych formach życia. Montherlant był bodajże ostatnim jej konsekwentnym przedstawicielem w literaturze.

„Potrzebne są różne rodzaje typów ludzkich dla stworzenia szczęśliwego świata. Człowiek tak samo jak świat jest tak bogaty i tak rozległy, że byłoby prawdziwą szkodą, gdyby nie mógł wyrazić wszystkich pięknych możliwości (…) Chętnie bym zobaczył mądrą istotę, która wykazawszy, że wszystko godne jest pośmiewiska, poświęciłaby się dla jakiejkolwiek sprawy, jedynie w tym celu, aby zagrała nowa cząstka znajdującej się w niej ludzkości. To już bardzo dobrze, gdy się nie widzi sprzeczności między ideałami, którymi kierowali się Kant, św. Wincenty a Paulo i Casanova; jeśli idzie o mnie, to się przyznaję, że nie widzę tej sprzeczności. Być zarazem – to znaczy faktycznie kolejno – św. Wincentym a Paulo, Kantem i Casanovą, byłoby jeszcze lepiej. Ten, kto byłby taki, przyniósłby, niewątpliwie, zaszczyt swemu Stwórcy: byłby pięknym okazem człowieka”1.

Nieprzekraczalna otchłań, pozostaje ciągle nieprzekroczona. Nosimy ją w sobie. Baudelaire, wieszcz pęknięcia, pisząc o ideale piękna zwracał uwagę na zawartą w nim dwoistość i ładunek aktywnego antagonizmu. Element stały – głęboko zakorzeniona w nas tęsknota za utraconym idealnym ładem i pociągający zmienny pierwiastek chaosu. W różnobarwnych skrzydłach motyla… W oczach ukochanej kobiety…

Dlaczego pochłania nas bez reszty widok morza? Ponieważ zawiera w sobie jednocześnie ideę ogromu i ruchu. Obie istnieją w sobie, jak wino i woda w Tajemnicy Przeistoczenia. Czystość i grzech. Chrystus i ludzkość.

Oczekujemy przylgnięcia tych przeciwieństw, ich neutralizacji, połączenia, zbieżności na podobieństwo samego Boga. Complexio oppositorum. W tym świecie wydaje się to niemożliwe w idealnej postaci. Wybraliśmy świat rozpięty pomiędzy biegunami. Wyłom pozostaje otwarty na naszą zgubę.

Prawdziwą cywilizacją Baudelaire nazwał nie osiągnięcia techniczne XIX wieku i diaboliczny tryumf ekonomicznej mentalności a ponawiane w kolejnych epokach próby zacierania przez ludzi śladów grzechu pierworodnego. Bezskutecznie wznawiany wysiłek jednostek i całych pokoleń próbujących zasypać rozwartą otchłań. Konstruowane z teologiczną nadzieją mosty, zdolne do połączenia rozerwanych brzegów.

Cała nasza uwaga koncentruje się ostatecznie na pęknięciu, na otwartej w sobie otchłani. Piękno pozostaje grą kontrastów.

„O wartości marmurowych posągów stanowią częściowo ich skazy”2.

Montherlant przyznawał, że od czasów swojej młodości jedną z kilku największych namiętności jego życia była obojętność. Obojętność na dobro i zło płynące ze świata. Obojętność, w której zero własnych oczekiwań styka się z nieskończonością. Nic, które chroni od rozczarowań.

Dwie strony tego samego medalu: maksyma Montherlanta „Szczęście, które pisze na czystej kartce sympatycznym atramentem”3 i „Wszystko, co się zdarza jest godne szacunku”, dopowiedziane przez Léona Bloy.

II.

Okupacyjny epizod z dzienników Ernsta Jüngera. Paryż – maj 1944 roku. Jünger nie zapomina zauważyć polnych maków kwitnących w ogrodach Tuileries. Krzykliwa barwa i słabowitość płatków. Słowa głośne, ale ulotne. Materia żywotna, ale niestała. Piękno jaskrawe, ale kruche. Jünger rozważa bieguny – punkty krańcowe obejmujące całość zjawisk i przestrzeni oraz punkty zarodkowe, dzięki którym następują przemiany.

Z wizytą w pracowni rzeźbiarskiej u madame Didier przy des Invalides. Przygotowany do wykonania wstępnej wersji swojego popiersia w glinie, biblijnej pramaterii. Niestety zabrakło świeżego materiału. Jünger odnotowuje, że glina do wykonania jego głowy została pobrana ze skończonego już popiersia Montherlanta.

Przyszli na świat z ciemnego i cuchnącego łona okopów wojny światowej. Pierre Drieu La Rochelle, Ernst Jünger i Henry de Montherlant, Byli braćmi – jak twierdzili znawcy intelektualnych prądów epoki, wyodrębniając ich z armii literatów tego okresu. Wspólne postrzeganie rzeczywistości, pozbawione sentymentów. Poszukiwanie duchowej mocy. Samotność pośród ludzi. Valeriu Marcu zdefiniował ten stan heroicznego humanizmu następującymi zdaniami: „Humanista nie walczy z niczym, nawet z wojną. Duch jego zabrania mu wszelkiej żądzy reformatorskiej. Cofa się tylko jeszcze bardziej; pielęgnuje siebie i ogród swojej wiedzy, pozostawia świat jego niszczycielskim, nieobliczalnym popędom”. Jünger, Drieu La Rochelle, Montherlant okopową wojnę mas porzucili, rozpoczynając walkę na zupełnie innej arenie.

Dwóch do jednego. W swoim łóżku ze starości umarł tylko Jünger.

Mając piętnaście lat Montherlant rozpoczął w Hiszpanii naukę sztuki torreadora. Twierdził, że uciekł z domu, choć była to wyprawa sprytnie zaaranżowana przez babkę Montherlanta. W jednej z walk na arenie, już jako dojrzały mężczyzna, zostaje ranny. Róg byka przebija mu płuco.

Czym była dla niego corrida? Dreszczem emocji? Zabiciem nudy? Sztuką?

Przyznawał, że sztuka daje dużo rozkoszy, ale woli od niej prawdziwe życie i niebezpieczeństwo. Nic nie potrafi się równać z bykiem wpatrzonym w torreadora, gotowym do wykonania szarży. Strach matadora większy przed wykonaniem zbędnego ruchu, niż zranieniem przez dziką bestię. Nogi przybite do piasku areny i taneczny ruch minimalnego zwodu, aby ciało byka otarło się o ciało człowieka. Torero wyciągnięty jak struna – niczym postać z obrazów El Greca – i cielsko rozpędzonego buhaja. Kolejne pases w ciszy, przerywane „Ole!, wydobywającym się z gardeł widzów. Ponawiane przywoływanie i odwoływanie zwierzęcia. Przypływy i odpływy. Aż do śmierci jednego z bohaterów.

Nie ma drugiego takiego spektaklu na świecie, pisał miłośnik corridy Michel Leiris. Bo corrida jest czymś więcej niż spektaklem sportowym, jest spektaklem rytualnym, religijnym, w którym zostaje złożona dawna ofiara z byka. Complexio oppositorum zamkniętym w ciasnej przestrzeni areny.

Montherlant już w młodości potrafił bez zająknięcia wymienić wszystkich ludzi Kościoła zafascynowanych tauromachią: papieże – Aleksander VI, Grzegorz XII i Klemens VIII, który znalazł katolickie uzasadnienie dla tauromachii. Autor traktatu tauromachicznego o. Luis z Leon, św. Teresa z Avilla, ks. prałat Rivière z Sevilli i liczni hiszpańscy jezuici… aż po XX wiek. „El arte de los toros bajó del cielo…”. („Sztuka byków przyszła z nieba…”) słyszymy w jednej z hiszpańskich zarzueli.

„Chodziło nie tylko o to, aby oglądać corridy, a nawet w nich uczestniczyć, ale raczej o pewną postawę wobec życia, która łączy w sobie smak prowokacji i smak ryzyka – stanowiących, wraz z techniką, założenie walki byków – upodobanie w dominowaniu, nieliczenie się z opinią publiczną i jeszcze coś, co trzeba nazwać upodobaniem w odczuwaniu strachu; aż wreszcie odczuwało się taką potrzebę zaspokajania tych wszystkich upodobań, z łapczywą pożądliwością, jak przy zaspokajaniu potrzeby jedzenia lub narkotyku. To właśnie stanowiło istotę choroby tauromachii u Albana; malowniczość, oprawa, akcja były tylko dodatkiem”4.

III.

Wielu moralistów pisało o potrzebie nakładania masek w teatrze świata. Od Gracjana po Nietzschego. Maska nie tylko skrywa i czyni anonimowym, wyjętym ze świata nakazów i zakazów. Przede wszystkim maska chroni.

Montherlant bawił się swoim wizerunkiem. Intrygował towarzystwo ukrywanymi tajemnicami i rozpuszczanymi plotkami. Pozostawał w półmroku, pozwalającym równocześnie na śmiały atak, co dyskretne wycofanie. Kiedy trzeba było pozbyć się śmiałej adoratorki, sugerował skłonność do przelotnych romansów z młodymi kobietami. Kiedy adoratorka była młoda i natrętna, nie cofał się przed sugestiami dotyczącymi homoseksualizmu. Jaka była prawda? Domysły i plotki trwają do dziś.

W równym stopniu kreował siebie, co unikał odpowiedzialności. Ta ostatnia odebrała swój dług z nawiązką po śmierci, kiedy nie mógł bronić się sam5.

Wszyscy, którzy żyją bez złudzeń – w świadomości, że tzw. moralność publiczna jest kłamstwem, nakładają maski bezpieczeństwa. Chateaubriand, zdaniem Sainte-Beuve’a niekiedy umyślnie ją zdejmował, aby zabawiać się bezczelnością. „Któż nie nosił maski poza przygłupkami?”6 – pytał Monthrelant ustami swojego literackiego alter ego.

Wojna domowa: „…życie mija nam na mówieniu źle o innych, innym na mówieniu źle o nas i niewiele z tego wynika”7.

Wielokrotnie utrzymywał, że przyszedł na świat 21 kwietnia (1896 roku)8, w rocznicę założenia Rzymu. Złośliwcy sugerowali, że zrobił to, bo chciał uchodzić za młodszego. Znając miłość Montherlanta do antycznej tradycji, o wiele prawdopodobniejsze jest podkreślenie duchowej przynależności do wymarłej rasy Rzymian. Wierzył przez całe życie w odrębność serca południa Europy ukształtowanego przez Grecję i Rzym. Rok ujęty ze swojego życiorysu był ukłonem w stronę matki, która zawsze ujmowała jeden rok ze swojego życiorysu… nawet na przygotowanych nekrologach.

W czasie Wielkiej Wojny Montherlant został ciężko ranny na polu bitwy. W dzienniku zapisał, że im więcej odczuwał współczucia ze strony cywilów, tym bardziej odgradzał się od nich wysokim murem pogardy. Po wojnie, w wieku dwudziestu siedmiu lat został rugbistą i piłkarzem, grając na pozycji bramkarza. Uczestniczy w tym czasie namiętnie w rywalizacji sportowej – maratonach i biegach przełajowych. Na setkę biegał w 11, 45 sekundy. Mając trzydzieści dwa lata powraca na arenę. Odniesiona na arenie rana uniemożliwia aktywne życie. Długa rekonwalescencja, śmierć kolejnych członków rodziny, przeradza się w pasję podróżniczą. Porzuca Francję. Osiada na jakiś czas w Afryce Północnej, bacznie przyglądając się zwyczajom Berberów. W 1936 roku Aragon prosi go o poparcie dla hiszpańskich republikanów. Odmawia. Hitler zaprasza go do Norymbergii. Odpowiada antyniemiecką książką „Wrześniowe zrównanie dnia z nocą”. Nie ukrywa swoich sympatii związanych ze skrajną prawicą, ale trzyma się z dala od polityki.

Pierre de Boisdeffre twierdził, że Montherlant po wojnie światowej odczuwał te same pragnienie charakterystyczne dla całego pokolenia Verdun. Tak jak Pierre Drieu La Rochelle czy Jünger, chciał odnaleźć „tę jakąś dziewiczość i szorstkość”, ten „gwałt uporządkowany”, których doświadczył w okopowych realiach totalnej wojny i przenieść, sprowadzić doświadczenie tej „boskości na ziemię” (bezinteresownej przyjaźni, poświęcenia, oddania i obowiązku), do cywilnego świata kontraktu, korzyści i wyrachowania.

Marcel Jouhandeau9, pisarz i wybitny orientalista zapisał w swoim dzienniku z 1952 roku swoje wspomnienie z pierwszego spotkania z Montherlantem, które miało miejsce w 1924 roku.

Montherlant, młody mężczyzna, nadal prawie chłopiec, wydaje się uprzejmy, zawstydzony naszym towarzystwem starszych wiekiem. Siedział daleko od nas, na bardzo niskim stołku. Ze skrzyżowanymi nogami, słuchał z szacunkiem, od czasu do czasu dopowiadając. Młody kawaler wśród lewitów. Patos jego twarzy pozostał we mnie wyryty na zawsze jak w marmurze.

Kiedy zaczął wydawać swoje prace w 1924 roku w szybkim tempie, cała nasza dziewiątka pisarzy już publikujących (André Gide, Jaloux, Charles du Bois, Martin du Gard, etc.), miała świadomość, że została przyćmiona.

Monteherlant wydawał się człowiekiem, który pragnie odzyskać swoją samotność.

Jean-François Domenget pisał o znajomości Jouhandeau i Montherlanta, że była to późna, zamknięta przyjaźń między dwoma mężczyznami. Mieli wtedy po 57 i 50 lat.

Dla Jouhandeau po wojnie traumatyczne było doświadczenie strachu w czasie Épuration (1944/45 rok), pełna pogardy, zimna krew Montherlanta. W czasie aresztowania obu pisarzy w 1945 roku Montherlant na ucho do Jouhandeau: „Zanim zapadnie noc zabiorą cię do Drancy, a mnie pewnie do Vincennes i nigdy się więcej nie zobaczymy. Uduszą nas w naszych celach”…10

IV.

Jak okiem sięgnąć, na horyzoncie wypalone krajobrazy. Brak sensu i brak nadziei. Pustka.

Współcześni technicy dusz, stojący po przeciwnych stronach barykady, szybko wskazali winnego. Chaos. Choroba. Zło. Imię jego jest nihilizm.

Zgodność z jaką wspólnie ciskali gromy potępienia filozoficzni pogrobowcy oświecenia wraz z chrześcijańskimi teologiami i partyjnymi obrońcami burżuazyjnego porządku na tzw. nihilistów, powinna obudzić naszą czujność. Jeszcze pod koniec XIX wieku, Léon Bloy w „Le Désespéré”, przestrzegał, że grożą nam moce znacznie niebezpieczniejsze niż nihilizm. Niewiele później Bierdiajew, pisząc o Dostojewskim, ironicznie zauważył, że dziś wszyscy możemy nazwać się nihilistami.

Wszystkie epoki posiadały swoich saperów, podkładających miny pod zmurszałe gmachy dawnych porządków religijnych, społecznych, politycznych, czy kulturowych. We wszystkich epokach pojawiały się duchy gwałtowne i zdecydowane – kolejne prometejskie wcielenia przewodników, kolejni pontifexowie próbujący wznosić mosty nad przepaścią. Za każdym razem negacji odpowiadało twórcze wyznaczanie nowego porządku, odmierzanie nowego rytmu życia i wskazywanie nowego celu. Starano się zachować ciągłość, choć mylono się tragicznie nie jeden raz. Historia wystawiała ludzkości za te pomyłki swoje krwawe rachunki. Ból i cierpienie w takich wypadkach, zwiastował nowe życie naszej cywilizacji. Nihilizm był – jak pisał w szkicu „Trans lineam” Ernst Jünger – etapem przejściowym, oznaką siły i witalności, zdolnością do przekraczania przeszłości i teraźniejszości.

Na piaskach wszechobecnej dzisiejszej pustyni ciągłość wyznacza zdradliwa linia wydm. Nic nie jest rzeczywiste. Nic nie jest pewne. Nic nie jest tym samym. Wszechobecne złudzenie. Po raz pierwszy naszym problemem w skali Europy nie jest negacja sama w sobie, co brak alternatywy dla rozpadającego się na naszych oczach świata. W tym obszarze jawi nam się groza rzeczywistego nihilizmu, jako braku rozwiązania dzisiejszego węzła gordyjskiego naszego istnienia.

Czy potrafimy strącić czarne skrzydło zawieszone ponad naszym czołem? Czy potrafimy zrobić krok ponad przepaścią?

Śmierć Montherlanta otwarła dyskusję: czy francuski pisarz był nihilistą? Umiarkowani odmierzali na mieszczańskich wagach moralnych: na ile francuski pisarz był nihilistą?

W obronie Montherlanta wystąpił między innymi chrześcijański filozof Gabriel Marcel, nazywając postawę Montherlanta „tragicznym humanizmem”, tak odmiennym od destrukcyjnego nihilizmu. Koronnym argumentem ratującym gazetowy wizerunek pisarza, pomimo „unikania dobrego towarzystwa” (jak to ujął kiedyś sam Montherlant), było wybitne poczucie wartości.

Parafrazując Léona Bloy i nie wymierzając policzka pisarzowi, wypada przypomnieć, że świnia posiada też swoje własne poczucie wartości…

Montherlant pogardzał takimi „ekshibicjonistami dobroci”.

Montherlant był dekadentem, radykalnie wyrażającym swoją postawą sprzeciw wobec burżuazyjnego stylu bycia. „Miał swój własny kodeks. Ten kodeks był zresztą na pewnych punktach bardzo ścisły. Ale na tych punktach, gdzie moralność pospólstwa jest obojętna. Natomiast był swobodny na tych punktach, gdzie moralność pospolita jest ścisła”11. Darzył, za Homerem, nabożną czcią żebraków, traktując ich jak wysłańców Boga, dających okazje do uczynienia dobra. Ateiści widzieli w nim tylko ateistę szanującego religię. Katolicy postrzegali go jako charakterystycznego dla Francji „politycznego katolika”. Wymykał się tym uproszczeniom. „Kochał dzieci, starców, ubogich, nie znosił tylko tych, co chcą uchodzić za coś innego niż są”12.

„Człowiek silny, człowiek jasno patrzący, na swym łożu udręki, powierza siebie wyższym mocom. Teraz już wie, że dzień który się rozpoczyna, będzie znamienny”13.

Dla Paula Surera był nihilistą krzyża, poszukującym w nicości ukojenia swojego obrzydzenia światem. W tym względzie francuski pisarz bliższy był Markowi Aureliuszowi niż Chrystusowi. Uczciwie zgadzał się z tym sądem. Za stoikami twierdził, że istotne są wyłącznie te wojny, w których uczestniczymy w zaciszu swojej duszy. Znaczenie mają tylko zwycięstwa nad samym sobą i haniebne kapitulacje w obliczu swoich słabości. Jak pisał Baudelaire: …wielkość i świętość dla samego siebie…

Rada Montherlanta dla zagubionych pośród wydm: 1. Należy używać świata; 2. Chronić siebie przed jego wpływem; 3. Zawsze szydzić ze świata14.

„Zamknięcie się w sobie jest dobre tylko dla natur silnych i oryginalnych, i to jeszcze pod warunkiem, że będzie względne i z przerwami. Inne płacą za to drogo. Nie można się zamknąć bezkarnie tylko [z] samym sobą. Nie „posyła się do diabła” swych bliźnich bezkarnie. I tak powinno być, skoro zamknięcie się w sobie, o ile nie jest wywołane ważnymi powodami intelektualnymi lub duchowymi – ma najczęściej za źródło lenistwo, egoizm, bezsilność, słowem, ten „lęk przed życiem”, o którym nie dość jeszcze powiedziano, ile miejsca on zajmuje wśród plag trapiących ludzkość”15.

Po klęsce Francji w 1940 roku oczekiwano, że Montherlant zostanie czołowym intelektualistą Ruchu Oporu. Do takich wniosków prowadziła lektura jego „antymonachijskiej” książki „Wrześniowe zrównanie dnia z nocą”. W 1941 roku ukazało się „Le Solstice du Juin” („Czerwcowe przesilenie”), początkowo zakazane przez cenzurę III Rzeszy, ale bez wnikania w szczegóły uznane przez wrogów pisarza za manifest kolaboracji i proniemieckich sympatii autora. Montherlant jednak pozostał pełen powściągliwej rezerwy wobec wydarzeń, utrzymując liczne prywatne kontakty z przedstawicielami władz okupacyjnych i przyjaciółmi z Résistance, ale odmawiając jakiegokolwiek publicznego zaangażowania. Nie był konsekwentny, za co spotkał się z częstym zarzutem oportunizmu. Plotkowano, że niemiecka ambasada specjalnie utworzyła czasopismo „La Gerbe”, aby Montherlant mógł w nim publikować. W 1942 roku wystawiono jego dramat „La Reine morte” („Martwa królowa”), który publiczność odebrała jako aluzyjną formę ukrytego oporu – ślepe okrucieństwo władcy, czyli okupanta, jest przejawem jego słabości i rychłego upadku. W 1944 roku został wymieniony przez komunistów z Ruchu Oporu wśród dwunastu zdrajców Francji, jako pisarz „zawodowo odrażający”. W 1945 roku został skazany na roczny zakaz publikacji. W 1960 roku przyjęto Montherlanta do Akademii Francuskiej, pomimo tego, że „nie pokazywał się w towarzystwie”.

Wiele wskazuje na to, że Montherlant miał okazję kilkakrotnie rozmawiać z Ernstem Jüngerem jako uczestnik spotkań „kręgu intelektualistów” Klausa Valentinera lub w salonie amerykańskiej milionerki Florence Gould w okupowanym Paryżu. Obaj pilnie śledzili swoje publikacje, wyrażając z aprobatą o kunszcie literackim. Jünger porównywał pisarstwo Montherlanta do armatniej kuli, a samego pisarza zaliczał do elitarnej grupy rycerzy, wyrosłej na gruzach I wojny światowej. Po wojnie chyba nie utrzymywali bezpośredniego kontaktu, ale łączyła ich wspólna znajomość z mieszkającą we Francji azerską pisarką Banine16. Utrzymywała ona obfitą korespondencję z Jüngerem i Montherlantem. Tego pierwszego traktowała jak mentora, przewodnika po duchowych ścieżkach literatury. Drugiego natomiast adorowała i wielbiła. Czytając korespondencję Banine do Montherlanta nie sposób odnieść wrażenia, że stanowi odbicie korespondencji literackiej zawartej na kartach „Dziewcząt” Montherlanta. Ta sama pasja, ten sam styl, to samo uwielbienie, miłość i nienawiść.

Pod wpływem korespondencji z Montherlantem Banine zdecydowała się na konwersję z islamu na katolicyzm. Był to jedyny skutek nieodwzajemnionej miłości. Odrzucenia?

„Kobiety, wieczne Penelopy, rozpruwają to co utkały w nocy”17.

List Henry’ego de Montherlant do Banine z 24 lipca 1952 roku.

Pani Banine

40, Rue Lauriston

Paris

Szanowna Pani,

trudno wyrazić mi całą pogardę, jaką noszę wobec tych (coraz liczniejszych), którzy pod presją swojego wieku, spoglądają w niebo – i czekają na księdza, który wślizguje się przez tą szparę powstałą z powodu strachu. Ci, którzy przez całe swoje życie żyli zgodnie z wiarą są albo głupcami, albo dobrymi duchami, z ciemnym zakamarkiem, zamieszkiwanym przez „Boga”. Myślę, że możemy im udzielić tego odpustu zupełnego dla ludzkiej słabości. Ale ci, którzy przez całe swoje życie „mają wszystko poukładane”, nagle to rozbijają i „znajdują Boga” w strachu przed końcem (…) jak już mówiłem, mam w pogardzie, której nie potrafię wypowiedzieć.

Wszystko to nie zmienia mojego zdania o szczęściu przeżywanym przez wierzących. Pytam tylko: czy szczęście może być nagrodą za tchórzostwo i głupotę?

Dyktując ten list, wspominam czytany przeze mnie w wieku 12 lat fragment „Quo Vadis” ze zdaniem Petroniusza, zapytanego o stosunek do chrześcijan, na które odpowiedział, że poganie także wiedzą jak umierać. (…)

Zapewniam Panią o swoich najlepszych uczuciach. Montherlant18.

Banine do Montherlanta, 30 grudnia 1953 roku.

Drogi Montherlant,

podoba mi się najbardziej w tobie twój stosunek do życia. Twoja postawa. Budzi we mnie zaskakujący oddźwięk, bo w końcu jak można żyć zarówno dla Tołstoja jak Montherlanta? Istnieją na antypodach… Nawet jeśli jest mi ciężko znieść twoją pogardę dla ludzi, rozumiem ją aż za dobrze, sama będąc dosłownie wyniszczona pogardą i broniąc się przed nią na próżno.

„Trzeba zawsze zwalczać pokusę pogardy” – mówi Jünger typowym swoim staromodnym tonem. Rozumem jestem z nim, sercem z tobą: ludzkość jest znacznie bardziej godna pogardy niż uwielbienia. Ale tu powinna się wmieszać to miłosierdzie, o którym mówisz tak dużo. (…)19

Don Alvaro: „…Moim chlebem jest wstręt. Bóg obdarzył mnie hojnie cnotą obrzydzenia”20.

Siostra Franciszka: “Ludzie? Czym są ludzie? To są muchy”21.

List Marguerity hrabiny Potier de Courcy do wnuka.

Paryż, 3 marca 1919 roku.

“Błagam Cię, mój kochany, nie pozwalaj sobie na pogardę wobec wszystkiego, ponieważ poniesie Cię dalej niż chciałbyś tego i nie będziesz mógł tego powstrzymać. Z pewnością istnieje wiele zła na tym świecie, ale jest też wiele piękna, które nie zasługuje na odrzucenie. (…) Nie gniewaj się na mnie za te kilka słów. Dyktuje mi je bezgraniczna miłość do Ciebie. Dlatego to piszę. Chcę Cię widzieć na piedestale, a nie w grobie…” Twoja kochająca babcia22.

V.

Tragedia mężczyzny polega na tym, że jego głowa musi trzymać się ciągle nad okopem. Pod obserwacją wrogich sił. Twarz ciągle w cuglach wewnętrznej dyscypliny. Skała, o którą roztrzaskują się sztormowe fale codzienności. Naga. Bez pudru i szminki. Nie „zrobiona”, by wabić lub odstraszać.

Na wiele różnych sposobów próbowano dokonywać psychologicznego rozbioru dorobku pisarskiego Montherlanta i jego życia. Drwił z tych psychoanalitycznych bredni.

Odrzucał małżeństwo. Nie chciał założyć rodziny z żadną z poznanych bliżej kobiet. Twierdził, że miejscem dogodnym do wspólnego przebywania członków rodziny jest cmentarna krypta. Ojca nazywał cudzoziemcem we własnym domu, przedkładającego swoje konie i działalność charytatywną ponad ciepło ogniska domowego. Matce przypisywał rozpieszczający egoizm połączony z brakiem macierzyńskiej miłości. Dziecko w jej rękach było zabawką. Siebie nie oszczędzał również, twierdząc, że wyrósł na jedynaka źle wychowanego, aroganckiego, zamkniętego w sobie. Wyrzucał sobie brak czułości i obojętność wobec najbliższych. Pisał ze szczerością, że łatwiej niekiedy praktykować chrześcijańską miłość i miłosierdzie w Towarzystwie św. Wincentego á Paulo niż w rodzinie.

A jednak, tracąc ojca w wieku prawie 20 lat (+1914), przeżył załamanie i wielomiesięczną depresję. Niewiele późniejszą śmierć matki (+1915) odczuł jako pustkę i stratę nie do wypełnienia dopiero po kilku latach, po powrocie z frontu… Śmierć ukochanej babki (+1923) była dla niego ciosem, z którego z ledwością się podniósł. Wspominał, że nagle, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, pełny ludzi dom opustoszał. Tak jak Francja po krwawej daninie złożonej w wojnie światowej. Sprzedał resztki dobytku. Z jednym obrazem zapakowanym w szary papier opuścił Paryż, a później Francję, aby żyć pośród Berberów i Tuaregów w Afryce.

Barbarzyńscy „Imazighen” (berb. szlachetni), czciciele byka z gór Atlasu stali się na kilka lat jego nową rodziną. Wyrzekł się Francji. Po wojnie światowej nie było w niej dla niego miejsca.

W 1959 roku Montherlant poznał Gabriela Matzneffa, który przedstawił pisarzowi swój szkic pt. „Samobójstwo u Rzymian”. Montherlant przyznawał, że „bez przesady” czytał go dwa lub trzy razy w roku. Niekiedy ledwo skończył, rozpoczynał czytanie od początku.

W eseju o śmierci Katona wyliczał, że pierwszy raz hołd samobójstwu oddał mając trzydzieści lat w szkicu „Aux fontaines du désir”. Od tamtego czasu poruszał ten temat w siedmiu swoich esejach lub dramatach. Na zarzut, że samobójstwo jest tchórzostwem, odpowiadał niezmiennie, że tchórzostwem jest chęć życia za wszelką cenę.

Ojciec przełożony: „Chrystianizm jest nie po to, by nauczył żyć, lecz po to, by nauczył umierać”23.

„Pod datą 7 września napisał z pasją: „Cierpienie. Włosy mojej szczotki do ubrania posiwiały w jedną noc”. Był to jedyny ślad, jaki pozostał, w jego dzienniku, z dnia 7 września”24.

Kserkses – pan świata, zapragnął pewnego dnia, doświadczyć swojej potęgi panowania nad stworzeniami. Niedaleko Helespontu mieszkańcy Abydos wznieśli dla niego marmurowy, biały tron na szczycie wysokiej góry. Kserkses wjechał konno na górę, pod drodze zmytej cenną wodą przez dziesiątki sprowadzonych niewolników. Nie wzniósł się ani jeden tuman przydrożnego kurzu. Spoczął na białym tronie wyścielonym śnieżnobiałymi skórami afrykańskich antylop i jedwabnymi poduszkami pełnymi delikatnych piór. A wszystkie były czyste, białe niczym śnieg na szczytach Hindukuszu. Głowę króla osłaniał wyszywany perłami i szmaragdami namiot i parasolki swoich najbardziej lubianych żon.

A kiedy spojrzał przed siebie, jego oczom ukazał się królewski majestat w swojej zapierającej dech w piersiach krasie. Brzegi Helespontu pokrywały rzędy okrętów o różnobarwnych żaglach. A była ich niezliczona ilość na powierzchni szmaragdowego morza. Wielka zielona równina ścieląca się u stóp góry mieniła się różnokolorowymi formacjami jego gwardii nieśmiertelnych, piechoty i kawalerii. A były ich nieprzebrane masy ustawione w zwartych szykach i stacjonujące w przygotowanych obozowiskach. Król zobaczył swoją potęgę panowania. Kserkses, jak wspomina Herodot, uznał się za szczęśliwego. Jednak chwilę później zapłakał. Dostojnicy nierozumiejący reakcji króla królów z niepokojem pytali, dlaczego płacze. Kserkses odpowiedział Artabanosowi: „…zdjęło mnie uczucie litości, gdym rozważał, jak krótkie jest życie ludzkie; wszak z tych tak licznych ludzi za sto lat nikt nie pozostanie przy życiu”. Artabanos, krewny króla, udzielił mu stoickiej odpowiedzi, zwracając uwagę, że nie ma takiego człowieka na ziemi, który w hojnie rozdawanych przez życie cierpieniach nie woleli nigdy nie przychodzić na świat.

Tron zawsze okazuje się tylko ostatnim stopniem wiodącym na katafalk. Imperium cmentarzyskiem zniweczonych wysiłków. Władza i zaszczyty migotliwą, złudną marnością. Działania okazują się jałowe, czy wręcz groteskowo bezowocne. Świat pozbawiony jakiegokolwiek sensu, gnany wichrami ludzkich zachcianek i namiętności. Pełen cierpienia. Drogi prowadzą – jak okiem sięgnąć – donikąd.

Król królów Chosrou w eposie perskiego poety Ferdausiego: „Jestem zmęczony moją armią, moim tronem i moją koroną. Z niecierpliwością oczekuję odjazdu [śmierci] i spakowałem już moje bagaże”. Montherlant powtórzy to zdanie kilkakrotnie ustami swoich bohaterów. Tak bardzo oddalony od spraw świata rycerz Don Alvaro powie: „Łaknę jedynie wielkiego od wszystkiego odejścia”25. Zmęczony sobą i królestwem Don Ferrante wypowie: „Jestem zmęczony moim tronem, moim dworem, moim ludem… Pragnę już tylko wielkiego od wszystkiego odejścia”26. Montherlant uczyni ten krok we wrześniu 1972 roku.

Węgierski pisarz Sándor Márai odnotował w dzienniku nagłą śmierć swojego ulubionego pisarza, czyniąc interesujące uwagi na temat ostatniej z książek Montherlanta, rozliczając się z bezwzględną i wszechobecną tyranią „Trzynastego Cezara”. Ponad dziesięć lat później spojrzy z wysokiego tronu swojego życia na świat (miał wtedy 85 lat), ujrzy swoje „imperium”… swoje szczęście… zapłacze… i napisze: „…życie nasze było pełne, nie oczekuję więc niczego innego, jak tylko spokojnego odejścia”. Cztery lata później uczyni to samo, co uczynił pewnego wrześniowego popołudnia Montherlant.

„W istocie, obojętnie w jakiej epoce, samobójstwem zawsze rządzi Waga. Życie powinno być nieustającym kładzeniem na szalę wszystkiego, co nas spotyka – dobrego i złego. Kiedy złe przeważa, pora odejść. Wszytko to powiedziawszy, podziwiam zarówno odwagę tych, co popełniają samobójstwo, jak i odwagę tych, którzy przez piętnaście wieków – piętnaście wieków chrześcijaństwa – potrafili wszystko znieść, nawet najstraszniejsze, nie popełniając samobójstwa. Odwagę odebrania sobie życia. I odwagę nieodbierania sobie życia”27.

Katon: „To prawda… Każdego dnia mogą zamordować mnie ludzie Cezara. Zresztą… mogą to zrobić również twoi ludzie [Pompejuszu] … Jest jeszcze trzecia możliwość. Że przyjdzie mi ochota, abym zabił sam siebie”28.

Czwartek, 21 września 1972 roku, godzina 15.55. Paryż. Scena: Zimny, marmurowy, wyestetyzowany apartament Montherlanta przy Quai Voltaire. Jak w muzeum. [Sam Montherlant wspominał z satysfakcją, że pewna piękna dziewczyna niskiego pochodzenia chodziła wśród jego antyków „na palcach”.] Biurko zawalone papierami. Portrecista Édouard MacAvoy29, przedpołudniowy gość pisarza notuje w swoim dzienniku: „O 15.55 Montherlant strzela sobie z rewolweru w usta. Panna Cottet, sekretarka Montherlanta słyszy strzał, mdleje. O 16.00 stwierdzono zgon. Powiedziano mi, że miał przy sobie jeszcze jeden rewolwer i ampułkę z cyjankiem”30.

Wyobrażam sobie, starszego człowieka w ciemnym garniturze i wypolerowanych butach [to była jego obsesja]. Po omacku szuka czegoś. Jest zdenerwowany. Układa niczym ślepiec szpargały na biurku, porządkuje ostatnie minuty. Drobiazgi zgarnia niedbale do szuflady. Idealnie kładzie na biurku rewolwer, prostopadle do brzegu. Uspokaja się. Opiera się obiema rękami na oparciu krzesła. Tak… szuka odpowiedniego słowa, po raz ostatni. Odsuwa krzesło. Chwyta broń. Wkłada w usta – lufa w górę – ciągnie za cyngiel.

„…śmierć Sokratesa jest piękna. Jednak to, co ją poprzedza, niweczy jej wzniosłość. Szczęśliwi ci, którzy umierają bez czczej gadaniny i bez pochlipywania, w świętej samotności, w jakiej umierają zwierzęta i żołnierze na dnie dalekiego leju po pocisku”31.

VII.

Biograf Montherlanta Pierre Sipriot uparcie wierzył w artystyczną całość egzystencji pisarza. Montherlant zadał sobie śmierć 21 września, w dzień jesiennego zrównania dnia z nocą, w chwili gdy słońce przechodzi z półkuli na półkulę. Tyle świadomej intencji włożył w ten akt. Zdecydował się na świadome odejście. Ukorzył przed przemijaniem, upływem czasu, cyklem, schyłkiem. „Nicość, wrażliwość, wyobraźnia; – pisał Sipriot – Montherlant powiązał te składniki, by stworzyć dzieło zarazem stonowane, ironiczne i pozbawione nadziei, którego każdy moment można odczuć nie tracąc z oczu całości pozwalającej „kontemplować to, co spełnia się w nicości” [Lukrecjusz]”.

Od zawsze, ludzie mówiąc o ludziach, wyrządzają im krzywdę.

Marcel Jouhandeau, jeden z powojennych outsiderów literatury francuskiej, bliski przyjaciel Montherlanta, wspominał, że to samobójstwo było efektem chwilowego impulsu. Tak powiedział mu malarz Édourad MacAvoy, który odwiedził Montherlanta w dniu śmierci w godzinach porannych. Nic nie wskazywało na to, że zabije się wieczorem. Jouhandeau pełen bólu tłumaczy sobie, że przecież był wtedy człowiekiem, któremu zależało na tym co pomyśli o nim jego ostatni rozmówca. Był zaniepokojony szczegółami rysunku, który miał ilustrować jego „Chłopców”. Odkrył dłoń nastolatka narysowaną zbyt blisko przyrodzenia. Przeraziła go możliwość złego zinterpretowania intencji. Jego skromność została dotknięta, a artystyczna nieuwaga odczytana jako przejaw współczesnego braku smaku. Czy taki człowiek myśli o samobójstwie? To musiało być jak fala, podmuch, niespodzianka nawet dla niego.

Gottfried Benn, o czym najczęściej zapominamy, był lekarzem specjalistą chorób wenerycznych, zajmujący się naukowo psychicznymi problemami prowadzącymi do samobójstw. Przestudiował w latach 40 XX wieku tysiące przypadków, analizował dokumentacje policyjne i medyczne, ślęczał nad fachową literaturą na ten temat. Jego zdaniem najbardziej wnikliwa analiza osobowości nie pozwala ustalić konkretnego powodu samobójstwa. Tylko 20 procent samobójstw pozwala na uchwycenie potencjalnego powodu. Większa część samobójstw jest popełnianych spontanicznie. Pisał: „Najwidoczniej mamy o wiele większą wewnętrzną skłonność do samobójstwa, niż nam się wydaje i niż chcemy to przyznać przy naszym rygoryzmie moralnym”.

„Od dawna, od bardzo dawna, pracuje się, od wewnątrz i na zewnątrz, Bóg wie z jaką cierpliwą nienawiścią, nad tym, żeby uczynić z Francji kraj, gdzie człowiek przyzwoity i z wewnętrznym systemem wartości, czułby się na wygnaniu. To trwało długo i szło opornie, bo to był dobry naród, o doskonałym gruncie. Ale wreszcie doszło się do tego. Czy mam ci wyznać? Ja, który czułem taką namiętną łączność z moim krajem w mej młodości i podczas wojny, dziś mam chwile, kiedy nie tylko nie czuję się z nim już solidarny, lecz doznaję gwałtownej potrzeby – i [dodam] pochodzącej, to jest ważne, z najgodniejszej sfery mojej istoty – zerwania tej solidarności”32.

Dialog Pompejusza z Katonem:

„- Jesteś chlubą naszej ojczyzny Katonie, ale jesteś w niej obcy! Drażnisz! Drażnisz! A my żyjemy w czasach, w których nie trzeba być oryginalnym i nie trzeba drażnić! Ty, najbardziej poważany z moich dowódców, w dniu, w którym stanąłeś po mojej stronie zapuściłeś brodę! Dlaczego?!

– Na znak żałoby, kiedy ojczyznę rozdarła wojna domowa…

– Ta twoja broda to symbol, który trąci starzyzną! A nam nie wolno trącić starzyzną, kiedy Cezar kocha nowość!

– Tak, broda trąci starzyzną, ale oczy mam młode. Widzę jasno.

– A mnie nie trzeba takich ludzi, którzy widzą jasno! Mnie trzeba ludzi, którzy mnie uznają! Wyjdź stąd!33

Mało znany epizod biograficzny, przemilczany przez oficjalne biografie i niepotwierdzany przez samego pisarza. W trakcie ulicznych rozruchów paryskich w 1968 roku pisarz został brutalnie zaatakowany przez lewacką bojówkę. Tłumacz Montherlanta na język angielski Peter Quennell zanotował w swojej autobiografii, że utrata wzroku na jedno oko była spowodowana silnym uderzeniem w głowę na skutek upadku, który miał miejsce w Paryżu w 1968 roku. Od nieszczęsnego incydentu Montherlant cierpiał na zawroty głowy, które przypisywał udarowi słonecznemu. W ostatnich latach pisarz był praktycznie ślepy. Całość jego korespondencji była prowadzona przez sekretarkę. We wrześniu 1972 roku dowiedział się od lekarza, że proces jest nieodwracalny.

Inez: „…dość mam tego strachu co dzień. Odnajdywać go co ranek, gdy się budzę, niby przedmiot zostawiony wieczorem na stole… Strach, wiecznie strach! Strach, od którego zimne są ręce…”34

Te demony przeszłości nie opuszczają nas nigdy. Spod łóżek wypełzają dawne strachy by skraść nam spokojny sen. Odklejają zamknięte powieki. Kradną oddech. Zamykają w pudełkach natrętnych myśli. Leżymy z mocno zaciśniętymi pięściami, ale gardą opuszczoną nisko. Otwarci na ciosy z przeszłości.

Artysta Édouard MacAvoy wspominał, że zastał 21 września rano Montherlanta bardzo przygnębionego, pogrążonego w mroku. Nieustannie wracał do „czarnej listy”. Proskrypcje. Nadchodząca rewolucja. Najbliższe wybory do Zgromadzenia. Porachunki. Z wszystkiego przebijał pesymizm. Chodził po pokoju z wykrzywioną twarzą. Nie pojawił się znany wszystkim uśmiech powitania, jaki otrzymywał hojnie każdy kto go odwiedzał.

Powtarzał, że jest źle. Nie ma nadziei. Lekarz stwierdził, że nic się nie da zrobić. Będzie ślepy. Stwierdził: „powiedziałem wam w lipcu, że moim rozwiązaniem jest…” MacAvoy wspominał, że przeraził się, a strach nie odstępował go na chwilę. Montherlant ciągnął swój monolog skierowany do przyjaciela: „Nie deprymuje cię to? Wszystko, co reprezentuje nasze pokolenie jest oczerniane, wzgardzone lub ignorowane”. Ty też znajdujesz się na tej „czarnej liście”35. MacAvoy zauważył, że przecież Montherlant jest zaliczany do największych francuskich pisarzy. Nic mu nie grozi. Usłyszał w odpowiedzi, że to jest właśnie to, czego wrogowie mu nie wybaczą.

„Kiedy tylko stanę się martwy, zlecą się dwa sępy – oszczerstw i nienawiści, aby szarpać moje ciało, aby mnie całkowicie pożreć. Nic co napisałem nie przetrwa”. Nic z tego nie zostanie! Nic!

„Nie ma łez, z których wolno się śmiać … „36

„I tylko noc mogła słyszeć niewypowiedziane słowa: „Mogę płakać, ponieważ nie ustąpię”.”37

Arcybiskup: „… Ale uwaga! Ale uwaga! Jeżeli siostra myśli, że wystarczy cierpieć, aby zostać zbawioną, siostra się myli. Można cierpieć daremnie;…”38

„Zauważmy, że wszystkie ich [rzymskie] traktaty moralne mówią o tym, jak zwyciężyć lęk przed starością, lęk przed bólem, lęk przed śmiercią: są to brewiarze ludzi, którzy się boją. W literaturze żadnych czasów nie znajduję takich brewiarzy, nie znajduję takiego lęku: takiej siły ducha wobec śmierci, połączonej z taką trwogą w oczekiwaniu na nią. Wszyscy ci ludzie, którzy pouczają siebie lub pouczają innych, jak szczęśliwie umierać, giną okropną śmiercią: Cyceron najpierw ucieka, co jest żałosne, a potem daje gardło pod nóż; jego okaleczony język zwisa na Rostrach. Atticus popełnia samobójstwo, by uciec przed chorobą. Seneka długo się męczy, zanim wreszcie udaje mu się przeciąć sobie żyły. Ponieważ przesłanki były fałszywe – że śmierć to nic, a może nawet coś miłego – wniosek staje się mieszaniną śmieszności i zgryzoty”39.

MacAvoy wspominał straszny okres po śmierci Montherlanta. Był ostatnim, który z nim rozmawiał. Straszne dni. Telewizja, radio, policja, dziennikarze… „…najechali mój dom”. Musi opowiadać, tłumaczyć, wyjaśniać. „Robię to w jakimś transie”. Pisze jednak całkiem świadomie artykuł do „Le Figaro”, którego napisania zdecydowanie odmówił Jouhandeau.

Koszmar kończy kolacja z Michelem de Saint Pierre, kuzynem Montherlanta, działaczem prawicowych grup politycznych. Rozpoczyna się mitologizacja. Montherlant wojownik za wiarę. Katolik i kontrrewolucyjny idealista. Romantyczna śmierć pisarza. Pycha ignoruje fakty. Martwy Montherlant staje się bohaterem papierowych pomników. Nawet MacAvoy zostaje złapany w pułapkę, stwierdzając, że śmierć nadaje autentyczności jego dziełu.

„Samobójstwo pozwala wymknąć się życiu; nie chroni jednak przed pośmiertną karykaturą, przed skarykaturowaniem – wynikłym z zacietrzewienia lub z płytkości – przyczyn, dla których je popełniamy. Pewien Hiszpan, członek Falangi od pierwszych chwil jej istnienia, odbiera sobie życie, ponieważ w jego oczach Falanga się zdegenerowała. Dziennikarz paryski pisze: „Może poczuł wyrzuty sumienia? (że wstąpił niegdyś do Falangi, organizacji prawicowej!). Wierzący, pamiętajcie, niech wasza dobrowolna śmierć nie będzie żadnym orędziem: białe orędzie przemalują wam na czarno”40.

„Tajemnica i kłamstwo strzegą zazwyczaj bram śmierci, obojętnie, czy zadaje nam ją natura, czy też zadajemy ją sobie sami: [prefekt rzymski] Spendiusz udaje, iż zabija się dlatego, że dotknięty jest nieuleczalną chorobą, w rzeczywistości zaś zabija się dlatego, że to jego ojczyzna jest nieuleczalnie chora. Co do Katona, to chce być wielkim przykładem. Kroczy ze wzrokiem utkwionym w gwiazdę samobójstwa dlatego, że pożąda go, jak chrześcijanin pożąda męczeństwa: swoim męczeństwem chrześcijanin daje świadectwo, iż Chrystus wart jest, by umierać dla Niego; swoim samobójstwem Katon da świadectwo, że wolność warta jest, by umrzeć dla niej. „Wierzę tylko tym świadkom, którzy przynoszą śmierć”. Należy wierzyć także i tym, którzy zadają ją sobie sami. Śmierć Spendiusza, to samobójstwo człowieka, który zwątpił. Śmierć Katona to samobójstwo człowieka, który wierzy”41.

VIII.

Zrozpaczony po śmierci przyjaciela Jouhandeau (kiedy pisał te słowa miał 85 lat) pisał: „Kiedy myślę o Montherlancie jestem w rozpaczy po jego śmierci, która głęboko mnie zraniła, a nawet okryła rodzajem zażenowania. Najważniejsze, aby zachować w stanie nienaruszonym swoje wspomnienia. (…) Pierwsza wiara. Dziękuję Bogu, za to, że pozwolił mi go poznać i pokochać”.

„…Pustka pozostawiona przez Montherlanta jest ogromna”.

Po jego samobójstwie Jouhandeau otrzymał kilkanaście listów z kondolencjami, kilka zza granicy. Z zaskoczeniem notował: „- Jakbym stracił brata”42.

Pierre de Boisdeffre pisał po śmierci Montherlanta: „Jeśli jest jednak, w co wierzę, istnieje inne życie, do którego nasza egzystencja jest tylko prologiem, na ogół nieudanym, to Montherlant znajdzie tam partnerów godniejszych niż jego spodleni współcześni. Odnajdzie tam Traseusza i Senekę, i swego drogiego Katona, i ową Marię Kasterską, która wydała „Pages Catholiques” (Kartki katolickie) i nigdy w życiu nie zapomniała pomodlić się za niego na codziennej mszy porannej”.

Słoneczna sobota, 23 września 1972 roku.

W pracowni malarskiej MacAvoy’a rodzinny obiad. Odwiedziny Pascale i Dominique, córek artysty. Nareszcie spokój. Mija bardzo powoli nastrój przybicia, przygnębienia po stracie przyjaciela. Na zewnątrz piękna pogoda.. Okno warsztatu otwarte.

Po obiedzie otworzyłem „Le Treizième César” Montherlanta aby poczytać na głos: – Jeśli pozostanie ze mnie nadal coś po śmierci, moi przyjaciele, przyjdę was odwiedzić jako motyl…

Dominique przerywa wołając: Tato, tato! Patrz!

Biały motyl, duży motyl wleciał przez otwarte okno… Latał po całej pracowni, nad roślinami, tak jakby chciał policzyć wszystkie po kolei. Wreszcie powoli opadł na szczycie wielkiego czerwonego parawanu.

Nasz oddech zamarł. Wydawało się, że dotknęliśmy czegoś nadprzyrodzonego…43

„Znów biały motyl

Nad czerwonym goździkiem.

Czyja to dusza?” haiku Shiki (1867-1902)

Prochy Montherlanta zostały rozrzucone na rzymskim Forum pomiędzy kamieniami świątyni Fortuna virile i wysypane do Tybru. Obrzędu dokonali najbliżsi pisarza: przyjaciel Gabriel Matzneff i jedyny spadkobierca, naturalny syn pisarza Jean-Claude Barat.

„Każda śmierć jest okazją do powrotu wiosny: z trupa wyrastają bujne kwiaty”44.

Ryszard Mozgol

Książki i teksty, z których korzystałem (z pominięciem tekstów Henry’ego de Montherlant):

Ch. Baudelaire, Sztuka romantyczna. Dzienniki poufne. Warszawa 1971. Przeł. A. Kijowski.

G. Benn, Podwójne życie. [w:] Po nihilizmie. Poznań 1998, ss. 277-365. Przeł. J. Koźbiał.

L. Bloy, Strānki z díla. Praha 2007.

P. de Boisdeffre, Prawdziwy koniec stoika. [w:] Literatura na Świecie. Nr 7 (27)/ 1973, ss. 78-85. Przeł. E. Wende.

P. Castex, P. Surer, Wypisy i studia z literatury francuskiej XX wieku. Paryż 1960.

L. Dumont, Homo hierarchicus. System kastowy i jego implikacje. Kraków 2009. Przeł. A. Lebeuf.

J.L. Garet, Montherlant sous L’Occupation. [w:] Vingtième Siècle, revue d’histoire. Nr 31/ 1991, ss. 65-73.

J.M. Gautier, Le Théâtre d’Henry de Montherlant. Alexandrie 1969.

J. Heistein, Literatura francuska XX wieku. Warszawa 1991.

Herodot, Dzieje. Warszawa 1959. Przeł. S. Hammer.

E. Jünger, Promieniowania. Pierwszy dziennik paryski. Zapiski kaukaskie. Drugi dziennik paryski. Warszawa 2004. Przeł. S. Błaut.

R. Krynicki, Haiku. Haiku mistrzów. Kraków 2014.

M. Leiris, Lustro tauromachii. Gdańsk 1999. Przeł. M. Ochab.

M. Leiris, Wiek męski wraz z rozprawą Literatura a tauromachia. Warszawa 1972. Przeł. T. i J. Błońscy.

S. Márai, Dziennik. (fragmenty). Warszawa 2013. Przeł. T. Worowska.

G. Marcel, Poczucie wielkich wartości. [w:] Literatura na Świecie. Nr 7 (27)/ 1973, ss. 72-77. Przeł. E. Wende.

V. Marcu. Machiavelli. Szkoła władzy. Warszawa 1938. Przeł. M. Tarnowski.

G. Matzneff, Le Défi. Paris 1965.

R.O. Paxton, Francja Vichy. Stara Gwardia i Nowy Ład, 1940-1944. Wrocław 2011. Przeł. J. Lang.

G. Picon, Panorama myśli współczesnej. Paryż 1960.

P. Quennell, The Wanton Chase. An autobiography from 1939. London 1980.

A. Riding, A zabawa trwała w najlepsze. Życie kulturalne w okupowanym Paryżu. Warszawa 2012. Przeł. P. Tarczyński.

P. Sipriot, Montherlant par lui – même. Paris 1953.

P. Sipriot, Montherlant sans masque. T.1. L’Enfant prodigue. Paris 1982.

P. Sipriot, Trzeba wszystkiego po trochu, by ukształtować człowieka. [w:] Literatura na Świecie. Nr 7 (27)/ 1973, ss. 68-71. Przeł. E. Wende.

P. Surer, Współczesny teatr francuski. Inscenizatorzy i dramatopisarze. Warszawa 1973. Przeł. K.A. Jeżewski.

Udział twórczości katolickiej w dzisiejszej literaturze świata. Zbiorowy zarys monograficzny. T. 1. Kraków 1935. Przeł. J. Birkenmajer.

K. Weissmann, Anarchismus von rechts. Ein Versuch. [w:] Criticon. Konservativ Heute. Nr 158/ 1998, ss. 34-40.

www.montherlant.be

www.youtube.com/watch?v=iYgccWF1tBg

www.youtube.com/watch?v=oq4zVkzd71w

1 H. de Montherlant, L’Âme et son Ombre. [w:] Service inutile. Essais. Paris 1963, s. 718-719. Polski przekład fragmentu przemówienia Montherlanta z 1934 roku, pt. Piękny okaz człowieka. [w:] G. Picon, Panorama myśli współczesnej. Paryż 1960, s. 639-640.

2 H. de Montherlant, Syrakuzanka. [w:] Literatura na Świecie. Nr 7 (27)/ 1973, ss. 37. Przeł. K. Dolatowska.

3 H. de Montherlant, Don Juan ou la Mort qui fait le trottoir. Paris 1956. Akt II. “Szczęście pisze niewidzialnymi znakami”. H. de Montherlant, Demon dobra. Warszawa 1938, s. 197. Przeł. W. Rogowicz.

4 H. de Montherlant, Chłopcy. Warszawa 1973, s. 54. Przeł. J. Trznadel.

5 Nie sposób pominąć wątku, wydaje się, dominującego w dzisiejszym dyskursie, przypisywanego Montherlantowi homoseksualizmu. Istnieje już spora literatura na ten temat. Niewątpliwie Montherlant był mizoginem, we wszystkich swoich dramatach i powieściach, wskazującym na destrukcyjną rolę pierwiastka kobiecego. Odrzucał zdecydowanie jakikolwiek formalny związek z kobietą. W jego otoczeniu zauważamy bez przeszkód kilku homoseksualistów, wśród których wymienić należy francuskiego intelektualistę Gabriela Matzneff, pisarza satyrycznego i pamflecistę Rogera Peyrefitte i znienawidzonego przez tego ostatniego, walczącego ze swoją skłonnością Marcela Jouhandeau. Niestety poruszamy się w świecie nowoczesnego spirytyzmu, w którym brak dowodów, jest uznawany za dowód niepodważalny. Uważa się, że Montherlant maskował swój homoseksualizm, a jego miłością życia był właśnie Jouhandeau, na co nie posiadamy żadnych dowodów. Warto pamiętać, że obaj – Montherlant i Jouhandeau – odmówili poparcia w imię wolności słowa kontrowersyjnemu periodykowi Arcadia (1955 rok), ale to oczywiście tworzy nowy dowód dla zwolenników nowoczesnego spirytyzmu. Faktycznie jedynym godnym rozpatrywania argumentem jest przedstawiona przez Peyrefitte’a zaszyfrowana korespondencja pomiędzy nim a Montherlantem. Zdaniem Peyrefitte’a – pamiętać należy – autora licznych pamfletów i złośliwości, zawiera ona informacje na temat kontaktów homoseksualnych, utrzymywanych z młodszymi od siebie mężczyznami przez pisarza w latach II wojny światowej. Problem polega na tym, że jedynym zdolnym do interpretacji zawartości tej „zaszyfrowanej” korespondencji był sam Peyrefitte…, który przypisywał homoseksualizm także papieżowi Janowi XXIII i sekretarzowi ONZ Dagowi Hammarskjöldowi. Peyrefitte uwielbiał atmosferę skandalu, a swoje „rewelacje” ogłosił dopiero po śmierci Montherlanta. Pomimo starannie skrywanego życia osobistego, wiemy, że Montherlant posiadał około ośmiu kochanek. Ze związku z Marguerite Lauze przyszedł na świat jedyny uznany syn i spadkobierca Montherlanta – Jean-Claude Barat. Z kolei Marie-Christine Giquel twierdziła, że pisarz był ojcem dwójki jej dzieci. Zob. interesujące informacje na: www.montherlant.be/articles/html

6 H. de Montherlant, Chłopcy., op. cit., s. 101.

7 H. de Montherlant, Wojna domowa. Przeł. Joanna Guze. Cyt. na podstawie spektaklu Teatru TTVP pt. Cezar i Pompejusz z 1996 roku w reż. J. Antczaka.

8 Henry de Montherlant przyszedł na świat w Paryżu o drugiej w nocy 20 kwietnia 1895 roku, jako jedyne dziecko pochodzące ze związku Marguerity Camusat de Riancey i Joseph’a-Marie-Charles’a Millon de Montherlant. Zob. H. de Montherlant, Ludzie areny. Warszawa 1930, s. 70 i 172. Przeł. Jan Parandowski. Na dokumentach przyjęcia do Akademii Francuskiej widnieje jako data urodzenia – 30 kwietnia 1896 rok. Zobacz również tekst VII „O matce” w tym numerze „Templum Novum”.

9 Marcel Jouhandeau, scil. Marcel Provance, 1888-1979, francuski pisarz powieści o głębokim podłożu psychologicznym, przedstawiciel katolickiego mistycyzmu. Konflikt pomiędzy silną wiarą a homoseksualizmem doprowadził w 1914 roku do nieudanej próby samobójczej i zniszczenia wszystkich rękopisów jego wczesnych prac. Dwukrotnie żonaty. Zwycięstwo nad homoseksualizmem zawdzięczał swojej drugiej żonie Elizabeth Toulemnot, nazywanej w środowisku artystycznym Paryża „Kariatydą”. Był to niezwykle burzliwy związek, a Elizabeth okazała się kobietą o bardzo silnym charakterze. W 1938 roku opublikował antysemicki pamflet Le Péril juif. W 1941 roku był jednym z francuskich intelektualistów, którzy wzięli udział w Kongresie Weimarskim organizowanym przez Goebbelsa. Przyjaciel Henry’ego de Montherlant. Montherlant obserwował w ostatnich latach swojego życia stopniową utratę wzroku swojego przyjaciela, tragedię związaną ze stratą drugiej żony i opuszczenie. Niezwykle barwna postać, niejednokrotnie odmalowywana (pozytywnie lub negatywnie) na kartach książek, np. Ernsta Jüngera, czy Rogera Peyrefitte. Po polsku wydano Kroniki małżeńskie Marcela Jouhandeau, w przekładzie Marii Leśniewskiej.

11 H. de Montherlant, Demon dobra. op. cit., s. 153.

12 H. de Montherlant, Ludzie areny. op. cit., s. 101.

13 H. de Montherlant, Demon dobra. op. cit., s. 137.

14 H. de Montherlant, Demon dobra. op. cit., s. 192.

15 H. de Montherlant, Dziewczęta. Warszawa 1937, s. 27. Przeł. W. Rogowicz.

16 Umm-El-Banine Assadułajew (1905-1992), francuska pisarka azerskiego pochodzenia, wnuczka jednego z najbogatszych ludzi w Imperium Rosyjskim, córka azerskiego polityka niepodległościowego, na emigracji we Francji od lat 20 XX wieku. Utrzymywała więzy przyjaźni z wieloma pisarzami, wśród których na pierwszym miejscu należy wymienić Ernsta Jüngera, Henry’ego de Montherlant i Iwana Bunina. Pod wpływem korespondencji z Montherlantem nawróciła się na katolicyzm, co przewidział z wyprzedzeniem Ernst Jünger. Pozostawiła po sobie wiele książek, wśród których należy wymienić trzy prace (w tym korespondencja) poświęcone Jüngerowi. Wielokrotnie wspominana w dziennikach Jüngera.

17 H. de Montherlant, Demon dobra. op. cit., s. 209.

18 www.montherlant.be/article-047-banine.html Powyższy list spowodował decyzję Banine o konwersji na katolicyzm.

20 H. de Montherlant, Le Maître de Santiago. Akt I, scena 4. Paris 1947.

21 H. de Montherlant, Port Royal. Przeł. Jan Kott [w:] Dialog. Nr 8/ 1957, s. 31.

22 Zob. P. Sipriot, Montherlant sans masque. T.1. L’Enfant prodigue. Paris 1982, s. 100.

23 Zdanie to często przywoływano w publikacjach poświęconych Montherlantowi. W tłumaczeniu Jacka Trznadla brzmi dosłownie: „Religia nie została wymyślona, aby pomagać żyć, ale aby pomagać umierać”. H. de Montherlant, Chłopcy. op. cit., s. 351.

24 H. de Montherlant, Demon dobra. op. cit., s. 142.

25 H. de Montherlant, Le Maître de Santiago. Akt I, scena 4. op. cit.

26 H. de Montherlant, Martwa królowa. Akt I, scena 3. Przeł. Joanna Guze. [w:] Dialog. Nr 10/ 1964. (wersja sztuki skrócona przez autora w 1947 r.).

27 H. de Montherlant, Śmierć Katona. Przeł. Krystyna Dolatowska. [w:] Literatura na Świecie. Nr 7 (27)/ 1973, s. 28. Esej pochodzi ze zbioru pt. Le Treizième César (Trzynasty Cezar), wydanego w 1970 roku.

28 H. de Montherlant, Wojna domowa. op. cit.

29 Édouard MacAvoy, 1905-1991, francuski malarz-portrecista pochodzenia irlandzkiego, przyjaciel Montherlanta, autor portretu pisarza na czerwonym tle. Ilustracje MacAvoy’a często wypełniały wydania książek Montherlanta.

31 H. de Montherlant, Śmierć Katona. op. cit., s. 17.

32 H. de Montherlant, Litujmy się nad kobietami. Warszawa 1937, s. 69. Przeł. W. Rogowicz.

33 H. de Montherlant, Wojna domowa. op. cit.

34 H. de Montherlant, Martwa królowa. Akt I, scena 4. op. cit.

36 H. de Montherlant, Chłopcy. op. cit., s. 31

37 H. de Montherlant, Ludzie areny. op. cit., s. 158.

38 H. de Montherlant, Port Royal. op. cit., s. 52.

39 H. de Montherlant, Śmierć Katona. op. cit., s. 20.

40 H. de Montherlant, Śmierć Katona. op. cit., s. 20-21.

41 H. de Montherlant, Śmierć Katona. op. cit., s. 12.

44 H. de Montherlant, Demon dobra. op. cit., s. 69.

Udostępnij
Kategoria
Czytaj także

Paweł Bielawski: Seks, seksualność i rodzina oczami archeofuturysty. Perspektywa Guillaume’a Faye’a

Nie ulega wątpliwości, że lewica narzuciła swój język w sferze seksualności i obyczajowości z nią związanej, np. „heteronormatywny”, „cis” itd. Prawica natomiast, pełna pruderii, wydaje się być w tej sytuacji zupełnie poza swoją strefą komfortu. Prawica lubi wypowiadać się o Kościele, religii, ale jak dochodzi do tematu seksu i seksualności, to wydaje się, że pełna zażenowania spogląda na księdza z nadzieją aprobaty i wstydzi się cokolwiek powiedzieć. Lewica natomiast, skwapliwie z tego korzysta, narzucając swoją narrację właściwie bez żadnego oporu, nie licząc okazjonalnych pomruków niezadowolenia z prawicowej strony.

„Komunizm jak i kapitalizm były dla Ottona Strassera systemami przesiąkniętymi egoizmem.” – wywiad z dr. Tomaszem Kosińskim, autorem pierwszej polskiej monografii o założycielu “Czarnego Frontu”.

Związek Sowiecki przed II wojną światową jak i po tej wojnie był traktowany przez Ottona Strassera jako zagrożenie dla Niemiec jak i Europy. Stąd promował ideę budowy zjednoczonej Europy jako przeciwwagi dla ZSRS przed drugą wojną światową oraz jako trzeciej siły między USA a ZSRS po zakończeniu tego konfliktu.

David Engels

Przeciw agonii Europy – rozmowa z prof. Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności i pracownikiem Instytutu Zachodniego w Poznaniu

Walka między dobrem a złem toczy się wiecznie i nie zostanie rozstrzygnięta aż do dnia ostatecznego. Dlatego musimy uważać, by nie obarczać naszej walki o zachodnią cywilizację nadmiernymi eschatologicznymi nadziejami. Uważam, że rzeczywiście będzie możliwe doprowadzenie naszej cywilizacji do ostatecznej syntezy, która opiera się na racjonalnym powrocie do tradycji, ale ta synteza będzie jednocześnie punktem końcowym naszego rozwoju kulturalnego – po niej mogą powstać inne kultury, a walka w sercu każdego człowieka będzie trwała dalej, jednak „wielki organizm” Zachodu zostanie „zamknięty”.